Jedną z cech, która charakteryzuje nas Polaków, jest przywiązanie do tradycji i historii. Nie może być ono traktowane jako wyraz zacofania, wręcz przeciwnie, jest tym, co stawia nas na równi z innymi narodami, a często na ich tle pozytywnie wyróżnia. Dzięki zawartym w tradycji wartościom przetrwaliśmy wiele trudnych okresów w naszej burzliwej historii.
Cyceron twierdził, że Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia. To powiedzenie podkreśla, że studiowanie przeszłości, wyciąganie wniosków z wydarzeń i popełnionych błędów jest kluczowe, by mądrze postępować w przyszłości.
A przyszłość należy do młodych. Muszą oni mieć świadomość, że to na ich barkach spoczniekiedyś odpowiedzialność za losy Ojczyzny.
Zaglądnijmy jeszcze raz do szkolnych zeszytów…
Madzia rozmawiała ze swoją babcią, Heleną Dąbkowicz:

W chwili wybuchu II wojny światowej, mój pradziadek, Józef, miał 28 lat. Był żołnierzem jednostki wojskowej, która znajdowała się w Krakowie.
Gdy Sowieci napadli na Polskę, pradziadek Józef wraz z innymi żołnierzami i oficerami zostali przewiezieni do Rosji, w okolice Katynia. Ta podróż odbywała się w nieludzkich warunkach, ponieważ wieziono ich w wagonach dla bydła.
Gdy dotarli do Katynia, podzielono ich na grupy. Zwykli żołnierze i podoficerowie zostali przekazani Niemcom, oficerów zaś uwięziono w Katyniu.
Hitlerowcy przewieźli żołnierzy do Rzeszy, podobnie jak wcześniej, w bydlęcych wagonach. Jeńcy, którzy byli słabi, umierali z głodu i zimna. Wtedy natychmiast wyrzucano ich z wagonów. Pozostali, którzy dotarli do Niemiec, zostali skierowani na tzw. przymusowe roboty.
Mój pradziadek trafił do właściciela dużego gospodarstwa rolnego w Bawarii. Dostał nakaz pracy przymusowej na roli. Za tę robotę otrzymywał jedzenie i miejsce do spania. Ten okres trwał około półtora roku.
W tym czasie żona mojego pradziadka, Adela, została w Polsce ze schorowanym teściem i dwuletnim dzieckiem. Wielokrotnie prosiła Niemców, żeby dali zezwolenie na urlop i przyjazd męża do domu. Ponad rok o to się starała i wreszcie uzyskała zgodę. Niestety, właściciel gospodarstwa, u którego Józef pracował, nie przekazał mu tej wiadomości. Pradziadek nękał jednak Bawarczyka, by pozwolił mu pojechać do Polski i ten wreszcie się zgodził. Dał mu urlop.
Pradziadek przyjechał do Polski w 1941 roku. Nigdy więcej nie powrócił do Niemiec. Wszystkie posiadane dokumenty spalił i do końca wojny ukrywał się przed hitlerowcami.
Z wysiedlenia powrócił do spalonego domu, bez środków do życia. Na zgliszczach zbudował własnymi siłami dom. W wolnej Polsce doczekał późnej starości. Zmarł, kiedy miałam dwa lata.

Józef Dubiel ze swoją siostrą

Józef Dubiel, uszkodzone zdjęcie z wojska
(w trzecim szeregu od dołu, trzeci z lewej strony)
W następnym zeszycie, którego właścicielką jest Agata, zapisane zostały wspomnienia jej babci, Janiny Wrońskiej:

W dniu 29 lipca 1944 roku przyszło do naszego domu dwóch Niemców. Chcieli konie i wóz. W naszym domu nie było już koni ani wozu, bo dzień wcześniej zabrali je inni gestapowcy. Wzięli więc mnie jako zakładniczkę. Miałam wtedy 16 lat. Pozostałymi zakładnikami zostali: Bronisław Betlej, Kazimiera Dybaś, Czesław Gajda i Zofia Urban. Posadzili nas wszystkich w kole, kazali usiąść po turecku, a pośrodku postawili karabin maszynowy i powiedzieli, że wszystkich nas rozstrzelają. Mój ojciec, Jan Niemiec, poszedł po Tadeusza Kłosaka, który był Ślązakiem i dobrze znał język niemiecki. Przeprowadził on z Niemcami długą rozmowę, po której wszyscy zakładnicy zostali uwolnieni.
12 września 1944 roku, w czasie wysiedlenia, zdarzyła się wielka tragedia rodzinna. Mój kuzyn, Edward Urban,jechał na koniu i prowadził do lasu dwie krowy. Został zastrzelony przez Niemca, który chciał również zabić jego ojca, Antoniego Urbana. Ten, razem z żoną i córkami, padł mu do kolan i błagał, by go nie zabijał.
Wszyscy poszliśmy do lasu, gdzie mieszkaliśmy przez miesiąc, w wykopanym w ziemi bunkrze. Było tam zimno i mokro, bo często padał deszcz. Nie mieliśmy co jeść, dlatego kobiety skradały się często nocą do domu, by upiec chleb.
Pani Małgorzata Konieczna, córka Janiny Wrońskiej, do wspomnień mamy,opisanych przez córkę, dodaje:
Mój dziadziu, Jan Niemiec, należał do partyzantki. Był z zawodu kowalem. Częstym gościem u niego w kuźni był Jan Betlej ps. „Rafałek”, na którego wszyscy mówili „Sierżant”. W kuźni często omawiano ważne dla konspiracji zadania, m.in. te, dotyczące zrzutów broni. Dziadziu posiadał pistolet sygnałowy, rakietnicę, która była wykorzystywana przy zrzutach broni. Po jednej z takich akcji, część broni została ukryta w naszej stodole i przysypana plewami. W kolejnych dniach miała być wyniesiona do lasu i rozdana partyzantom.

