Pani Jadwiga Wędrychowicz z Biecza, o powołaniu do życia Społecznego Instytutu Dokumentowania Zbrodni Hitlerowskich w Warzyckim Lesie, dowiedziała się z mediów. Skontaktowała się z nami i przekazała interesujący materiał dotyczący jej pradziadka, Józefa Pruchniewicza. Według informacji posiadanych przez rodzinę, został on rozstrzelany w lesie warzyckim. Prezentujemy list do Instytutu Pamięci Narodowej, w którym opisuje losy swojego pradziadka.

Nazywam się Jadwiga Wędrychowicz. Urodziłam się 11. czerwca 1980 roku. Jestem córką Józefa i Haliny Wędrychowiczów i prawnuczką Marii i Józefa Pruchniewiczów – Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Od urodzenia mieszkam w Bieczu na Przedmieściu Dolnym. Zostałam poproszona o opisanie historii moich przodków, co postaram się uczynić najlepiej, jak potrafię i pamiętam z opowiadania.

W dzieciństwie nikt nie opowiadał o tragedii, jaka rozegrała się w czasie wojny. Sens stwierdzenia: „lepiej, aby dzieci nie wiedziały”, zrozumiałam po latach, chociaż się z nim nie do końca mogę zgodzić. Powinno się mówić, przekazywać – teraz już piękną historię o tym, jak ciężko było żyć w czasie wojny i nie stracić człowieczeństwa.

Pradziadkowie, Maria i Józef Pruchniewicz pobrali się przed pierwszą wojną światową, 12. listopada 1913 roku. Prababcia pochodziła z wioski Strzeszyn, a pradziadek z Przedmieścia Niżnego Biecza (obecnie Przedmieście Dolne). Zamieszkali w jego rodzinnym domu. Prowadzili gospodarstwo rolne, a dodatkowo pradziadek najmował się do przewozu towarów, między innymi do sklepów żydowskich. 

Prababcia urodziła 7 dzieci:

  1. Julia (ur. 7. października 1914r. – zm. 20. grudnia 1936r.) – była pierwszym dzieckiem. 21. października 1936r. odbył się jej ślub z Janem Wędrychowiczem. Szczęście ich trwało niestety krótko – zmarła po operacji żołądka w szpitalu w Gorlicach w wieku 22 lat.
  2. Zofia (ur. 24. grudnia 1916r. – zm. 11. czerwca 1918r.)
  3. Walenty Robert (ur. 14. lutego 1919r. – zm. 7. stycznia 1920r.)
  4. Jadwiga Barbara (ur. 6. stycznia 1921r. – zm. 6. sierpnia 1976r.) – moja babcia, niestety nie dane mi było jej poznać, zmarła za wcześnie.
  5. Anna Franciszka (ur. 31. maja 1923r. – zm. 22. sierpnia 1923r.)
  6. Helena Agata (ur. 13. sierpnia 1924r. – zm. 26. maja 1930r.) – zmarła na tężec.
  7. Helena Stefania (ur. 8. czerwca 1934r. – zm. 23. stycznia 2009r.) – ciocia Helcia, która była dla nas jak babcia.

Pradziadkowie żyli do czasu wybuchu wojny własnymi radościami i troskami, ciężko pracowali, przeżywali tragedie związane ze stratą kolejnych dzieci. Pełnoletniości dożyły 3 córki, z czego najstarsza, Julia, kilka tygodni po swoim ślubie zmarła.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, Józef i Maria mieszkali z Jadwigą (18 l.) i Helenką (5 l.). Gospodarstwo położone było blisko torów kolejowych i potoku Sitniczanka, na którym był i jest most kolejowy, a z drugiej strony gospodarstwa przebiegała droga. Podczas wojny most był zaminowany i całymi dniami, i nocami pilnowany przez niemieckich żołnierzy. Między mostem a stodołą był sad owocowy, pod którym ukryte były samochody niemieckie.

