Tragizm pokolenia młodych ludzi, urodzonych około 1920 roku, wynikał z konieczności podjęcia przez nich walk z okupantem niemieckim. Nastała okrutna rzeczywistość – terror, łapanki na ulicach, obozy koncentracyjne i obozy pracy, głód, choroby, egzekucje, więzienia, przesłuchania i tortury. Te makabryczne doświadczenia stanowiły chleb powszedni i pozostawiły trwały ślady w psychice. To oni, świadkowie tamtych czasów, często bohaterowie o których milczy historia, walczyli każdego dnia o przetrwanie i lepszą przyszłość. Wszyscy oni mieli świadomość, że śmierć czeka na nich za rogiem…
Władysław Michalski (1922 – 1943) „Orlik”
Żołnierz Ośrodka „Kedywu” Armii Krajowej Krosno

Zdjęcie z książki Czesława Nowaka
„Uczestnicy konspiracji niepodległościowej na Podkarpaciu w latach 1939-1956”
Władysław Michalski pochodził z Dobieszyna, w gminie Jedlicze. Jego rodzice, Paweł i Helena Michalscy, mieli pięcioro dzieci: Stanisława (1905-1995), Jana (1908-1988), Anielę (1913-1940), Stanisławę (1919-1996) i Władysława urodzonego 18. października 1922 roku.
Władysław uczęszczał najpierw do czteroklasowej szkoły w Dobieszynie, a klasy V-VII ukończył w pobliskim Potoku. Był zdolnym i pracowitym uczniem, bardzo koleżeńskim, imponował nienagannym zachowaniem. Uczciwość, rzetelność, gotowość do poświęceń – te cechy zawsze go wyróżniały, co powiedział każdy, kto się z nim zetknął. Podczas pobytu w gimnazjum udzielał się w harcerstwie, a szczególnym zainteresowaniem darzył zajęcia w pracowni modelarskiej, prowadzone przez profesora Teodora Foltaka. Modele wykonywał również w domu, a w czasie okupacji w tajnej modelarni. Wybuch wojny zastał go z promocją do trzeciej klasy gimnazjalnej.
We wrześniu 1939 roku, jak wielu mężczyzn, uciekł przed Niemcami na wschodnie tereny kraju. Po powrocie włączył się do pomocy żołnierzom uciekającym na Węgry. Niektórzy z nich zostawili broń i amunicję, którą Władek i jego koledzy przechowali, by później przekazać organizacji konspiracyjnej. W 1940 roku niemieckie władze okupacyjne pozwoliły na zorganizowanie kursów przygotowawczych do szkół zawodowych (Staatliche Vorbereitungslehrgang Fϋr Fachschulen in Krosno), w miejsce zlikwidowanych szkół średnich w Krośnie. Zajęcia prowadzili przedwojenni profesorowie gimnazjalni, m. in. Antoni Lęcznar, Piotr Jabłoński, ks. Stanisław Matyka i Maria Sobkowa, a kierownikiem kursów był Ludwik Stolarzewicz, nauczyciel wysiedlony z Łodzi. Program nauczania ograniczony przez Niemców, był poszerzany przez ofiarnych nauczycieli o treści z historii Polski, literatury, geografii, psychologii, itp. Młodzież również potajemnie rozwijała akcję czytelniczą.
Władysław uczęszczał na kursy przygotowawcze krótko, do czasu podjęcia decyzji o wstąpieniu do zakonu. Rozpoczął nowicjat w Klasztorze Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów w Sędziszowie Małopolskim, przybierając imię zakonne Zenon. Ta ważna decyzja życiowa wynikała z jego głębokiej religijności i atmosfery domu rodzinnego. Duży wpływ na niego miał katecheta Franciszek Robak, zasłużony ksiądz z jedlickiej parafii oraz gwardian ojców Kapucynów w Krośnie. Wstąpienie do klasztoru i poświęcenie się służbie Bożej miało być również próbą wyłączenia się z beznadziejnej, okupacyjnej rzeczywistości. Jednak nie był mu przeznaczony los zakonnika. Wrócił, ku zaskoczeniu rodziny, nocą 15. sierpnia 1941 roku. Ojcu wyjaśnił, że Niemcy zażądali od gwardiana wydania grupy najmłodszych braci. Ten jednak zwlekał z decyzją i poinformował o sprawie zarówno chłopców jak i prowincjała w Krakowie. Prowincjał przyjechał do Sędziszowa następnego dnia i zalecił zagrożonym pośpieszne opuszczenie klasztoru, wyrażając równocześnie nadzieję, że spotkają się po wojnie.
