Zapraszamy do zapoznania się z kolejną publikacją Społecznego Instytutu Dokumentowania Zbrodni Hitlerowskich w Lesie Warzyckim. Przed Państwem wspomnienia Pana Jana Wróbla regionalnego artysty, rzeźbiarza i poety.

„Przechodniu! Powiedz Ojczyźnie, że wierni jej prawom tu spoczywają”.

Taki napis został umieszczony na bramie wejściowej na warzycki cmentarz wojenny. Mówi się o tym miejscu masowych mordów Polaków, Żydów, Cyganów, Słowaków, Czechów, Węgrów, Jugosłowian, Ukraińców, jeńców radzieckich – Podkarpackie Palmiry. Parafrazując słowa poety, Adama Mickiewicza można rzec, że to jedna wielka „rozjemcza mogiła”, w której wszyscy znaleźli wiekuisty spokój.

Wspomnienia Pan Jana Wróbla

Jan Wróbel urodzony 5. sierpnia 1952 roku w Warzycach, regionalny artysta ludowy, rzeźbiarz i wierszokleta.

 „Wojny nie przeżyłem, bo urodziłem się w 1952 roku, ale zapamiętałem kilka faktów dotyczących tego okresu, które opowiadali moi rodzice, Wojciech i Leona.

Kiedy byłem kilkuletnim chłopcem, często chodziłem na cmentarz w warzyckim lesie. Cisza, spokój, szum wiatru w gałęziach drzew powodowały, że czułem, że to miejsce jest szczególne i wyjątkowe. Groby pomordowanych kojarzyły się mi z bochenkami chleba – takimi popękanymi, jakby tyle co wyciągniętymi z pieca. Były to kopce ziemi, nierówne, popękane, z których wydobywał się straszliwy odór i latało tam tysiące much różnego gatunku.

Pamiętam, że pewnego razu przyjechały ciężarówki z wapnem, którym to pokrywano groby. Rozwozili je jacyś ludzie, których pilnowało wojsko. Po paru latach, te powstałe w mojej wyobraźni „bochenki” opadły i odór był jakby mniejszy. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, staraniem ówczesnych władz, cmentarz został ogrodzony. Groby uporządkowano i obmurowano.

Mało kto pamięta, że po drugiej stronie cmentarza, za fosą, są doły, które miały służyć jako groby mordowanych przez hitlerowców. Na szczęście nie zostały wykorzystane. Najlepiej widać je w okresie zimy, kiedy las jest „goły”. Moi rodzice uprawiali pole niedaleko lasu, a i dom stał blisko. Mama opowiadała, że w czasie, kiedy dokonywano egzekucji, słychać było jęki, wrzaski i lament ludzi. To było nie do wytrzymania. Najgorszym jej przeżyciem były krzyki dzieci mordowanych przez hitlerowców. Prześladowały ją do końca życia. Kiedy dokonywano egzekucji na tych dzieciach z ochronki, moja mama w pobliżu lasu pasła krowę. Nie wiedziała, kogo katują. Często mówiła, że słyszała jakby „miauczenie głodnych kociąt” – nie mogła tego jęku wytrzymać i wróciła do domu z głodną krową. Tak to zapisało się w jej pamięci.

Rodzice często opowiadali, że doły – groby kopali sobie sami więźniowie tuż przez egzekucją. Las był porośnięty bujnymi smrekami, które stykały się ze sobą konarami. Słońce nie dochodziło do runa. Usuwano tylko te drzewa, które stanowiły przeszkodę w wykopaniu dołka dla ofiar. Panował półmrok. Po jednej z egzekucji, kiedy zabito ludzi przywiezionych tylko przez jedną ciężarówkę, moi rodzice odważyli się pójść do lasu. Widzieli, że żołnierze odjechali. Stali nad nowym grobem i mieli wrażenie, że ziemia się porusza. W pewnym momencie usłyszeli warkot silnika ciężarówki niemieckiej. Należało czym prędzej uciekać, ale moja mama doznała ze strachu jakby paraliżu – nie mogła się ruszyć z miejsca. Tata, widząc co się dzieje, przerzucił sobie mamę na plecy jak worek i pognał co sił w nogach potokiem w stronę domu. Kiedy mama trochę się uspokoiła, obiecała sobie, że już nigdy nie pójdzie sprawdzać, co Niemcy robią w lesie.

