Burzliwe wydarzenia związane z okupacją naszego kraju odcisnęły swoje piętno na warzyckiej ziemi. Świadczy o tym znajdujący się w lesie cmentarz ofiar terroru hitlerowskiego – jedna z większych nekropolii na Podkarpaciu.
Dla wielu mieszkańców Warzyc to ważne miejsce, na którym od wczesnych lat szkolnych uczyli się patriotyzmu lokalnego, uczestnicząc w uroczystościach patriotyczno – religijnych w każdą pierwszą niedzielę września. To tradycja przekazywana od 9 września 1945 roku kolejnym pokoleniom.
W 2009 roku w szkole w Warzycach realizowane było zadanie publiczne pod nazwą: „Poznając najbliższą historię, kreujemy naszą europejską przyszłość”. Jednym z działań, skierowanych do uczniów, było spisanie wspomnień wojennych. Prezentując zadania domowe opowiadali w nich głosem swoich bliskich o tym, co wydarzyło się w Warzycach w czasie II wojny światowej. Wspomnienia były różne – krótsze i dłuższe, ale wszystkie łączy jedno – ból, cierpienie, głód, smutek, rozpacz i wszechobecna śmierć.
Zaglądamy do pierwszego uczniowskiego zeszytu. Poznajemy wspomnienia babci Adriana, Bronisławy Zając:

„Nigdy nie zapomnę wysiedlenia, 12 września 1944 roku. Mieliśmy tylko pół godziny na spakowanie całego naszego dobytku. Niektóre rodziny wyruszyły za Jasło, a my z kilkoma innymi rodzinami poszliśmy do lasu. Siedzieliśmy tam od 12 września do końca października. Przeżyłam tam wiele drastycznych scen, mając niewiele ponad 14 lat.
Rodzice kazali nam chodzić w pole zbierać ziemniaki i marchew, żeby było co jeść. Któregoś dnia, podczas powrotu z pola do lasu, usłyszałam strzał. Przeżegnałam się ze strachu i zobaczyłam biegnącego mojego brata. Poszłam za nim, by zobaczyć co się stało. Zobaczyłam Kazię Błasik leżącą w kałuży krwi. Została postrzelona. Niemiecki żołnierz podszedł do niej i zapytał:
– Wo ist Mutter? (Gdzie jest matka?)
Kazia usłyszała mój głos i powiedziała:
– Bronia, daj znać do lasu ojcom.
Pobiegłam i powiedziałam Błasikom co się stało. Ojciec Kazi wraz z kilkoma innymi mężczyznami pobiegli na miejsce zdarzenia. Wzięli ją na wóz i zawieźli na Sanokówkę, a potem karetką wojskową pojechała do szpitala w Gorlicach. Później dowiedzieliśmy się, że zmarła.
W końcu Niemcy przeprowadzili obławę w lesie. Wyprowadzili nas i eskortowali do Brzyszczek. Zatrzymaliśmy się tu na kilka dni. Znalazła nas tu Feldgendarmeria. Zobaczyli mojego brata leżącego w łóżku. Był bardzo chory. Niemcy podejrzewali go o udział w partyzantce i kazali rozstrzelać. Już trzymali broń w ręku wymierzoną w brata, kiedy zrozpaczona moja mama padła przed nimi na kolana i całowała ich stopy. Błagała o darowanie synowi życia. Serce „zmiękło” żandarmowi. Darował bratu życie.
Kazali nam iść do Opacia. Kiedy już tam dotarliśmy Niemcy kazali nam maszerować do Trzcinicy. Kiedy tam dotarliśmy, załadowali nas do wagonów towarowych. Na stację przyszło wielu ludzi, by nas pożegnać i wszyscy śpiewali pieśń „Serdeczna Matko”. Widziałam jak wielu płakało, żegnając się ze swoimi bliskimi. Była to bardzo wzruszająca chwila, której obraz mam do dzisiaj przed oczyma.
