Jesteśmy pokoleniem, które nie doświadczyło okrucieństwa wojny. Znamy ją z filmów, gier komputerowych, książek historycznych oraz wspomnień tych, którym przyszło żyć w czasach naznaczonych cierpieniem, głodem, strachem, bólem i wszechobecną śmiercią.

Najchętniej i z zainteresowaniem wczytujemy się we wspomnienia tych, którzy byli bezpośrednimi uczestnikami tragicznych wydarzeń II wojny światowej. To oni, bohaterowie o których milczą książki historyczne, ponosili ofiary zmagając się z trudną do wyobrażenia wojenną rzeczywistością.

Pani Teresa Tęcza pomogła Instytutowi w przygotowaniu kolejnych wspomnień i materiału zdjęciowego, za co Jej serdecznie dziękujemy. 

Wspomnienia Pani Czesławy Płazy

Czesława Płaza(z domu Tęcza) – urodzona 17. lutego 1933 roku w Warzycach.

„Gdy wybuchła wojna, miałam 6 lat. Moim obowiązkiem w domowych pracach było pasienie krowy. 1. września 1939 roku robiłam to, co zwykle – poszłam z krową na łąkę pod las. Widziałam przelatujące samoloty, ale nic sobie z tego nie robiłam. Kiedy zaczęły spadać bomby, to odłamki, zbliżone kształtem do grochu, latały dookoła. Nie miałam pojęcia jakie to niebezpieczne, a nawet mogę powiedzieć, że w tamtym momencie to mi się to podobało. Zboże było skopione. Od kop odbijały się odłamki. Przybiegł po mnie tato i polami wróciliśmy do domu. Przejście drogą było ryzykowne, bo mogła spaść na nas bomba.

Pamiętam też taką sytuację, kiedy siedziałam na gruszy i zrywałam owoce, a nad moją głową latały pociski karabinowe, kule. Jako dziecko nie miałam świadomości, że to coś może mnie zabić. Tatuś kazał mi szybko z tego drzewa schodzić. Tego dnia, te latające kule, zabiły w Warzycach dwóch mężczyzn – Jana Tenerowicza i Jana Tęczę.

Pod lasem moi rodzice mieli pola obsiane zbożem. Pracowali przy żniwach i widzieli samochody nakryte plandekami, skręcające do lasu. Potem tylko było słychać strzały z pistoletów. Były takie dni, że samochody przyjeżdżały bez przerwy i strzelano cały czas. Do dziś mam te głosy w głowie. Mordowali dzieci z ochronki. Zabili też uczestników wesela z Białobrzegów koło Krosna. Była to zemsta za to, że zabili jednego Niemca. Wieźli ich samochodem, który miał problemy z wyjazdem pod górkę. Silnik pracował na pełnych obrotach, ale auto nie poruszało się do przodu. Niemcy wyrzucili wszystkich na drogę i pędzili ich w stronę lasu.

W lesie, na wzniesieniu Patryja, stał drewniany dom. Pamiętam, że jako dziecko zachwycałam się nim, taki był piękny. Tam Niemcy urządzali sobie imprezy. Jak nikogo nie było w okolicy, to ja z chłopakami biegałam tam i zaglądaliśmy do okien. Wszystko było urządzone tak, że ja nigdy takich luksusów nie widziałam. Wokół wzniesienia rosło mnóstwo borówek. Chodziliśmy je zbierać i wiedzieliśmy, kiedy w domu są Niemcy, a kiedy ich nie ma.

Kiedyś wybrałyśmy się na borówki, ale pod lasem zatrzymali nas żołnierze niemieccy. Nie wpuścili nas do lasu. Chwilę później nadjechały samochody wypełnione ludźmi. Skręciły w stronę Bierówki. Rzucało tymi samochodami na prawo i lewo. Słychać było płacz dzieci i zawodzenie kobiet. Okazało się, że to wieźli do lasu żydowskie kobiety z dziećmi i tam ich rozstrzelali. Takie sytuacje powtarzały się często.

