“Kiedy wybuchła wojna, miałem dziewięć lat. Pamiętam, że to był piątek. Jeden z niemieckich samolotów przeleciał bardzo nisko nad naszym domem i skierował się w stronę Zimnej Wody. Kiedy nadlatywał, miało się wrażenie, że zahaczy o komin domu, ale tak się nie stało…”

Zapraszamy na wspomnienia Pana Józefa Hapa.

„Hitleryzm wkroczył na nasze ziemie z planem totalnej zagłady narodu polskiego. Ten zbrodniczy plan nie został zrealizowany w całości  tylko dlatego, że hitleryzm został rozgromiony przez Armię Radziecką i koalicję antyhitlerowską. (…)

W Polsce zginęło więcej ludzi niż w jakimkolwiek kraju Europy (…) 3.000 obywateli naszego państwa ginęło codziennie z rąk hitlerowskich oprawców. Szczególnie tragicznym miejscem stał się las w Warzycach, gdzie prawie codziennie rozstrzeliwano więźniów politycznych oraz Żydów. ”

To fragment wypowiedzi prof. dr. Stanisława Walczaka, zamieszczony w Przedmowie książki „Jasło oskarża. Zbrodnie hitlerowskie w regionie jasielskim 1939-1945”.W tej samej pozycji książkowej, w rozdziale „Pacyfikacja wsi w regionie jasielskim”, autorstwa Czesława Leosza, czytamy:

„W więzieniu w Jaśle i na Gestapo w czasie „przesłuchania” stosowano różne najwymyślniejsze tortury – przypalano przesłuchiwanych rozpalonym żelazem, wybijano zęby, oczy, łamano ręce i nogi, odcinano języki. Po takim „przesłuchaniu” pozostawał tylko strzęp człowieka.”

Ta informacja daje nam odpowiedz na pytanie, dlaczego tak niewiele ofiar zbrodni w warzyckim lesie udało się zidentyfikować.


Wspomnienia Pana Józefa Hapa

Józef Hap urodzony 24. sierpnia 1930 roku w Warzycach.

„Kiedy wybuchła wojna, miałem dziewięć lat. Pamiętam, że to był piątek. Jeden z niemieckich samolotów przeleciał bardzo nisko nad naszym domem i skierował się w stronę Zimnej Wody. Kiedy nadlatywał, miało się wrażenie, że zahaczy o komin domu, ale tak się nie stało. Między Szebniami a Zimną Wodą był przysiółek nazywany Sadebrzą. Był tam potok i stał słup elektryczny wysokiego napięcia, którym prowadzono prąd do Męcinki do elektrowni. W pewnym momencie samolot zahaczył o druty i stanął w płomieniach. Zginęli wtedy dwaj młodzi piloci. Leciały też inne samoloty od strony Łysej Góry w kierunku Sobniowa. Większość ludzi myślała, że to angielskie maszyny odbywają jakieś próbne loty, bo samoloty pojawiały się od strony południowej, jakby ze Słowacji. Nad Sobniowem spadła bomba na gorzelnię i zniszczyła zbiornik. Spirytus lał się jak rzeka, a ludzie chodzili i nabierali go do wiader. Furmanki z towarami jechały na jarmark, bo to był dzień targowy, a nad nimi latały nisko samoloty z przeraźliwym rykiem silników. Na lotnisko w Moderówce spadły dwie bomby. Był ogromny hałas, zamieszanie, szum, strach i przerażenie.