Dojechaliśmy do miasteczka Limanowa. Tam nas Niemcy pogrupowali i wysłali do różnych wsi. Dostaliśmy się do Męciny. Przez parę dni mieszkaliśmy w pobliskim domu ludowym, gdzie dawano nam ciepły posiłek, który przyrządzały partyzantki i księża. Okazało się, że we wsi Mordarka, znajdującej się opodal Męciny, mieszkał nasz warzycki proboszcz, ksiądz Stanisław Biernat. Postanowiłyśmy z mamusią, że złożymy mu wizytę. Ksiądz przywitał nas serdecznie i ugościł. Było bardzo miło spotkać swojego człowieka.”
Otwieramy kolejny zeszyt, a w nim zadanie Oli, która spisała wspomnienia swojego dziadzia, Augustyna Błasika:

„Urodziłem się 26 listopada 1939 roku. To był trzeci miesiąc zawieruchy wojennej. W 1944 roku miałem prawie pięć lat i w pamięci utkwiło mi jedno zdarzenie.
Zbliżał się front. Niemcy wysiedlali wszystkich mieszkańców naszej wioski. Ludzie w popłochu uciekali gdzie kto mógł, zabierając z domu co ważniejsze rzeczy. Jedni podążali na zachód, za Jasło, do wiosek, gdzie było bezpiecznie, a inni do lasu. Moja rodzina razem z czteroma innymi, schroniła się w lesie. Tu rodzice zbudowali szałasy. Mieszkaliśmy w tych prowizorycznych domach dwa tygodnie, kiedy spotkało nas ogromne nieszczęście.
Była jesień, czas wykopków. Do lasu przyszło dwóch niemieckich żołnierzy. Chcieli, aby dziewczyny poszły ukopać dla nich kartofli, by stacjonujący tu żołnierze mieli co jeść. Z naszych czterech rodzin zabrali dwie dziewczyny – moją siostrę Kazię i Józię od sąsiada Urbana. Obie dziewczyny wyszły z lasu i podążały w kierunku wioski, zaś żołnierze poszli głębiej w las szukać kolejnych „ochotniczek” do wykopków.
W pewnej chwili ciszę przerwał strzał z karabinu. Strzały z karabinów nie były czymś dziwnym dla nas, bo ludzie prawie do nich przywykli. Taka była rzeczywistość. Kiedy jednak ucichł ten strzał, usłyszeliśmy płacz. Chwilę później przybiegła przerażona Józia Urban, koleżanka mojej siostry, ze straszną wiadomością, że Kazia została postrzelona.
Tatuś wziął wóz i konia od Urbana, i razem z mamusią i Józią pojechali po Kazię. Położyli ją na wozie i zawieźli do wsi na Sanokówkę, gdzie był niemiecki Czerwony Krzyż.
Lekarz niemiecki nie mógł pomóc Kazi, bo kula utkwiła pod sercem i natychmiast karetką wojskową odwieźli ją do Gorlic, bo tam był szpital wojskowy. W tym szpitalu zrobiono siostrze operację, wyciągnięto kulę, ale po kilku dniach Kazia zmarła. Pochowano ją na cmentarzu w Bieczu, gdzie spoczywa do dzisiaj.
Po dwóch tygodniach pobytu w lesie wygnano nas stamtąd. Dotarliśmy do wioski Strzeszyny, jedenaście kilometrów od Biecza. Mieszkaliśmy u gospodarza o nazwisku Pyznar do końca wojny.
Miałem niecałe sześć lat, kiedy wojna się skończyła i wróciliśmy do Warzyc. Na nasze szczęście dom stał, ale nie było co jeść. Mama jeździła „na dziady” do podrzeszowskich wsi i prosiła o chleb, ziemniaki, cokolwiek do jedzenia, a my wszyscy czekaliśmy aż wróci.”