Pamiętam też takie jedno zajście, kiedy z kuzynką, Gienią Wietechą, poszłyśmy do lasu na poziomki. Wąwozy pod lasem pełne były tych owoców. Nazbierałyśmy ich dość dużo, a potem siadłyśmy przy drodze i układałyśmy je – te ładniejsze na górze, żeby się pochwalić zbiorem. W pewnej chwili stanęło za nami dwóch niemieckich żołnierzy. Pamiętam, że mieli medale na piersi. Przestraszyłyśmy się, całowałyśmy ich po rękach. Chciałyśmy oddać im owoce, byle tylko puścili nas wolno. Żołnierze patrzyli na nas, nic po polsku nie rozumieli. Śmiali się z nas, nie chcieli poziomek. Dali nam po 10 polskich groszy na cukierki i odeszli, a my przerażone pędem wróciłyśmy do domu.

Mieszkaliśmy blisko drogi. Często przyjeżdżali do nas partyzanci na rowerach. Zostawiali je i szli do lasu. Znali chyba mojego tatusia, bo ja nie wiem, kto to był. Tatuś chował im te rowery do stodoły. Wracali czasami po kilku dniach, zabierali te rowery i tak było dość często.

Kiedy front zbliżał się do linii Bierówka – Szebnie, przyszli do wsi Niemcy i kazali opuścić domy. Mojego najstarszego brata, Kazimierza, zabrali do kopania okopów i budowania bunkrów. Jeden z Niemców powiedział nam, żebyśmy się gdzieś schowali, bo koniec wojny nastąpi lada chwila. Przesiedzieliśmy w bunkrze koło Szeląga tydzień, ale potem wygnano nas. Dotarliśmy do Żółkowa. Tu spędziliśmy około tydzień. Chcieliśmy być mimo wszystko bliżej domu, więc przyszliśmy do Hankówki, do koleżanki mojej mamusi, z którą ona przed wojną pracowała w guzikarni. Tu spędziliśmy kilkanaście dni, a następnie wypędzili nas do lasu. Osiedliliśmy się w Głęboce, bo na Głojscach było już bardzo tłoczno. Pamiętam, że na Głojscach stały 3 domy postawione jeszcze przed pierwszą wojną światową. Naszym domem był szałas wybudowany z gałęzi przez tatusia.  Piliśmy wodę z rzeki. Mieszkała z nami Żydówka z Warzyc. Peśka miała na imię. To była starsza, samotna osoba. Bardzo się martwiła, jak przeżyje ten trudny czas wojny. Któregoś dnia przyszedł żołnierz i ją ze sobą zabrał. Mamusia przychodziła czasami do wsi do domu, zabierała z piwnicy ziemniaki, które piekliśmy na ogniu. Z lasu też nas Niemcy wygonili. Szliśmy jak bydlęta przez Lublicę i Kołaczyce. Dotarliśmy do Niegłowic. Tu, pamiętam, jakaś kobieta przyniosła nam gar gotowanych ziemniaków, żebyśmy się posilili. Zapakowano nas do wagonów i zawieziono do Biecza, gdzie spędziliśmy noc. W tym domu, gdzie się zatrzymaliśmy, było bardzo mało miejsca. Mieszkała tam starsza babcia umysłowo chora. Nie wychodziła w ogóle z domu. Gospodarz bał się bardzo, żebyśmy my, dzieci, przypadkowo jej nie wypuścili. Do dziś pamiętam, jak babcia krzyczała: „Gospodorzyjku, gospodorzyjku, wypuść mnie, gospodorzyjku.” Musieliśmy opuścić to mieszkanie w Bieczu. Przyszedł sołtys i przydzielił nas do Binarowej, do dwóch rodzin, Kobylaków i Matuli. W kąciku domu gospodarzy, którzy udzielili nam schronienia, spaliśmy na słomie, którą tatuś codziennie przynosił.