Tego samego dnia o godzinie 15.30 przyjechał do Warzyc pierwszy patrol niemiecki. Dotarło do naszej miejscowości sześciu Niemców na dwóch motocyklach. Zatrzymali się koło kopca. My, dzieci, pobiegliśmy tam, by ich zobaczyć, a zwłaszcza maszyny, na których tu dojechali. Niemcy byli przyjaźnie do nas nastawieni. Poczęstowali nas czekoladami, a jeden z nich po polsku zapytał, jaka to miejscowość. Kiedy mu odpowiedzieliśmy, rozłożyli mapę i sprawdzili, gdzie dotarli. Mówili o Zimnej Wodzie i wiedzieli, że był tam gospodarz o nazwisku Bachman. Hodował on krowy mleczne, holenderskie, czarno – białe, piękne i mój tato dobrze się z nim znał, bo czasami, jak zwierzęta były chore, to go wzywano do opieki nad nimi. Tatuś był po jakichś kursach weterynaryjnych i Bachman sam przyjeżdżał po niego, kiedy miał problemy ze zwierzętami. Ja go też znałem. Pamiętam, że pola między Warzycami a Zimną Wodą to było jedno wielkie pastwisko, na którym pasły się krowy z hodowli Bachmana w godzinach od czternastej do osiemnastej po południu. Bydła było dużo. Rano Wojnar odwoził mleko do Jasła, do mleczarni. Jeździł specjalnym samochodem z platformą przeznaczoną do przewozu mleka. To gospodarstwo rolne Bachmana funkcjonowało przez całą wojnę, aż do momentu, kiedy zbliżały się wojska rosyjskie. Wtedy Bachman sprzedał krowy i wyjechał.

Mój rodzinny dom stał blisko drogi. Kiedy w lesie miały się odbywać egzekucje, to dzień wcześniej, wieczorem gestapowcy z Jasła przywozili Ukraińców, którzy mieszkali we dworze w Moderówce i to oni kopali doły. Było wszystkim wiadomo, że na następny dzień Niemcy będą mordować ludzi. Jednego dnia, o trzeciej nad ranem, obudziło mnie przeraźliwe buczenie silnika samochodowego. Odsunąłem delikatnie firankę i zobaczyłem auto pełne ludzi. Niemcy wieźli całe wesele. Widziałem pannę młodą, której welon powiewał na wietrze, swatów, drużki i gości weselnych. Okazało się, że w Białobrzegach, koło Krosna, zastrzelono dwóch Niemców. W odwet za to aresztowano uczestników wesela i ich rozstrzelano w lesie.

Pamiętam też, że był taki dzień, kiedy od świtu do nocy mordowano w lesie Żydów z Frysztaka. Kiedy kazano im opuścić domy, pozwolono zabrać dobytek, ważący nie więcej niż pięć kilogramów. Najpierw zawieźli wszystkich do Sobniowa. Tam odebrano im te pięciokilogramowe węzełki z dorobkiem życia, a następnie zostali przetransportowani do lasu w Warzycach i tam ich rozstrzelano. My tego dnia kosiliśmy pszenicę na Tomaszówce i słyszeliśmy cały dzień strzały z pistoletów.

W moim domu rodzinnym, w jednym z pokoi, mieszkali żołnierze niemieccy. Taka sytuacja miała miejsce prawie w każdym domu w Warzycach. Mieliśmy takich dodatkowych lokatorów. U nas było dwóch oficerów. Mieli do dyspozycji samochód. Wszyscy Niemcy chodzili na obiady na Sanokówkę, bo tam u Błasika była kuchnia polowa. Kiedy zbliżała się pora obiadu, tam się udawali. Ci oficerowie, którzy mieszkali u nas, zabierali mnie ze sobą do samochodu na te obiady. Polubili mnie. Dostawałem od nich dwa prezenty – przejażdżkę samochodem i dobre jedzenie. Pamiętam, że na deser był zawsze budyń polewany czekoladą. W tamtym momencie był to rarytas, którego smak pamiętam do dzisiaj.