Michalski po powrocie postanowił uzupełnić wykształcenie. Udał się do Krakowa po podręczniki do znajomego prowincjała. Niewiele załatwił, a na dodatek w drodze powrotnej Niemcy zatrzymali pociąg i zabrali wszystkich z jego przedziału. Po powrocie do domu opowiedział siostrze, że kiedy policjant niemiecki wszedł do przedziału, ich spojrzenia spotkały się i Władek wyczuł w jego wzroku niepewność, jakiś respekt. Po chwili policjant wyszedł, nie legitymując go.
W ramach tajnego nauczania ukończył gimnazjum, zdobywając maturę. W tym okresie jako młody, zdolny człowiek, skłonny do poświęceń, włączył się do działalności konspiracyjnej w ramach Tajnej Organizacji Wojskowej, którą kierował Zenon Sobota „Korczak”. Otrzymał wówczas konspiracyjny pseudonim „Orlik”. Pod koniec 1942 roku przeszedł przeszkolenie wojskowe dla podoficerów, uzyskując stopień kaprala. Przełożeni w Tajnej Organizacji Wojskowej, widząc w nim wartościowego konspiranta, wyznaczyli mu zadanie prowadzenia naboru ofiarnej i zdyscyplinowanej młodzieży do działalności dywersyjnej i wywiadowczej. Wiosną 1943 roku na bazie Tajnej Organizacji Wojskowej utworzono krośnieński ośrodek „Kedywu” kryptonim „Olgierd”, wchodzący w skład Rejonu „Kedywu” „Świteź”, obejmującego zasięgiem działania teren Podokręgu AK Rzeszów. W tym czasie w Dobieszynie zorganizowano grupę dywersyjną składająca się z 2 patroli, po pięciu żołnierzy w każdym. Władysław Michalski był łącznikiem między tą grupą i dowództwem „Olgierda”.
Grupę dobieszyńską, jako jedną z pierwszych zaczęto używać do akcji bojowych.
23. maja 1943 roku Karol Janocha (1925-1943) i Mieczysław Ginalski (ur.1924), kierowani przez podoficera N.N. „Osę” z Krosna, mieli przeprowadzić akcję likwidacyjną na posterunku policji w Sękowej, koło Gorlic. Komendant posterunku i konfident Ludwik Jackowski zamach przeżył, natomiast Karol Janocha został ciężko ranny. Gestapowcy z jego oryginalnym dowodem osobistym przyjechali do Dobieszyna. Dziadek Karola, liczący ponad osiemdziesiąt lat, udzielił informacji o niektórych kolegach wnuka przekonany, że ma do czynienia z handlarzami, którzy chcą załatwić jakieś interesy. Nie wiadomo, czy gestapowcom udało się uzyskać zeznania od ciężko rannego Karola, przebywającego w gorlickim szpitalu. Zmarł on po kilku dniach.
24. maja gestapo przeprowadziło w Dobieszynie obławę, w wyniku której aresztowano Władysława Buczyńskiego (1915-1943) i braci Kubackich – Stanisława ( 1919-2009) i Józefa (1920-2009). Udało się zbiec Mieczysławowi Ginalskiemu, Władysławowi Michalskiemu i Edwardowi Wiluszowi (1925-1945), natomiast Marian Błażejowski (1926-1943) został zastrzelony podczas ucieczki. Za zbiegłych akowców gestapo aresztowało członków ich rodzin: Józefę i Franciszka Gibalskich – rodziców Mieczysława, Karolinę Wilusz – matkę Edwarda i jego rodzeństwo: Amelię, Henryka, Antoniego, Franciszka i Władysława, zaś z rodziny Władysława Michalskiego aresztowano ojca, matkę, brata Jana i siostrę Stanisławę. Aresztowano też ojca Karola Janochy, Jana Brekiesza z Turaszówki.