W Bieczu była kuchnia dla wysiedleńców. Razem z Gienkiem Szelągiem chodziliśmy tam po zupy. Szliśmy ogrodami. Akurat na drzewach były dojrzałe owoce – gruszki, śliwy. Zbieraliśmy je, żeby zapchać żołądki. Jednego dnia, jak dotarliśmy do Biecza, okazało się, że kuchnia jest zamknięta, bo i tu dotarły działania wojenne. Byliśmy świadkami wymiany ognia pomiędzy wojskiem niemieckim a Sowietami, którzy tu dotarli. Widzieliśmy, jak wiązano drutami jeńców.

Schowaliśmy się w kościele. W pewnym momencie do świątyni wszedł Niemiec. Chciał zrzucić z ołtarza figurkę Matki Boskiej. Zobaczyliśmy w pewnej chwili, jak spada z ołtarza. Zabił się na miejscu. My przerażeni uciekliśmy z kościoła i co sił pognaliśmy do Binarowej. Tu, w wiosce była taka cisza, jakby wojny w ogóle nie było. Na wysiedleniu byliśmy dziewięć miesięcy.

Wreszcie mogliśmy wrócić do domu. Okna powybijane, stodoła rozebrana, bo drzewo było potrzebne do budowy bunkrów, dach do połowy rozebrany, bo okazało się, że na naszym domu była „obserwatorka” na Szebnie. Nie było co jeść. Z mamusią chodziłyśmy na żebry. Jeździłyśmy aż pod Rzeszów, do Babicy, żeby zdobyć jakieś jedzenie. Wszędzie, gdzie poszłyśmy chcieli, żebym została na służbę. Zdobytą żywność przynosiłyśmy na plecach ze stacji w Moderówce do Warzyc, do domu. W polu były przemarznięte buraki cukrowe. Przynosiliśmy je do domu i piekliśmy z nich placki. Bieda była niesamowita, a jeść coś trzeba było. Gdy mamusia zachorowała, to jeździłam na żebry z ciotkami: Wróbliną, Witkowską i Bigoską. Chodziłam też z Helą Filip, ale to nie trwało długo, bo jej brat, Edward, na progu u Sorysowej rozbrajał granat i on wybuchł. Urwało mu obie ręce i ona musiała się nim opiekować. Zaczęłam wtedy jeździć na żebry z kuzynem, Benkiem Tęczą. Stryjenka Szczepanowa napiekła nam na drogę placków ze zmarzniętych buraków. Dotarliśmy do Jaszczwi. Najpierw chodziliśmy po domach. Dotarliśmy do młyna i dostaliśmy za darmo szuflę mąki i szuflę pęcoka. Uradowani wracaliśmy do domu. Cieszyliśmy się, że rodzina będzie miała co jeść. Potem chodziliśmy już tylko do młyna i za każdym razem coś nam dali. Właściciele młyna to byli bardzo szczerzy ludzie. I tak toczyło się życie do pewnego czasu. Tatuś pracował po domach jako cieśla. Zarabiał pieniądze, ale nie było, gdzie ich wydać, ani kupić jedzenia. Jak mamusia zmarła, to cała nasza gromadka została na głowie tatusia. Pomagałam mu, jak mogłam. Zabiegałam o to, byśmy zawsze mieli jedzenie. Od Wójtowiczowej z góry dostałam trzy rządki ziemi. Nasadziłam grochu, ziemniaków i już coś było. Chodziłam też na służbę, a później dostałam pracę.”

  

Czesława Płaza                             Czesław Płaza – mąż

Czesława Płaza stoi obok mężczyzny w garniturze

Czesława Płaza po lewej i Marysia Bigos

Od lewej: Jan Tęcza, Czesława Płaza, Helena i Eugeniusz Szeląg

Czesława Płaza – lipiec 2025 roku

 

 

 

 

Kategorie: Wydarzenia

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.