Mimo że trwała wojna, ludzie starali się żyć w miarę normalnie. Moim obowiązkiem było pasienie krowy. Chodziłem na łąkę po drugiej stronie drogi. Lubiłem czytać książki, więc zawsze zabierałem jedną ze sobą. Kładłem się na trawie, krowa się pasła, a ja czytałem. Kiedyś miała miejsce dziwna historia. W pewnym momencie na otwartą książkę, którą czytałem, spadła grudka ziemi. Wstałem, rozejrzałem się, ale nikogo nie było. Wróciłem więc do czytania. Po chwili sytuacja znowu się powtórzyła – na otwartą stronę książki wpadła kolejna grudka ziemi. Znów wstałem, rozejrzałem się po okolicy, ale w dalszym ciągu nikogo nie zobaczyłem. Kiedy to się stało po raz trzeci, przerażony zostawiłem krowę i pobiegłem co sił w nogach do domu. O całym zajściu opowiedziałem tatusiowi. Ten poszedł na łąkę i okazało się, że na kolejnym polu obsadzonym ziemniakami, chowała się Żydówka o nazwisku Weiss z dwoma córkami. Jedna z nich, Rózia była moją rówieśniczką, a druga miała na imię chyba Sala. Łęty ziemniaczane były takie wysokie i gęste, że kiedy ja rozglądałem się po okolicy, niczego nie zauważyłem. Tato przyprowadził krowę i tę Żydówkę z dziewczynkami na nasze podwórko. Kazał mamie, by dała im jeść i poprosił, by odeszły, bo bał się, że ktoś może donieść, że pomagamy Żydom. Dowiedzieliśmy się, że pani Weiss z córkami poszła do Sieklówki. Tam zakładnicy dali znać na gestapo i zabrali ich do Kołaczyc, gdzie zostały rozstrzelane.

Mojej mamy siostra, ciocia Władzia Sanokowska, była nauczycielką. Kiedy zakończyła edukację, dostała przydział do pracy w Pszczynie na Górnym Śląsku i tam poznała swojego męża Tadeusza Kłosaka. W czasie wojny wujek Tadek przyjechał do Warzyc i pomagał swojemu szwagrowi, Józefowi Błasikowi w gospodarstwie domowym, a także w sklepie po Mendlach założył sklep spółdzielczy, w którym sprzedawał Jan Sanokowski. Mieszkańcy Warzyc robili u niego zakupy. Wujek Tadek Kłosak uniknął w ten sposób wcielenia do niemieckiej armii, ponieważ Górny Śląsk był niemiecki i jego mieszkańcy mieli obowiązek służyć Rzeszy.

Któregoś dnia wujek Tadek obrywał ze mną śliwki. Stał na drabinie, a ja pod nią. Trzymałem drabinę, żeby wujek nie spadł. W pewnym momencie na mostek zajechał niemiecki motocykl z dwoma oficerami. Jeden z mundurowych wysiadł i skierował się w naszą stronę. Przestraszony powiedziałem wujkowi, że żołnierz idzie do nas. Wujek zszedł z drabiny i czekał. Żołnierz podszedł do niego i powiedział: „Cześć Tadziu!”. Przywitali się i odeszli na bok. Dość długo rozmawiali, potem uścisnęli sobie dłonie, oficer wsiadł na motocykl i odjechali. Zapytałem wujka, kto to był, a ten mi odpowiedział: „Józiu, to był mój najbliższy sąsiad ze Śląska.” Poznał wujka i dlatego się zatrzymał.

10. września 1944 roku oficer niemiecki przyprowadził na nasz ogród oddział wojska. Byli to bardzo młodzi chłopcy. Mogli mieć około siedemnastu lat. Bardziej przypominali uczniów ze szkoły niż żołnierzy gotowych umierać za swój kraj. Byli wycieńczeni. Przy studni na naszym podwórku stało takie duże koryto kamienne, z którego poiło się krowy. Zawsze w nim była woda. Pamiętam, że ci młodzi żołnierze zdejmowali buty i moczyli w tym korycie nogi. Mieli całe stopy odparzone i w bąblach. Prali spocone onuce, rozkładali je na trawie i suszyli. Płukali też buty w środku. Wieczorem dotarła do nich kuchnia polowa. Dostali posiłek i poszli spać do naszej stodoły. Następnego dnia po południu przyjechał żołnierz na rowerze i przywiózł oficerowi meldunek. Okazało się, że to był rozkaz. Oddział miał się udać wieczorem w kierunku Roztok, doliną Jasiołki pod Sądkową, która była już wysiedlona. Rosjanie stacjonowali w Zimnej Wodzie i mieli na dwóch samochodach „Katiusze”. To była straszna broń. Wyrzucała z siebie smugi ognia i jak płomienie dosięgły człowieka, to go żywcem paliły. Żołnierze jak usłyszeli rozkaz, to płakali jak dzieci. Mieli świadomość, że idą na pewną śmierć. Pamiętam, że jak Rosjanie strzelali z „Katiuszy”, to cała Sądkowa stała w płomieniach. Zimna Woda była doszczętnie zniszczona. Ocalał tylko częściowo jeden dom w całej wiosce.