W którymś momencie rodzina zamieszkała w kuchni, bo pokój zajęli żołnierze. Na tych, którzy mieszkali u nich, nigdy nie narzekali, byli dla nich dobrzy. Ciocia Helcia często wspominała, że jeden z żołnierzy dzielił się z nią czekoladą i ze łzami w oczach opowiadał o swojej córeczce, która została w domu. Martwił się, że może jej nigdy więcej nie zobaczyć.

W 1942 roku Państwo Blum poprosili pradziadka o pomoc. Sytuacja w Bieczu z dnia na dzień robiła się coraz trudniejsza. Kiedy w sierpniu doszło do likwidacji getta rodzina Blumów (matka, ojciec, córka i bratanek matki ) ukryli się w domu, w którym mieszkali. Drzwi do domu były bardzo solidne. Zamknęli je od środka, a kiedy przyszli po nich nie otworzyli i któryś z oprawców stwierdził, że pewnie zostały zamknięte jak wyprowadzono ludzi. Odczekali do bezpiecznego momentu, aby pod osłoną nocy przyjść na Przedmieście. Pradziadek przygotował im skrytkę ze słomy, w stajni, blisko domu, gdzie przesiedzieli do listopada 1943r. Z opowiadania żyjącej córki Blumów wiem, że był to tragiczny czas. Mieli przyjść na przeczekanie góra kilka dni, a w jednym momencie świat im się zupełnie zawalił. Siedzieli w czwórkę w skrytce, z której nie mogli wychodzić, nie mogli rozmawiać za głośno (bo ściany były osłuchiwane). We wspomnieniach Szoszany i Mosze moja babcia Jadwiga była dla nich kimś najcenniejszym. W tym czasie określenie „anioł” i „nasze złoto” nabiera całkiem innego znaczenia. Tak właśnie nazwali moją babcię. To właśnie babcia Jadwiga  zanosiłam im ukradkiem jedzenie i wiadomości, na które czekali z utęsknieniem. 

Niestety, zawistnych ludzi nie brakowało. Zrobiło się duże zainteresowanie. „Po co tyle ziemniaków gotujecie?” – padały pytania. Domownicy zauważyli, że nocą ktoś podchodzi pod zabudowania
i nasłuchuje. Docinki, głupie żarty – też nie pomagały. Aż któregoś dnia Jana Wędrychowicza zapytał znajomy z magistratu: – „Co dzieje się u Twojego byłego teścia, że są na niego donosy?”. Jan szybko poinformował Józefa, czego się dowiedział, jednak Józef miał nadzieję, że wszystko ucichnie. Tak się jednak nie stało.

Ty razem do pradziadka podszedł znajomy z magistratu i w tajemnicy poinformował go, że w magistracie są na niego donosy, że ukrywa Żydów. Doradził mu: „Jeśli kogoś masz, to go odpraw, bo na pewno przyjdą do Ciebie. W magistracie leży nakaz rewizji u Ciebie.”

W listopadzie pradziadek wcześnie rano obudził rodzinę żydowską i kazał im iść. Byli zdezorientowani i przerażeni. Moja babcia, Jadwiga, stała przy stajni i płakała, a Józef powiedział, że dłużej nie może im pomagać.  Przeprowadził ich na drugą stronę ulicy i poszli w pola i lasy, gdzie przez jakiś czas się ukrywali, aż znaleźli schronienie w Strzeszynie, gdzie końca wojny doczekała trójka z nich, bo matka poparzyła się naftą, której używali do oświetlenia skrytki. Umierała kilka dni w męczarniach. Została pochowana w prowizorycznym grobie wykopanym pod skrytką, a po wojnie przeniesiona na cmentarz żydowski.

Kiedy Żydzi odeszli od nas, nastał pozorny spokój. Niestety „życzliwa osoba” nadal dyktowała listy z donosami, a parobek owe listy zanosił w umówione miejsce, którym była przydrożna kapliczka. I kolejny raz znajomy pradziadka z magistratu ostrzegł go, aby odprawił Żydów, jak ich ukrywa, bo nakaz przeszukania nadal jest aktualny. Wtedy ktoś inny zaproponował przeniesienie się pradziadka do Turzy: „Niech przyjedzie, ukryjemy go do końca wojny”.

