W nawiązaniu do wspomnień Pani Władysławy Tymińskiej publikujemy historię Jej ojca, Jana Pawlika z Bierówki, spisaną przez wnuka i prawnuczkę. Dziękujemy Panu Lucjanowi Wiśniowskiemu i Pani Marlenie Wiśniowskiej za udostępnione Instytutowi materiały. To najlepszy przykład jak przekazywane są z pokolenia na pokolenia rodzinne historie.

Wspomnienia Jana Pawlika ze służby wojskowej i wojny obronnej w 1939 roku

Wspomnienia opowiedziane przez Jana Pawlika, zostały spisane przez rodzinę, aby pamięć o jego losach w czasie wojny przetrwała dla przyszłych pokoleń. Zostały uzupełnione informacjami wyszukanymi przez prawnuczkę, Marlenę Wiśniowską. Dotyczą one szczegółowych danych na temat jednostki wojskowej, w której służył Jan Pawlik w czasie kampanii wrześniowej.

Jan Pawlik, zdjecie z lat 90.

 

Jan Pawlik urodził się 1. sierpnia 1909 r. w Lubli, w gminie Frysztak. Ukończył tam siedem klas szkoły powszechnej. W 1930 r.w trakcie poboru, został uznany jako zdolny do służby wojskowej i otrzymał kategorię “A”.

Zasadniczą służbę wojskową rozpoczął w kwietniu 1931 r. w Stanisławowie (obecnie Ukraina), w 48. Pułku Piechoty Strzelców Kresowych 11. Karpackiej Dywizji Piechoty. Wojskową przygodę rozpoczął w Kompanii Strzeleckiej, a we wrześniu 1931 r. został przeniesiony do plutonu łączności, gdzie odbył pełne szkolenie radiotelefoniczne. W listopadzie 1931 r. otrzymał stopień starszego strzelca. W grudniu 1932 r. został przeniesiony do rezerwy.

22. sierpnia 1934 r. ożenił się z Bronisławą Szerląg i zamieszkał w Bierówce.Wybudowali dom, który stoi do dzisiaj (nr domu 22). W kwietniu następnego roku odbył pięciotygodniowe ćwiczenia wojskowe w 53. Pułku Piechoty.

Historia walki, niewoli i ucieczki oraz powrotu do domu opowiedziana przez Jana Pawlika

„7. lipca 1939 r. przyjechał woźny z kartą powołania na sześciotygodniowe ćwiczenia wojskowe (cicha mobilizacja). To był Korpus Ochrony Pogranicza, 19. Batalion Graniczny „Słobódka”, stacjonujący pod Łotwą (batalion podległy 3. Pułkowi Piechoty Korpusu Ochrony Pogranicza, sformowany w trakcie mobilizacji alarmowej w 1939 r.).

W dwa dni umundurowali nas i pojechaliśmy pociągiem pod Prusy Wschodnie w okolice Augustowa. Jak się zgłosiłem, została zabrana mi książeczka wojskowa i karta powołania, a zamiast tego wydano mi nieśmiertelnik z zapisanym imieniem i nazwiskiem. Nosiłem go zawieszony na tasiemce na szyi.

Zostaliśmy zakwaterowani u jednego gospodarza. To był pluton łączności, który składał się z  46 żołnierzy, 4 podoficerów i jednego oficera dowódcy. Na ćwiczeniach byliśmy przez lipiec i sierpień. Warunki były bardzo dobre – po zajęciach dużo odpoczywaliśmy i dostawaliśmy dobre jedzenie.

1. września wybuchła wojna i wysłali nas na front. Byłem dowódcą patrolu telefonicznego na punkcie obserwacyjnym 3. Batalionu. Zajęliśmy stanowiska bojowe, które zostały przygotowane przez drużyny żydowskie. Tam byliśmy dwa tygodnie bez kontaktu z przeciwnikiem. Po tym czasie przyszły inne wojska i nas zluzowały. Załadowaliśmy się do pociągu. Dowódcy powiedzieli, że jedziemy na obronę Lwowa. Przeważnie jechaliśmy nocami.

Tak dotarliśmy do Baranowicz (obecna Białoruś), ale nie wjechaliśmy na stację, bo tam stacjonowały już inne wojska. W tym czasie nadleciały samoloty niemieckie i zbombardowały tę stację kolejową. Otrzymaliśmy rozkaz, aby wycofać się i wyładować z pociągu. Następnie padł rozkaz, aby uzupełnić żywność, amunicję i inne rzeczy – co komu brakowało, a potem rozpoczął się marsz pieszy. W tym czasie dowiedzieliśmy się również, że zaatakowali nas Sowieci bez wypowiedzenia wojny, a było to 17. września 1939 roku. Jako zwykli żołnierze nie wiedzieliśmy dokładnie dokąd idziemy. Na drogach było dużo ludności cywilnej z bagażami. Nasze oddziały zostały ostrzelane przez – jak się potem okazało – dywersantów ukraińskich. Zostali oni jednak pobici przez nasze wojsko, które było na przedzie kolumny. Następnie dostaliśmy się pod ogień artyleryjski. Zginęło wtedy wielu żołnierzy i cywilów, którzy byli na drodze.

Padła komenda do zajęcia pozycji bojowych. Okazało się, że wojska, które na nas uderzyły, to Sowieci. Ja byłem nadal dowódcą patrolu telefonicznego. Musieliśmy wraz z kolegami rozkładać, a potem naprawiać linie telefoniczne, które ciągle były przerywane przez wybuchy. Wszystko to pod ostrzałem. Mieliśmy tylko płytkie okopy, które wykopaliśmy saperkami. Wielu naszych zginęło lub zostało rannych. Mnie Pan Bóg szczęśliwie ocalił.