W dzień wysiedlenia Warzyc, 12. września, żołnierz niemiecki w mundurze z księżycem na piersiach, chodził od domu do domu wzdłuż drogi i informował, że musimy opuścić mieszkania, bo zbliża się front rosyjski i powinniśmy uciekać za Jasło. Tam ludzie zostali poinformowani, że mają obowiązek przyjmować wysiedleńców. Kiedy po paru godzinach wracał, to sprawdzał, czy ludzie opuścili domy. Zauważyłem, że prowadził ze sobą księdza Biernata. Zatrzymali się na naszym podwórku. W tym czasie mój brat, Jasiek, był już zatrudniony do kopania okopów w Bierówce i właśnie stamtąd wrócił. Nic nie wiedział o rozkazie opuszczenia domu. Ten żołnierz chciał go zastrzelić, ale Niemcy, którzy mieszkali u nas, wyjaśnili mu wszystko i ocalili bratu życie. Pamiętam też, że w naszym ogrodzie pod gruszami, stały ukryte niemieckie czołgi.

Wspomniany wcześniej Niemiec, który prowadził księdza Biernata, dotarł z nim do Jasła. Duchowny miał być rozstrzelany. Kiedy byli w okolicach Ogródka Jordanowskiego, nadleciały rosyjskie samoloty i zrzucały bomby. Ksiądz, wykorzystując fakt, że Niemiec chował się, by nie zginąć, uciekł i tym sposobem uratował swoje życie.

Kiedy wyruszyliśmy w drogę do Jasła, na Urbanówce najechaliśmy na moment zastrzelenia Edwarda Urbana. Rodzina Urbanów chciała schronić się w lesie i na polnej drodze natknęli się na Niemca, który strzelił chłopakowi z pistoletu prosto w głowę i pozbawił go życia na miejscu. Potem jeszcze zastrzelił ich konia. To było straszne przeżycie, a obraz pozostał mi w pamięci na zawsze.

Dotarliśmy do Brzyszczek, do państwa Jaroszów. Było już prawie ciemno, więc rodzice dostali nocleg w domu, a my, chłopaki, poszliśmy spać do bunkra. Zakryliśmy wejście do niego wiązką słomy, żeby było cieplej. W nocy przelatywał samolot. Musiał lecieć nisko, bo było słychać straszny huk. Kawałek od domu Jaroszów zrzucił bombę. Siła uderzenia była taka, że wyrwało tę wiązkę słomy, którą był zakryty właz. Po bombie pozostała w ziemi ogromna dziura.

Razem z mieszkańcami okolicznych wsi schroniliśmy się w lesie. Musieliśmy tu urządzić prowizoryczne domy i jakoś żyć. Po pewnym czasie Niemcy wygonili nas z lasu. Jeden z nich zabrał nam konia, a zostawił w zamian źrebaka. Na całe szczęście zwierzę miało na tyle siły, by ciągnąć załadowany wóz. Ogółem Niemcy zabrali 82 konie ludziom z Warzyc.

Wyszliśmy z lasu koło kapliczki przy drodze na Lublicę i pognali nas w kierunku Rafinerii w Jaśle. Tu spędziliśmy noc. Rano zbiórka na stacji kolejowej. Tam był podstawiony pociąg. Niemcy zachęcali, by do niego wsiadać, ale ludzie wiedzieli, że ten pociąg nie jedzie do Biecza, jak informowano, tylko do Niemiec, do obozu pracy. Spotkaliśmy tu leśniczego, który był u nas na praktyce. Siedział z narzeczoną i mamą w pociągu, ale kiedy zobaczył tatusia, wysiadł z niego i zapytał, czy mógłby zabrać się z nami. Tatuś oczywiście się zgodził.