W zeszycie Kacpra zapisane są wspomnienia jego dziadzia, Józefa Hapa:

„12 września 1944 roku Niemcy wydali rozkaz wysiedlenia Warzyc, dając zaledwie pół godziny na spakowanie dobytku. Wszyscy mieli udać się do miejscowości po drugiej stronie Wisłoki. Każdy, co mógł, ładował na wóz. Cały ten tłum ludzi, pod nadzorem Niemców, wśród huku dział, ruszył w stronę Jasła.
Pomiędzy wysiedlonymi mieszkańcami znalazła się i moja rodzina. Miałem wtedy 14 lat. Część ludzi udała się za Wisłokę, a część, korzystając z nieuwagi Niemców, skierowała się do lasu.
Mój brat Jasiek miał 19 lat. Przypomniał sobie, że nie zabrali wiadra, które zostało przy studni i wrócił po nie. Gdy zaczął je odpinać nadszedł Niemiec z wyciągniętym w jego stronę pistoletem. Byłby go zastrzelił, bo myślał, że to partyzant. Ale nadszedł drugi Niemiec, chwycił żołnierza za rękę i wytłumaczył mu, że to mieszkaniec z tego domu. Rozpoznał mojego brata i dzięki temu ocalił mu życie.
Wysiedleni mieszkańcy Warzyc koczowali w lesie przez 10 dni. Potem Niemcy otoczyli las i przepędzili wysiedleńców aż do Binarowej koło Biecza, gdzie przebywali do 15 stycznia 1945 roku.”
Zadanie prezentuje Bartek. Przeprowadził rozmowę ze swoim dziadziem, Tadeuszem Maziarzem:

„Wielu ludzi pamięta dzień 1 września 1939 roku, jakby to było wczoraj. We wczesnych godzinach rannych nadleciały samoloty, które zrzuciły bomby. Niektórzy gospodarze twierdzili, że to manewry lotnicze naszej armii. A jednak był to pierwszy nalot wojsk niemieckich. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że zaczęła się wojna.
Ludzi ogarnęło przerażenie i strach, pojawiły się oznaki paniki. Władze wydały szereg zarządzeń dla zapewnienia porządku i bezpieczeństwa. Niemcy w szybkim tempie zajmowali kolejne miejscowości. W naszej wsi, głównie w szkole i na plebanii, również stacjonowali niemieccy żołnierze.
Tak mijały dni, a potem to już miesiące. W Jaśle utworzono getto żydowskie, zakazując tam wstępu Polakom pod groźbą kary śmierci. Ale pomimo tych gróźb przedostawano się na teren getta i dostarczano żywność.
Mieszkańcy Warzyc z całymi rodzinami zostali wysiedleni. Nie sposób opisać warunków w jakich przyszło im przebywać. Ludzie wegetowali w prymitywnych szałasach. Nocami starali się przedostawać do wsi, by przynieść coś do jedzenia. Było to bardzo niebezpieczne, bo Niemcy strzelali do śmiałków bez ostrzeżenia.
Po powrocie z wysiedlenia ludzie padali na kolana, całowali ziemię jeśli się okazało, że ich dom szczęśliwie ocalał.
Spalone i zniszczone miasto Jasło pozostało w pamięci na zawsze. Nie sposób opisać słowami, bo nikt nie zdoła oddać ogromu zbrodni, jakiej dopuścili się Niemcy na tym skrawku polskiej ziemi.
Gestapo, aby zataić swoje zbrodnie, przeprowadzało na Lasku egzekucje zazwyczaj nocą lub wczesnym rankiem. Maskowano świeże mogiły, okrywając je liśćmi i igliwiem. Sadzono na grobach jodły, a do mogił wlewano gaszone wapno. Warzycki Lasek jest w tej okolicy największym miejscem pamięci narodowej. Znajduje się tu 32 mogiły zbiorowe. Jest hołdem złożonym tym wszystkim, którzy stracili swoje życie w okresie II wojny światowej.
Każdy świadek oraz uczestnik tamtych wydarzeń chciałby, aby podobne historie znane były tylko ze wspomnień starszych.”
0 komentarzy