Pradziadek postanowił zostać z żoną i córkami. Doskonale wiedział, co może się stać z rodziną, jak ich zostawi. 14. marca 1944r. do domu Pruchniewiczów przyszło dwóch żołnierzy niemieckich. W tym czasie starsza córka, Jadwiga, była w kościele. Weszli do domu i zapytali, gdzie są Żydzi, na co dostali odpowiedź: „Nie było i nie ma Żydów”. Przeszukali dom i nie znaleźli nic cennego. Wtedy do pradziadka podszedł jeden z oprawców. Krzycząc na niego, uderzył go kolbą pistoletu w twarz, która od razu zrobiła się czarna. W tym czasie wtulona w matkę Helenka zaczęła głośno płakać z przerażenia. Drugi żołnierz powiedział: „Nie przy dziecku, tu jest dziecko.”

To był ostatni raz, kiedy Maria i Helenka widziały Józefa. Oprawcy zabrali jego i lepsze garsonki ze skrzyni. Jadwiga, wracając z kościoła, dowiedziała się już na drodze, co się stało. Wróciła do domu i zastała płaczącą matkę i siostrę. Poszła  do magistratu, a tam jedynie odzyskała rzeczy. Ojca już zdążyli wywieźć na gestapo do Jasła. Znajomy w urzędzie powiedział: „Już nic się nie da zrobić. Gdyby zabrali go do Gorlic to tak, ale na gestapo w Jaśle nie ma szans.” Tę informację Jadwiga zachowała dla siebie. Nie podzieliła się nią z matką i siostrą. Za to wszystkie trzy modliły się o szczęśliwy powrót ojca do domu.

Kilka dni później, z racji tego, że narzeczony Jadwigi był furmanem i miał przepustkę, pojechał ze swoim bratem do Jasła dowiedzieć się o Józefa. Na wywieszonej liście zabitych (afiszu śmierci) widniało imię i nazwisko Józefa Pruchniewicza.

Maria bardzo podupadła na zdrowiu. Helenka chodziła w miarę możliwości do szkoły (nadal trwała wojna) i pomagała siostrze, a Jadwiga zajęła się gospodarstwem. 25. listopada 1944r. poślubiła Jana Wędrychowicza, od tej pory razem prowadzili gospodarstwo, a Jan pracował jako furman, najwięcej wożąc cegłę z pobliskie cegielni na stację kolejową i pod budowę domów. Często jadąc z moim tatą, słyszę: „Patrz, tutaj jako chłopiec byłem z ojcem przywieźć cegłę pod budowę domu.” Żartujemy sobie wtedy z bratem, że nasz dziadziu odbudował Biecz po wojnie. 

Jadwiga urodziła 5 dzieci: Annę, Barbarę, Józefa (mój ojciec), Antoniego, Marię. Opiekowała się matką i siostrą.

Maria Pruchniewicz zmarła 10. lipca 1949r. Wówczas 15 –letnia Helenka została na szczęście z siostrą, ale bez obydwojga rodziców.

Po wojnie życie wracało do normalności. Dziadkowie i ciocia Helcia mieli pełne ręce roboty w gospodarstwie, dzieci zdrowo rosły. Niestety, zmieniające się czasy nie dawały zapomnieć o tragedii, jaka się wydarzyła, chociaż w domu prawie wcale na ten temat nie rozmawiali, a dzieci znały tylko niewielki fragment tragicznej historii.

Nigdy nie umiałam zrozumieć cioci Helci w tak błahej dla mnie sprawie,  jak jej uwielbienie dla zapachu i smaku kakao z mlekiem. Historia niby banalna. Kiedy zaraz po wojnie do szkoły dotarły dary z USA, wśród tych darów było kakao, które dzieci dostawały do picia w szkole i można było dostać nawet dokładkę. Niestety dla Helenki tego kakao nie było wcale!!!. Tłumaczenie – „bo macie konie” (w tym czasie koń był jeden, bo wojsko niemieckie zabrało drugiego), a to, że straciła ojca, to było nieistotne. Kiedy Jadwiga o tym usłyszała, poszła do szkoły i chciała zapłacić za tę przysłowiową szklankę kakao. Okazało się, że nie można. Niestety, jak dla mnie – nieludzkie zachowanie nauczycielki, która miała uczyć, a tak naprawdę czego tym uczyła?

