Wspomnienia w życiu człowieka odgrywają niezwykle ważną rolę. Nie tylko utrwalają minione wydarzenia w pamięci, ale przede wszystkim kształtują ludzką tożsamość, stanowiąc fundament osobowości i zapewniając ciągłość życiową.

Pozwalają odpowiedzieć na pytanie: „Kim jestem?”. Dzięki nim człowiek potrafi budować swoją indywidualną historię, czerpać naukę z doświadczeń i odnajdywać sens własnej egzystencji. Są źródłem siły, mądrości i pocieszenia, pomagają budować relacje oraz analizować decyzje. Mogą też prowadzić do nostalgii, ucieczki od teraźniejszości lub być ciężarem, jeśli przeważają w nich negatywne doświadczenia.

Wspomnienia pani Alfredy Kuchty(z domu Twardzicka)

„W naszym domu mieszkał nauczyciel, Droździewicz Adam. Uczył w szkole w Warzycach. Przydzielili go do nas, bo dom był stosunkowo duży, a nas mieszkało w nim tylko troje – ja, moja mama, Władysława i mój tata, Władysław. Droździewicz był oficerem AK, mocno zaangażowanym w działalność partyzancką. Zajmował się m. in. wydawaniem gazetki podziemnej „Pobudka”. Musiał często uciekać i chronić się przed aresztowaniem, bo gestapo deptało mu po piętach. Bywało, że znikał na kilkanaście dni, potem znowu wracał i jak dostał ostrzeżenie, znów znikał. Po pewnym czasie dojechała do niego żona. Pochodziła ze Lwowa. Pamiętam, że często przychodzili do nas Niemcy i szukali nauczyciela. Zazwyczaj ktoś go wcześniej ostrzegał i udawało mu się uciec z domu, i ukryć. Ale któregoś dnia pojawili się bardzo agresywni żołnierze. Przeszukali dokładnie cały dom i strych. W domu była jego żona. Spodziewała się dziecka. Została tak dotkliwie przez nich pobita, że poroniła. Pamiętam też, że to zajście zbiegło się z wysiedleniem. Mama poszła na strych i chciała zabrać ze sobą figurkę Matki Boskiej, którą dostała w prezencie ślubnym od drużbów. Figurka była sporych rozmiarów i zapakowana w drewnianym pudełku. Kiedy mama zniosła je ze strychu, w naszym domu ciągle byli Niemcy. Jeden z nich był ciekawy, co jest w skrzyni i przy jej otwieraniu uszkodził Matce Boskiej nos. Moja mama zaczęła wrzeszczeć na tego żołnierza. On nic nie rozumiał, ale zdenerwował się i uderzył mamę z ogromną siłą kolbą w lewy bok, poniżej żeber. Chwilę później w miejscu uderzenia zrobił się potężny krwiak, ale nie było czasu na rozczulanie się nad sobą. Trzeba było zebrać siły i uciekać.

To są jedne z pierwszych moich wspomnień. Urodziłam się 22. czerwca 1936 roku w Warzycach. Kiedy wybuchła wojna miałam skończone trzy lata. Mieliśmy pole 200 metrów od miejsca, gdzie Niemcy rozstrzeliwali ludzi w lesie. Moja mama kosiła sierpem zboże nieraz do północy, a ja leżałam pod kopą siana w opałce i spałam. Słyszała jęki mordowanych dzieci. A kiedyś w lipcu, jak strzelali setki Żydów, to drogą płynęła taka cuchnąca ciecz, która pochodziła z rozkładających się ciał. Jak poinformowano o tym Niemców, to przyjechali i zlali wszystko wapnem. To były upalne dni i ciała rozkładały się w szybkim tempie.

To miejsce w lesie, które Niemcy wybrali na rozstrzeliwanie ludzi, było tak porośnięte młodym lasem, że kiedy schodziło się z głównej drogi, ogarniała człowieka ciemność. Korony drzew były ze sobą połączone, nie przepuszczały do ziemi promieni słońca. To było trochę straszne, ale my dzieci zaglądaliśmy tam czasami z ciekawości. Niewiele można było zobaczyć. Doły były zasypane, drzewa krzywo posadzone, ciemno i cicho. W upalne dni unosił się w powietrzu nieprzyjemny zapach.

Kiedy wysiedlali naszą wieś, po domach chodzili Niemcy i kazali szybko się wynosić. Nie mieliśmy konia, wozu, ani krowy. Mama zabrała tylko pierzynę. Pamiętam, że tego dnia wiał dość mocny wiatr. Siedziałam na progu nieświadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Miałam bose nogi. W pewnym momencie wiatr ruszył mocno drzwiami, które uderzyły mnie z dużą siłą w stopy. Strasznie mnie nogi bolały, a tu trzeba było ruszać w drogę na piechotę. Tatuś poprosił o pomoc Jurka Twardusia. On miał wóz. Pozwolił nam się ze sobą zabrać.