Kilka ataków sowieckich zostało odpartych, udało nam się również zniszczyć ich czołgi. Jednak – jak powiedzieli oficerowie – z powodu okrążenia i wyczerpania amunicji musieliśmy się poddać.

Otoczyli nas Sowieci i kazali zdać broń. Poprowadzili nas do jakichś koszar, gdzie spaliśmy pod ich strażą. Rano wyprowadzili nas na plac koszarowy. Zaczęli wypytywać z jakiego województwa kto pochodzi i mówili, że będą dawać jakieś paszporty. Zamiast tego zabrali wszystkie dokumenty i listy, jak ktoś jakieś miał, a nawet nieśmiertelniki. Pogonili nas do niekrytych wagonów i powiedzieli, że jeśli ktoś będzie chciał uciec, zostanie rozstrzelany.

Zawieźli nas na teren Związku Sowieckiego.To była miejscowość Szepietówka. Tam zaprowadzili nas do jakichś stajni czy koszar. Spaliśmy na betonie. Byliśmy tam kilka tygodni. Praktycznie nie dawali nam jeść. Zrobili spis każdego z osobna, a wszystko, co kto jeszcze miał schowane, zabrali. Zaraz po przyjeździe do tej Szepietówki odłączyli nas,jak również polską żandarmerię, od oficerów i starszych podoficerów (jak się później okazało, wszyscy dowódcy dziadka zginęli w katowniach NKWD w Katyniu i Miednoje).

Było nas w tej Szepietówce około 9 tysięcy polskich żołnierzy. Zostaliśmy przeprowadzeni do miejscowości Ostróg, gdzie jeszcze raz nas spisali i załadowali do pociągu. Jak jechaliśmy, co pewien czas odpinali trzy wagony licząc od tyłu składu i zostawiali. Mnie się udało, bo byłem w wagonie zaraz za lokomotywą. Jechaliśmy w stronę Lwowa. Wyładowali nas w polu i poprowadzili pieszo do jakiegoś dworu, do pustych końskich stajni. Na drugi dzień zaczęło się na nowo spisywanie, ale w nocy ja i kolega postanowiliśmy uciec. Teren był nieogrodzony, były tylko posterunki. Udało nam się je ominąć w ciemnościach.

Uciekaliśmy kierując się na zachód. Początkowo podchodziliśmy pod napotykane wsie. Jeden raz ugościł nas nawet jakiś gospodarz, Ukrainiec, a sam wyszedł niby sprawdzić czy nie ma ruskich patroli. Byliśmy w izbie, jedliśmy posiłek, który nam dał. Wyszedłem na chwilę, bo psy zaczęły głośno ujadać i na całe szczęście w porę zobaczyłem, jak wraca z patrolem sowieckim. Zdołaliśmy uciec przez okno do pobliskiego lasu. Od tej pory omijaliśmy wsie z daleka tylko nocami podchodziliśmy na pola, by zdobyć coś do jedzenia.

Tak wędrując dotarliśmy szczęśliwie nad San. Tam były już polskie wsie. Ludzie nas nakarmili i dali cywilne ubrania. Chodziliśmy z nimi na pola położone nad rzeką niby zbierać buraki, a tak naprawdę obserwowaliśmy patrole – sowieckie po jednej stronie, a po drugiej niemieckie, bo na Sanie była nowa granica między Niemcami i Sowietami. Przy pomocy miejscowych udało nam się przejść San wpław, choć woda była już bardzo zimna, bo to była późna jesień.

Po zachodniej stronie Sanu rozstaliśmy się z kolegą. On był gdzieś z lubelskiego, a ja skierowałem się w stronę domu. Szczęśliwie, przy pomocy dobrych ludzi spotykanych na drodze i z pomocą Boską, dotarłem do domu.”

Dziadek przeżył resztę okupacji oraz wysiedlenie na miejscu – w domu w Bierówce. Szczęśliwie po powrocie z wysiedlenia zastali dom cały, niezniszczony, chociaż ograbiony ze wszystkiego.

Po wojnie długo nie mógł mówić otwarcie co przeżył, z obawy o swoje bezpieczeństwo. Za czasów głębokiego komunizmu informacja o jego służbie w Korpusie Ochrony Pogranicza i walkach z Sowietami na pewno nie pomogłaby mu żyć w spokoju. Gdyby nie zdecydował się na ucieczkę, zapewne podzieliłby los setek tysięcy Polaków, których dotknęła bratnia, sowiecka “pomoc” przyniesiona na bagnetach Armii Czerwonej, zadającej 17. września zdradziecki cios w plecy Polsce.

Książeczka wojskowa, której skan zamieszczono, została mu wydana po wojnie przez WKU w Gorlicach, ponieważ jasielskie WKU wraz z całym archiwum uległo zniszczeniu podczas zagłady miasta Jasła, dokonanej na rozkaz starosty niemieckiego, Waltera Gentza.

W książeczce wojskowej zapisano to, co dziadek ujawnił z pominięciem niewygodnych wówczas szczegółów.

Dziadek zmarł w 2000 roku.

 

Wspominali:

prawnuczka, Marlena Wiśniowska i wnuk, Lucjan Wiśniowski.

                               

       Marlena Wiśniowska                                              Lucjan Wiśniowski

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.