W zawistnych ludziach wciąż drzemała ciekawość.

Kiedy skończyła się wojna, uratowana rodzina wyszła z kryjówki – ojciec, córka, bratanek matki i brat matki, który do nich dołączył podczas tułaczki.

Bratanek, Mosze Kuflik udał się do Krakowa, a Szoszana z ojcem i wujem, starszym Mosze Kuflikiem, wrócili do Biecza. Dom Blumów był już zajęty, więc zamieszkali w domu u wuja. Pobyt w Bieczu był krótki. Nikt ich nie witał, nikt na nich nie czekał. Jak pisał Pan Blum, tylko wrogie spojrzenia i straszna noc, kiedy na drzwiach Żydzi znaleźli karki z ostrzeżeniem, aby wyjechali, bo już mogą w ogóle nie wyjechać. Sprzedali swój majątek albo to, co po nim zostało, przenieśli ciało tragicznie zmarłej matki na cmentarz żydowski i przenieśli się do Krakowa, a niedługo później do Wrocławia, gdzie przez kilka lat prowadzili sklep. Pani Szoszana, młoda dziewczyna, bardzo chciała wyjechać do Izraela. Udało się jej przekonać ojca do tego pomysłu. Dopiero z Izraela skontaktowała się moją babcią Jadwigą. O tym, że Jadwiga miała młodszą siostrę, nie wiedziała i tu po raz kolejny „życzliwość ludzka” się ukazała.

Z opowiadania cioci wiem, że były to góra 2 listy przysłane przez Szoszanę do babci, ale niestety z poczty poszła informacja w Biecz i zaczęły się kolejne plotki. Kiedy Pani Szoszana przysłała babci paczkę z pomarańczami, paczka była jeszcze na poczcie, a parobek od sąsiadów przyszedł i domagał się owych owoców: „Ja też bym zjadł pomarańcze!” – mówi do jeszcze nic nie wiedzącej babci.

Z obawy, że ludzie nie dadzą rodzinie spokoju, babcia napisała list do Szoszany, że nie chce żadnego kontaktu z nią. O tym, że babcia miała z tego powodu nieprzyjemności, Szoszana dowiedziała się ode mnie. Całe życie myślała, że babcia ma żal z powodu śmierci ojca. Szoszana uszanowała wolę mojej babci – więcej nie pisała. Ale z opowiadania Ira Goetz, który po wojnie wyjechał do Nowego Jorku i jest jedynym regularnie odwiedzającym Biecz Żydem, wiem, że podczas rozmów Szoszany z Ira pytała go, kiedy po powrocie z Biecza do Nowego Jorku dzwonił i opowiadał co słychać w ich rodzinnym mieście, czy nie wie, co słychać u Pruchniewiczów. Ira podczas swoich wielu pobytów w Bieczu próbował się dowiedzieć, nawiązać kontakt i udało mu się to dopiero dzięki uprzejmości Pani z ambasady Izraela.

Należy tu zauważyć, że moi pradziadkowie i babcia byli bardzo życzliwymi
i wyrozumiałymi ludźmi; „umieli wybaczać”. Kiedy do Biecza wkroczyły wojska ruskie, jeden z żołnierzy dowiedział się o całym zajściu, przyszedł do mojej prababci Marii i zapytał czy ma iść i „zabić jak psa” tę, która donosiła na pradziadka. Na co usłyszał odpowiedź: „Jemu życia nie wróci, a ona ma dzieci.” Kiedy kilka lat później owa kobieta zachorowała i bała się śmierci, prosiła, aby moja babcia Jadwiga ją odwiedziła. Przyznała się przed babcią, co zrobiła i błagała o wybaczenie – za które moją babcię podziwiam.