Stanisława Buczyńska, siostra Władysława Michalskiego, tak wspominała tragiczne wydarzenie z maja 1943 roku:
„Już w przeddzień aresztowań jeździł drogą jakiś tajniak i obserwował okoliczne domy. Władek w porozumieniu z ojcem postanowił ukryć się, na razie u brata Staszka. Wcześnie rano nasz dom otoczyła policja niemiecka i aresztowała ojca i brata Jana. Pobiegłam do sąsiadów Błażejowskich, aby ich ostrzec. Marian od rana przebywał w Krośnie. Gdy gestapowiec zażądał od nauczycielki wskazania go, ta odpowiedziała, że Błażejowski jest nieobecny. Przejęty Marian wkrótce opuścił klasę i udał się do Dobieszyna. Gdy przyszłam do ich domu, był zdezorientowany, przymierzał się do pójścia do brata, mieszkającego w Potoku. Gdy gestapowcy, Oskar Bücker i Gustaw Schmatzler, przyszli go aresztować, próbował uciekać po odkrytym terenie w stronę Potoka i został zastrzelony przez Bückera. Gestapowcy nakazali pochować go w polu, gdzie został zabity. Później przeniesiono zwłoki Mariana na cmentarz. (…) Na drugi dzień obaj gestapowcy z policjantami granatowymi z Jedlicza przyszli aresztować matkę i mnie. Wrzucono nas do ciężarowego samochodu i zawieziono do obozu w Szebniach, gdzie spotkałyśmy ojca i brata.”
Władysław Michalski ubolewał nad tym, co spotkało jego bliskich i kolegów. Ocenę tego wszystkiego zawarł w liście do brata Stanisława i szwagierki:
„To, co zaszło u nas, wiem, że w Waszych oczach czyni mnie sprawcą nieszczęścia. Czy ja brałem jaki udział w napadzie na komisarza policji w Gorlicach, to najlepiej przekona Was wiadomość, że zaszło to zdarzenie w południe w niedzielę, kiedy ja byłem w kościele w Jedliczu, a potem w domu. O nieszczęśliwych męczennikach złożonych na ołtarzu Boga i Ojczyzny nie zapominamy wcale. Módlcie się za nich wiele i szczerze. (…)
Zobaczycie (jeśli teraz mniemacie inaczej), że nie było w moich postępkach ostatnich miesięcy nic, co by wynikało z bezrozumnego, młodzieńczego zapału, jak tylko zrozumienie koniecznej potrzeby. Bóg jest możniejszy od wszystkich i Jemu ufam, ufam, że nasi bliscy zostaną uratowani, a nieszczęście zaniesione w ofierze za drugich, zbliży ich i nas do Boga. Przejdzie to wszystko prędko, jak zresztą wszystko na tym świecie. (…)
Strzeż się bardzo i nie śpij w domu, bo w toku śledztwa mogą sobie o Tobie przypomnieć. (…)
Ja nie zaznaję żadnej biedy, a tylko pali mnie ta sama gorycz, co i Was. Ze mną się nie spotkacie. List ten niezwłocznie spalcie.”
Listu nie spalono i przechowała go siostra Stanisława, podobnie jak fotografię Władka, jedyne pamiątki jakie po nim zostały.
26. czerwca 1943 roku, wracający z akcji likwidacyjnej w Sanoku zespół bojowy, natknął się w lesie pod Przysietnicą na liczną kolumnę furmanek z policją niemiecką i granatową. Władysław Michalski stał przy zepsutym samochodzie i z polecenia „Korczaka” obserwował drogę od strony Przysietnicy. Gdy doszło do wymiany strzałów, każdy z żołnierzy ratował się według własnego wyboru. „Orlik” próbował wskoczyć na skarpę położoną na skraju lasu, ale został postrzelony w lewą nogę. Niemcy schwytali go, wrzucili do wozu i przewieźli do Brzozowa. Przed posterunkiem policji w Brzozowie przeprowadzono go do samochodu i tak w towarzystwie dwóch Niemców pojechał w stronę Krosna. Tam dołączono go do grupy wcześniej aresztowanych akowców.
