Czas płynie, a wspomnienia zostają…
Nieodłącznym elementem życia człowieka są wspomnienia. To swoistego rodzaju pomost, który łączy przeszłość z teraźniejszością i jest rodzajem refleksji nad doświadczeniami człowieka, które dokonały się w określonym miejscu i czasie. W pamięci zapisujemy subiektywne obrazy z przeszłości, które miały większy lub mniejszy wpływ na kształtowanie naszego życia.
Dla tych, którzy przeżyli wojnę, wspomnienia są ciągle żywe mimo upływu lat. Doświadczenia tamtych tragicznych czasów ukształtowały osobowości i systemy wartości. Nauczyły szacunku do życia, drugiego człowieka, odpowiedzialności oraz odróżniania dobra i zła.
Wspomnienia pana Kazimierza Tęczy
Urodziłem się 2 lutego 1933 roku.
Miałem sześć lat gdy wybuchła wojna. Mój dom rodzinny znajdował się nieopodal szkoły podstawowej. Mieszkałem w nim z moimi rodzicami i rodzeństwem. Moi rodzice to Maria i Franciszek, a rodzeństwo to starszy o 3 lata brat Władziu i młodsza siostra Józia.
Nasz dom stał na tyle blisko starej drogi rzeszowskiej, że słychać było ryk silników samochodowych, które tędy przejeżdżały. Z przerażeniem wspominam odgłos jadących aut, które wiozły ludzi na rozstrzelanie do lasu. Jedne samochody były przykryte plandekami, inne odkryte. Widać było ludzi i strach malujący się na ich twarzach. Kiedy skręcali w stronę lasu dodatkowo słychać było płacz tych skazańców, którzy mieli świadomość gdzie jadą i po co. I choć większość z nich to byli udręczeni więźniowie z jasielskiej „Bursy”, każdy obawiał się końca swojego żywota i popadał w rozpacz. Widok był porażający. Po egzekucjach było mnóstwo krwi.
Domyślaliśmy się, co się dzieje w lesie. Ludzie jednak bali się podglądać poczynania okupanta; groziło to utratą życia.
Niemcy, którzy mieszkali w naszej wsi, byli raczej spokojni, dobrze do nas mieszkańców nastawieni. Gorzej było z policją granatową. Oni mieli na twarzy wypisaną nienawiść do Polaków. Każdy się ich bał.
Wszyscy też wiedzieli o obozie jenieckim w Szebniach. Ja z mamą chodziłem prawie pod Zimną Wodę paść krowę. Z chłopakami biegaliśmy pod obóz i z daleka przyglądaliśmy się więźniom. Byli wychudzeni. Ludzie przynosili im czasami coś do jedzenia, ale rzadko to się zdarzało, bo sami nie mieli za dużo. Podrzucali im wtedy, jak na wieżyczkach kontrolnych nie było strażników. Pamiętam też, że ogrodzenie obozu od strony Bierówki było uszkodzone, bo jeńcy próbowali ucieczki.
Ludzie chodzili też czasami pod obóz po ubrania, które zostawały po tych więźniach, którzy zmarli. Pamiętam, że raz jakaś kobieta dała mi kawałek chleba, żebym go zaniósł pod obozowe ogrodzenie. Zrobiłem to, ale dostrzegł mnie jeden ze strażników i oberwałem kolbą po plecach.
W koncowych latach okupacji szkoła w Warzycach zmieniła się w koszary wojskowe. Niemcy przywozili tutaj swoich żołnierzy z frontu wschodniego na krótkie okresy odpoczynku. Żołnierze niemieccy odzyskiwali tutaj siły i ponownie wracali na front a na ich miejsce przywożono następnych frontowców. Była tu kuchnia polowa, w której przygotowywano posiłki dla żołnierzy. Podobnie rzecz wyglądała na plebanii.
Kiedy front ze wschodu przybliżył się i stanął na linii Niepla – Chrząstówka – Tarnowiec,zrobiło się niebezpiecznie dla ludności cywilnej i rozpoczęto wysiedlanie Jasła i mieszkańców miejscowości położonych na wschód od Jasła. W Warzycach sołtys chodził od domu do domu i informował, że należy natychmiast opuścić gospodarstwa i udać się za Jasło. Wzięliśmy taki wózek na dwóch kółkach, który był w naszym gospodarstwie i spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mieliśmy konia, więc wózek trzeba było ciągnąć samemu. Dotarliśmy do Brzyszczek całą rodziną i tu zatrzymaliśmy się u naszych krewnych, u Lelitów. Od nich poszliśmy do lasu z paroma innymi rodzinami. Tam zbudowaliśmy takie budy z drzewa zabranego ze sobą i kocy. Tymi kocami i rożnymi płachtami nakrywaliśmy konstrukcje drewniane i tak powstały dachy. Na gałęziach z jedliny mieliśmy posłanie. Budy stały jedna obok drugiej. Nocami ludzie podchodzili do opuszczonych domów, żeby przynieść do lasu coś do jedzenia, np. z piwnicy. To było niebezpieczne, ale trzeba było jakoś żyć. Przynosili garnki, budowali paleniska i coś gotowali.
Prawie codziennie, w godzinach wieczornych, słychać było potężne wybuchy na terenie miasta Jasła. To Niemcy celowo i systematycznie wyburzali jeden lub dwa budynki.
Przy drodze do lasu w Brzyszczkach, koło krzyża, stacjonowała ukryta w niecce niemiecka jednostka artyleryjska, która ostrzeliwała zachodnią część rosyjskiego frontu, tj. Szebnie-Tarnowiec. Pamiętam, że stały tam cztery armaty, z których od czasu do czasu strzelali. Niemiecka obsługa tej jednostki zwerbowała do pracy kilkunastu cywilów ukrywających się w lesie, w tym mojego ojca. Mieli za zadanie kopanie rowów, schowków na amunicję, konserwację pocisków armatnich oraz budowanie zabezpieczeń osłaniających to miejsce.
Siedzieliśmy w lesie do grudnia. Było bardzo, bardzo zimno. W grudniu Niemcy pozwolili tym rodzinom, z których mężczyźni zostali przymuszeni do pracy u nich, przenieść się z lasu do domów w Brzyszczkach (ale tylko do tych domów położonych najbliżej lasu). Wróciliśmy i mieszkaliśmy w domach, ale obawialiśmy się, że znów nas z nich wyrzucą. Staraliśmy się nie wychodzić za dnia na zewnątrz, żeby nikt nas nie zauważył.
Po wyzwoleniu wróciliśmy do Warzyc. Nasz dom ocalał, ale bieda była straszna.

Z siostrą Józefą Gacek- lato 1956 Służba wojskowa- rok 1957
0 komentarzy