Znów na jakiś czas zapanowała pozorna cisza, bo któregoś dnia do domu zapukali ZBOWiD–owcy. Nie była to miła wizyta. Owych dwóch ZBOWID-owców przyprowadził sąsiad, kombatant, Bronisław Borzęcki. Wskazał dom i odszedł. Dzieci z Helenką zostały zamknięte w pokoju, a w kuchni było przesłuchanie. Niestety nie udało mi się jeszcze dotrzeć do jakiegokolwiek protokołu z owych najść, a wracali jeszcze kilka razy. Babcia z dziadziem przemilczeli ten fakt przed dziećmi i ciocią.

Babcia Jadwiga zmarła na serce, mając zaledwie 55 lat; zasłabła przy pieczeniu chleba.

W 1979r. mój tata ożenił się, a rok później  urodziłam się ja. W domu na Przedmieściu nie było za wiele rozmów o czasach wojny. Ciocia wręcz unikała tematu. Teraz wiem, że trochę z niewiedzy, trochę pewnie ze strachu. Za to w rodzinnym domu mojej mamy, koledzy dziadzia i dziadziu wspominali o czasach wojny, a ja lubiłam podsłuchiwać. Czasami były to wesołe historie, czasami tragiczne. Niestety, więcej było tych tragicznych, np. o zabijaniu Żydów i o złych ludziach. O dobrych się prawie nie mówiło.

Kiedy chodziliśmy na cmentarze i odwiedzaliśmy groby bliskich, padało pytanie: „A gdzie jest grób pradziadka Józefa?”. Odpowiedź przez wiele lat była krótka: „Zginął podczas wojny i leży na cmentarzu w Warzycach.” – Tam dotarliśmy po 2000 roku.

Czasy się zmieniały, my, czyli ja z bratem, byliśmy coraz starsi i zadawaliśmy pytania, na które otrzymywaliśmy tylko krótkie, zdawkowe odpowiedzi.  Po 1990r. znajomy przyniósł woreczek z liściem z Drzewa Oliwnego i Ziemią Świętą. Powiedział, że zatrzymali go jacyś ludzie i pytali o Jadwisię. Zgodnie z prawdą odpowiedział, że już dawno nie żyje. Dali to i prosili o przekazanie rodzinie. W 1995r. pod dom przyszło dwóch mężczyzn, zdenerwowanych. Był to Mosze Kuflik (młodszy) z zięciem. Po raz kolejny wybrali się do Polski na poszukiwania. Mosze Kuflik podczas wojny „zakochał się” w swoim aniele, czyli mojej babci. Podobno przez całe życie ją wspominał i chciał jechać do Polski, ale stopowała go jego żona, powtarzając: „Pamiętaj, Ty żyjesz, ale ktoś stracił życie. Nie wiesz, jak Cię przyjmą i czy będą chcieli Cię widzieć.” Po śmierci żony jednak przyjeżdżał do Polski kilka razy. Był bardzo zawiedziony, że nie zastał Jadwisi i zdziwiony, że Jadwisia miała młodszą siostrę.  Podczas krótkiej wizyty trzymał spracowane ręce cioci Helci i powtarzał kilkakrotnie: „Nie wiedziałem, że było tu dziecko.”

Niestety, więcej się nie pojawił. Zmarł kilka lat temu. Nie udało mi się go poznać osobiście. Znam go z opowiadań jego córki i jej męża.

Za niedługo po tej wizycie ciocię Helcie zdenerwował sąsiad, kiedy zaczął sobie z niej drwić, twierdząc: „Hela, to ja jestem kombatantem, a Ty nic nie masz.” Wtedy mój tato zawiózł ciocię do biura kombatantów do Jasła. Chciała się dowiedzieć, czy może się ubiegać o jakiś dodatek za to, że została sierotą podczas wojny. Niestety, i tu natrafiła na bardzo niemiłych ludzi, którzy podniesionym głosem, nie słuchając po co przyszła, nie legitymując jej, zwyczajnie stwierdzili, że każdy by chciał. Ciocia zawsze radziła sobie sama. Uniosła się dumą, honorem i wyszła.