Oto fragment wspomnień profesora gimnazjum, Antoniego Lęcznara:
„Po kilku godzinach zaczęło nas wyprowadzać z piwnic gestapo po dwóch. Mnie prowadzono z kolegą Julianem Müllerem. W aucie ciężarowym był już kpt. Jan Ptak, bestialsko pobity, o oczach błędnych, ręce miał skute kajdanami. W aucie spotkałem także ucznia Władysława Michalskiego, rannego w nogę w czasie ostatniej akcji. W drugiej dwójce szedł Tadeusz Moskal. Nagle spostrzegłem, że zaczyna uciekać w kierunku parku. Dosięgły go jednak kule gestapowca Oskara Bückera. Po tych wydarzeniach kazano nam się odwrócić i trzymano nas pod bronią maszynową, dopóki nie wrócił Bücker. Gdy sprowadzono do auta resztę uwięzionych, Bücker zaczął kopać rannego Michalskiego. Nawet szefowi gestapo, Gustawowi Schmatzlerowi, nie spodobało się postępowanie Bückera i zawołał:
– Bücker, was machen Sie? (Co ty robisz?)
Następnie auto konwojowane przez motocykle uzbrojone w broń maszynową ruszyło w kierunku Jasła. W lasku w Potoku zatrzymano auto, zamierzając zapewne nastraszyć nas, że nastąpi rozstrzelanie Michalskiego. Skończyło się jednak na pytaniu o wiek aresztowanego.”
Oto dalszy ciąg wspomnień siostry „Orlika”:
„Około 28. czerwca przyjechało do obozu gestapo. Ojca, matkę i mnie zakuto w kajdanki i wsadzono do samochodu. Brata w tym czasie nie było w obozie, gdyż pracował na lotnisku w Moderówce. Ogarnęły nas straszne przeczucia – cóż z nami będzie? Gdzie nas wywożą? Przyjechaliśmy pod budynek gestapo w Jaśle. Ustawiono nas na podwórzu, spojrzeliśmy w okno na piętrze – nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, staliśmy jak porażeni. To był najgorszy widok, jakiego mogliśmy się spodziewać. W oknie stał Władek, podtrzymywany przez dwóch Niemców. Mokre włosy opadły mu na czoło, patrzył w naszą stronę, jednak w jego oczach nie dostrzegliśmy rozpaczy. Gestapowcy zażądali potwierdzenia tożsamości Władka. Zaprowadzili mnie do sali, gdzie przebywał brat. Władek miał zawiniętą lewą nogę jakąś brudną szmatą, jego ręce nosiły ślady ukąszeń psów, wargi miał porozbijane. Spojrzałam w jego oczy – jak zawsze pewnie patrzyły przed siebie. Gestapowiec zażądał, abym opowiedziała wszystko, co mi wiadomo o bracie. Władek dodał mi otuchy, wiedząc, że tym co powiem niewiele, mogę mu zaszkodzić, ponieważ był zorientowany z przebiegu śledztwa, że gestapo wie bardzo dużo. Po konfrontacji zaprowadzili mnie do pokoju drugiego gestapowca. Tam zauważyłam na stole rzeczy brata: medalik, różaniec i książeczkę do modlitwy z dedykacją księdza Robaka. Po kilku godzinach przeprowadzono mnie i rodziców do piwnicy. Rano przeniesiono nas do jasielskiego więzienia i tam spotkaliśmy kierownika szkoły z Potoka, Stefana Leszczyńskiego. Gdy dowiedział się o sytuacji Władka, jego byłego ucznia, rozpłakał się. W następnym dniu przewieziono nas do Szebni.”
Losy Władysława Michalskiego po konfrontacji z rodziną są trudne do odtworzenia. Być może został zamęczony w trakcie dalszego śledztwa lub wywieziony około 5. lipca 1943 roku do lasu warzyckiego i tam rozstrzelany.
Rodzina Michalskich przebywała w obozie przez sześć miesięcy. Rodzice wrócili do domu, natomiast Stanisławę wysłano na roboty do Niemiec. Udało się jej zbiec podczas dłuższego postoju transportu i wróciła do Dobieszyna. Helena Michalska tak przeżyła śmierć córki Anieli i syna Władysława, że podupadła na zdrowiu i zmarła 16. maja 1945 roku.

/fot. Halina Urban/
Źródła:
- Czesław Nowak: Uczestnicy konspiracji niepodległościowej na Podkarpaciu w latach 1939-1956. Prezentacja wybranych osób i wydarzeń, Krosno 2019.
0 komentarzy