Dotarliśmy do Skołyszyna. Na wprost szkoły zatrzymaliśmy się, żeby nakarmić i napoić konie. Przyszedł do nas kierownik szkoły. Okazało się, że zna tatusia jeszcze z czasów I wojny, kiedy wspólnie służyli w ułanach. Powiedział nam, że Niemcy zabierają wszystkich powyżej szesnastego roku życia na roboty do Niemiec. Zaproponował, żeby u niego zostali Janina, Jan – moje starsze rodzeństwo oraz leśniczy z narzeczoną i Janina Bochnia z Moderówki, córka kolegi tatusia. Zostało 5 osób.

Na stacji w Skołyszynie Niemcy segregowali ludzi – na prawo tych, co jadą do Niemiec, na lewo tych, co zostają. Nas w pierwszym momencie skierowali na prawą stronę, ale tatuś pokazał żołnierzowi dokument, który posiadał. Było to zaświadczenie lekarskie w języku niemieckim, z którego wynikało, że jest przewlekle chory na korzonki. Tatuś był w obozie w Niemczech i tam zachorował. Cofnęli nas na lewą stronę. Dzięki temu nie wysłano nas do Rzeszy.

Moje rodzeństwo: Jan, Janina i pozostałe osoby dotarli ze Skołyszyna do Szalowej, gdzie mieszkała nasza ciocia Helena Sanokowska, która była tam nauczycielką. My przebywaliśmy z pozostałą rodziną w Strzeszynie. Tatuś nocą pojechał do Szalowej i przywiózł do Strzeszyna tych, którzy zostali u kierownika szkoły. Było nas razem dziewięcioro. W Strzeszynie przebywaliśmy do stycznia. Pomagaliśmy w gospodarstwach, żeby zarobić na jedzenie. Był wrzesień, wykopki. Moim obowiązkiem było pasienie krowy.

Któregoś dnia tatuś z leśniczym pojechali do Gorlic wymienić punkty na wódkę i papierosy Junaki. Punkty dostawało się za sprzedaż płodów rolnych i zwierzyny. W Gorlicach leśniczy spotkał kolegę ze studiów, który obecnie był dyrektorem majątku państwowego w Kwiatanowicach. Zabrał ich do siebie i trochę tam poucztowali. Na drugi dzień do Strzeszyna dotarły furmanki ze zbożem, sianem i burakami. Dał nam to wszystko dla naszych zwierząt.

Jasło zostało wyzwolone przez żołnierzy z Czechosłowacji. Zostawili oni na pamiątkę tego wydarzenia jedno z dział. Stało ono długi czas na Placu Żwirki, a później przeniesiono je do Muzeum Historycznego w Dukli. Pamiętam jak ustawiali to działo na placu. Nie wiedzieli, w którą stronę skierować jego lufę. Na Rosję nie, na Czechy nie, na Niemcy nie. Zdecydowali, że najbezpieczniej będzie w kierunku Bałtyku.

Po wyzwoleniu wróciliśmy do domu. Z nami wrócił do Warzyc ksiądz Biernat. W naszym domu nie było ani jednego okna. Okazało się, że Niemcy zbudowali bunkry koło Polarki, pod lasem i tam zamontowali nasze okna. Przynieśliśmy je, wmontowaliśmy i zaczęła się trudna powojenna rzeczywistość. Na wysiedlenie pojechał z nami nasz pies, Doksiu. Kiedy wracaliśmy do Warzyc, w tym całym zamieszaniu zapomnielismy o zwierzaku. Właściciel domu, który przyjął nas pod swój dach, dał nam znać, że pies nie chce jeść, skomli i że jeśli go nie zabierzemy, to zdechnie. Tatuś pojechał i przywiózł Doksia.

Józef Hap (1962 rok)

Józef Hap – wrzesień 2024 roku

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.