Ruszyliśmy w nieznane siedmioma furmankami. Zatrzymaliśmy się u Witusików, gdyż zrodził się plan, by schronić się w lesie. Witusikowie mieli parę koni i wozy. Zapakowali wszystko, co się dało i ruszyliśmy do lasu.

Dotarliśmy do miejsca, które potocznie nazywane jest „Berlinem”. Wtedy to był bardzo gęsty kawałek młodego lasu. Tu zbudowaliśmy szałasy i żyliśmy w tych leśnych warunkach ponad trzy tygodnie. Rodzice przychodzili czasami pod osłoną nocy do domu, żeby przynieść coś do jedzenia. Moja mama sama zabiła małym nożem prosie, które miało sześćdziesiąt kilogramów. Przyniosła do lasu mięso, żebyśmy mieli co jeść.

Nasz dom był dość blisko lasu, ale pomiędzy zabudowaniami a drzewami był wąwóz. Niemcy go ciągle obserwowali. Wiedzieli, że w lesie są ludzie – cywile i partyzanci. Trzeba było bardzo uważać, by nie zostać postrzelonym w czasie przemieszczania się pomiędzy lasem a domem.

Któregoś dnia przyjechali do lasu Niemcy na koniach i kazali nam się wynosić. Akurat było to w tym momencie, kiedy zostałam sama z Twardusiami, bo tatuś i mamusia poszli po coś do domu. Rozpłakałam się ze strachu, że jestem sama, bez nich i wypatrywałam czy nie wracają. Na całe szczęście wrócili w porę.

Niemcy poinformowali nas, że mamy się udać w kierunku Gądek. Na stacji w Niegłowicach młodych pakowali do wagonów i wywozili na roboty do Niemiec, a pozostałym kazali udać się „za wodę”. My postanowiliśmy iść do Sieklówki. Stamtąd szliśmy do Kołaczyc. Po drodze mijaliśmy spalone domy. Dotarliśmy do Kaczorów. Ciężko było znaleźć nocleg w domach, bo pełno było wszędzie ludzi. Jasło już też było wysiedlone, więc spora część mieszkańców tu znalazła schronienie. Poszliśmy dalej do Jareniówki, a stamtąd do Opacia. Tu gospodarz dał nam schronienie, ale w stodole na boisku. Stodoła miała świeże klepisko, jeszcze mokre. Dali nam słomę, ale ona szybko zwilgotniała. Spaliśmy we trójkę, ja z rodzicami, przez jakiś czas w tej stodole. Był listopad, na zewnątrz zimno. Nasza pierzyna parowała od wilgoci i ciepła naszych ciał. Pamiętam, że z rana pokrywał ją szron. Tatuś szukał mieszkania w Gamracie, ale tam też było dużo ludzi. Znaleźliśmy dom w Dąbrówce. Tu, na zbitych pryczach, doczekaliśmy 17. stycznia. Cieszyliśmy się, że wojna się zakończyła, chociaż jeszcze tego dnia u naszych gospodarzy szyby wyleciały, bo w okolicy dogasały walki niemiecko – rosyjskie.

Wróciliśmy do Warzyc, ale nasz dom był spalony. Nasi sąsiedzi też nie mieli, gdzie mieszkać. Z bunkrów pod lasem znosili sprzęty. Mój tatuś znalazł tam nasz stół i dwie szafy.

Betlej Karol zaproponował nam zamieszkanie w pustym ocalałym domu po swojej krewnej. Dom był w strasznym stanie. Ściany oblepione pluskwami. Moja mama gotowała w garczku wodę i wrzątkiem polewała ściany. W ten sposób pozbywała się robactwa. Myła ściany i  kilka razy je bieliła. Mieszkaliśmy tam od stycznia do września. Spałam na deskach. Bieda i ciasnota, nie było co jeść.

W tym czasie wyremontowaliśmy naszą stodołę i przenieśliśmy się do niej. Znów na świeże klepisko, parujące i wilgotne, które doprowadziło mnie i mamusię do chorób nóg. W tym czasie odbudowywaliśmy też dom. Mój tatuś naprawiał buty i w ten sposób zarabiał na życie. Moja mama, po tym pamiętnym uderzeniu przez Niemca kolbą, poważnie zachorowała. Wdarło się zakażenie, które powodowało, że ciało gniło. Nie było bandaży, ani żadnych środków higienicznych. Okładałam mamie rosnącą w oczach ranę szmatkami. Te z rany paliłam w piecu, te z zewnątrz gotowałam. Mama chorowała 13 lat i zmarła.”

Władysława Twardzicka (1911 – 1976) – matka (z domu Wietecha)

Władysław Twardzicki (1904-1987) – ojciec

Alfreda Kuchta i Stanisław Kuchta (1932 – 2017)

 

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.