Natomiast tatuś był może bardziej odważny, może bardziej lekkomyślny – trudno to dziś określić. Nikomu nic nie powiedział i któregoś dnia zakradł się do lasu, żeby na własne oczy przekonać się, co hitlerowcy robią ze swoimi ofiarami. Kiedy miała odbywać się egzekucja, wcześniej, około godziny, pojawiał się we wsi zwiad niemiecki. W jednym samochodzie jechało kilku Niemców i sprawdzało, czy nikogo nie ma w pobliżu. Informowano też okolicznych mieszkańców, że nie wolno zbliżać się do lasu. Przed przyjazdem ciężarówki z ofiarami, tatuś założył na siebie ciemne ubranie i szybko pobiegł do lasu. Wszedł na drzewo i schował się dobrze w koronie rosłego świerka. Przyjechały dwie ciężarówki z więźniami i pojazdy z żołnierzami SS. W jednym z aut były dwa psy i ich przewodnicy. Zaczęły głośno nasiadać w kierunku drzewa, na którym siedział ukryty mój tatuś. Jeden z Niemców puścił swojego psa, a ten pobiegł pod świerk, na którym ze strachu truchlał mój ojciec. W tej samej chwili z drzewa zbiegła wiewiórka i  skoczyła na kolejnego świerka. Niemców rozbawiła ta sytuacja, bo byli przekonani, że pies zareagował tak właśnie na wiewiórkę. Potem Niemiec zamknął psa w samochodzie i zaczęła się kolejna masakra. Kiedy hitlerowcy odjechali, mój tata, jak to wspominał, chyba w sekundę zszedł z drzewa i dotarł do domu. Już nigdy więcej nie przyszło mu do głowy podglądać Niemców w lesie. Wiewiórka uratowała mu życie, bo gdyby go Niemcy odkryli, na pewno by go rozstrzelali. Do dziś się zastanawiam, czy to było ze strony mojego taty bohaterstwo, czy skrajna nieodpowiedzialność.

Po zakończeniu niektórych mordów, część esesmanów zostawała do pilnowania i maskowania dokonanej zbrodni, a druga, zazwyczaj pijana, jechała w kierunku wzniesienia Patryja. Przy drodze do Sieklówki była wybudowana przez SS dacza, w której oprawcy pili i zabawiali się z kobietami. Po zakończeniu libacji sołtys miał obowiązek wyznaczyć cztery kobiety do posprzątania tego miejsca zabawy hitlerowskich oprawców. Kiedyś ten przykry obowiązek musiały wykonać moja mama i ciocia. Mama wspominała, że na podłodze pełno było krwi. Budynek ten był pod baczną obserwacją miejscowych oddziałów AK. Niemcy wiedzieli o tym. Oddziały partyzantki planowały atak, jednak dowództwo AK zrezygnowało z akcji. Groziło to bowiem spaleniem dobytku i wymordowaniem ludzi z okolicznych wsi. W pewnym momencie SS spaliło ten obiekt.

Moi rodzice wspominali też, że Niemcy często zwracali się, za pośrednictwem sołtysa, do wyznaczenia ludzi potrzebnych do wykonywania różnych prac. Kto miał konia i zaprzęg, często był zmuszany do wywożenia trupów z obozu głodowego w Szebniach. Oczywiście praca ta wykonywana była za darmo i nie można było się od niej wymigać. Groziła za to kara śmierci. Bywały takie dni, że Niemcy potrzebowali dziesięciu furmanek do wywozu trupów z obozu i grzebania ich w tzw. dołach bierowieckich. Zimą były to często zamarznięte zwłoki. Po jednym z takich „wywozów” mój tata przywiózł piętkę niby obozowego chleba. Upieczono go z jęczmiennej mąki z dodatkiem trocin i jęczmiennych „wąsów’. Tato wspominał, że ten chleb kuł w ręce kiedy się go trzymało, a nie wyobrażał sobie, jak go mogli jeść więźniowie obozu. Miał też świadomość, że jeńcy z głodu, byli w stanie zjeść wszystko. Przez dość długi czas ten kawałek obozowego chleba był w naszym domu. Kto nas odwiedzał, tato pokazywał mu go. Trzymano tę piętkę chleba w moim domu jak relikwię świętą do momentu, aż rozpadł się w drobny maczek. Ta historia utkwiła mi w pamięci, bo rodzice uczyli nas, dzieci, szacunku do chleba. To był rarytas w wielu domach. Kiedy już pojawiał się na stole, czyniono na nim znak krzyża i dopiero wtedy można było bochen kroić. Nie mogła się zmarnować nawet jedna okruszka. Ten szacunek do chleba pozostał mi do dzisiaj.

Wisława Szymborska napisała piękny wiersz o obozie w Szebniach. Kiedy go czytam, przypominają mi się te historie opowiadane przez mojego tatę. Pamiętam, że mówił też o tym, że na terenie obozu i wokół ogrodzenia nie było ani jednego źdźbła trawy. Głodni jeńcy i ją jedli. 

Bliżej końca wojny często latały rosyjskie samoloty zwiadowcze. Wtedy Niemcy zmuszali ludzi, którzy mieli w pobliżu lasu pola, do pracy. Zależało im, by w oczach Sowietów wszystko wyglądało na normalnie toczące się życie.

Do dzisiaj często odwiedzam to miejsce. Czasem spotykam tam obcych ludzi, którzy dowiedzieli się, że jest w warzyckim lesie taki cmentarz i przejeżdżając obok, wstąpili. Niektórzy pytali, czy mógłbym im coś o tym miejscu powiedzieć. Wtedy dzieliłem się z nimi moimi wspomnieniami z dzieciństwa. Widziałem wzruszenie i łzy w oczach niektórych, zwłaszcza starszych. Obyśmy nigdy nie doświadczyli okrucieństwa wojny.”

Na zdjęciach Wojciech i Leona Wróbel

 

 

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.