Jednak coraz częściej wracała wspomnieniami do czasów dzieciństwa i w końcu zaczęła opowiadać, kojarzyć fakty. Niestety, jej wiedzę uzupełniam do dziś, a babcia już nie żyła i to ona zabrała najwięcej tajemnic do grobu.

Pierwsze poprosiłam ciocię, aby napisała list do Mosze Kuflika i zapytała, jak długo ukrywali się w gospodarstwie jej rodziców. Odpowiedź przyszła dość szybko i zaskoczyła nas wszystkich, bo ciocia zawsze twierdziła, że kilka dni, a z listu wynikało, że były to długie miesiące.

My już wcześniej byliśmy na cmentarzu w lesie warzyckim, ale około 2005r. ciocia dała się namówić na nawiedzenie zbiorowych mogił. Biedna, przeżyła to bardzo i podjęła decyzję, że bardzo chce, aby chociaż pamięć o jej tacie trwała.

Ówczesny starosta gorlicki przyniósł artykuł o Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, nie wiedząc do końca, jak jest to ważne odznaczenie. Następnego dnia zadzwoniłam do ambasady Izraela w Warszawie, gdzie bardzo miła pani poprosiła, aby ciocia opisała, co wie i przesłała to na adres ambasady, a oni resztą się zajmą. Relacja wysłana została w styczniu 2006r.

Nastąpiło długie oczekiwanie. Chyba w lipcu 2008r. ponownie zadzwoniłam do ambasady, aby zapytać, co dalej. Wtedy dowiedziałam się, że Mosze Kuflik złożył zeznania w Yod Vashem i wszystko jest na dobrej drodze.

Niestety kolejna tragedia – ciocia Helcia, zawsze zdrowa, pełna energii, zachorowała. Choroba krótka, bo półtora miesiąca, ale bolesna i prowadząca do śmierci.  Kiedy ciocia początkiem grudnia 2008r. trafiła do szpitala, kolejny raz próbowałam dowiedzieć się, na jakim etapie jest sprawa – nie udało się. W dzień pogrzebu, po powrocie do domu, odebrałam telefon z Yod Vashem. Pani przedstawiła się i poprosiła ciocię do telefonu. Smutne, że ciocia nie dożyła tej radosnej chwili. Pradziadkowie zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwych wśród Narodów  Świata.

W czerwcu 2009r. w Rzeszowie odebraliśmy medal. Od tego momentu mam stały kontakt z córką Mosze, a w 2018r. poznałam Szoszanę i jej dzieci. Jesteśmy w stałym kontakcie. Jest mi niezmiernie miło, kiedy na świat przychodzi kolejny potomek, a ja jestem informowana o tym fakcie.

Podczas uroczystości w Łańcucie i Markowej 17. marca 2016r. prezydent wręczył odznaczenia dla moich pradziadków – Krzyże Komandorskie Orderu Odrodzenia Polski.

Natomiast 23. marca 2021r. odbyła się w Bieczu piękna uroczystość (pomimo obostrzeń i ograniczeń). Została poświęcona i odsłonięta tablica upamiętniająca heroizm Józefa Pruchniewicza, w ramach programu Instytutu Pileckiego – Zawołani po imieniu.

Cały czas historie obydwu rodzin są uzupełniane wspólną wiedzą i skąpymi materiałami archiwalnymi.

Mam nadzieję, że ujęłam wszystkie ważne informacje i w miarę możliwości zrozumiale je opisałam. W razie pytań, jeśli mogłabym w czymś pomóc, proszę o kontakt e-mail. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli osoby czytające, też napiszą do mnie.

Z poważaniem

Jadwiga Wędrychowicz

Historia pana Józefa była również poruszona w wielu reportażach i artykułach – poniżej prezentujemy kilka odnośników:

Polacy na ratunek Żydom – TVP Lublin – https://lublin.tvp.pl/53357502/17-kwietnia-2021

Niecodziennik od 57 – TVP Kraków – https://krakow.tvp.pl/56258321/odc-57

Jedno życie… Caly świat – TVP Rzeszów – https://rzeszow.tvp.pl/75729498/jozef-pruchniewicz

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.