Jan Niemiec
Dzień po zrzucie, do kuźni dziadka przyjechało trzech Niemców na koniach. Chcieli jednego konia podkuć, a dwa pozostałe miały być w tym czasie nakarmione. Dziadziu poszedł do stodoły i wyniósł na zewnątrz siano, ale Niemcy chcieli, żeby konie wprowadzić do środka, do stodoły, żeby tam odpoczywały i się posilały.
Dziadziu był przerażony. Bał się, że jeśli Niemcy wejdą do stodoły i ruszą plewy, zobaczą broń, a wtedy nie tylko rodzina może stracić życie, ale i cała wieś może być spacyfikowana.
Niemiec porozglądał się po stodole i kazał szybko uprzątnąć leżące plewy. Dziadziu ze swoim pomocnikiem, Szewczykiem, wzięli opałki i delikatnie wkładali do nich broń i przykrywali plewami. W pośpiechu wynosili wszystko do urbanowego zagajnika. Na szczęście żołnierze stali na podwórku i czekali.
Kiedy wszystko zostało uprzątnięte Niemcy wprowadzili do stodoły konie i weszli tam sami. Zwierzęta dostały siano i odpoczywały. Mój dziadziu miał swoje ulubione powiedzenie: „Matko Boska Frysztacka, miej nas w swojej opiece” i nie omieszkał po całym zamieszaniu i strachu, jaki wywołała niespodziewana wizyta Niemców, wyszeptać te właśnie słowa.
Podkuł konia. W tym czasie jego żona upiekła chleb. Poczęstowała Niemców pajdą chleba z masłem i na całe szczęście odjechali. Kiedy dziadziu wspominał to wydarzenie po latach, miał dreszcze. Za swoją działalność w konspiracji został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.
Po wojnie dziadziu odczyścił sprzęt, który mu został z okresu partyzantki i oddał do muzeum. Jako partyzant i członek Armii Krajowej miał też po wojnie wiele nieprzyjemności. Nie mogło mu się pomieścić w głowie, że walczył o Polskę, narażając każdego dnia własne życie i życie rodziny, a potem musiał znosić takie szykany ze strony władzy ludowej i nawet się ukrywać.
Mama zawsze z przerażeniem wspominała ten dzień, kiedy ją zabrali Niemcy jako zakładniczkę. Mówiła, że siedzieli po turecku w kole, a na środku stał karabin maszynowy. W tym czasie jej ojciec, Jan Niemiec szukał we wsi konia i wóz, żeby uratować życie córce i pozostałym zakładnikom. Jakimś cudem to mu się udało i jeszcze dodatkowo przyniósł ze sobą dwie butelki swojskiej wódki i masła dwie kwaterki. Przyprowadzono też Tadeusza Kosaka, który był naszym krewnym i znał język niemiecki. Rozmawiał z żołnierzami, dał im łapówkę w postaci wódki i masła, i puścili wszystkich wolno.
Moja mama doskonale pamiętała też ten dzień, kiedy został zastrzelony jej kuzyn, Edward Urban. Świetnie jeździł na koniu. Potrafił w biegu wskoczyć na jego grzbiet. Tego feralnego dnia jechał w stronę lasu, a Niemiec, który się tam pojawił myślał, że to partyzant i strzelił mu w głowę. Zabił go na miejscu, a potem jego konia. To wszystko działo się na oczach jego rodziców. Byli przerażeni i pewni, że ten sam los ich czeka. Błagali na kolanach o darowanie życia.
Na wysiedleniu moi rodzice i dziadkowie byli w Trzcinicy. Po powrocie do Warzyc okazało się, że nasz dom ocalał i przyjęliśmy nawet pod swój dach sąsiadów, Wietechów, których dom został spalony.

Jan Niemiec z wnuczką Małgorzatą i wnukiem Andrzejem;
widoczny fragment budynku to kuźnia

Janina Wrońska z córką Małgorzatą
Kolejny zeszyt skrywa historię babci Pawła, Władysławy Bigos:

Kiedy wybuchła wojna byłam pięcioletnim dzieckiem. Nie wiedziałam, co tak naprawdę się dzieje, lecz pamiętam, że udzielił mi się strach, który mieli w oczach dorośli.
Nad wsią przelatywały samoloty zrzucające bomby. Pamiętam, że na naszym podwórku był wykopany ogromny dół i przykryty drągami, w którym to dole chroniliśmy się w czasie bombardowania.
Wiedziałam, że trzeba bać się niemieckich żołnierzy, którzy stacjonowali we wsi. Dorośli ostrzegali nas, aby się do nich nie zbliżać, chociaż zżerała nas zwykła dziecięca ciekawość, co to za ludzie, o których mówiło się takie straszne rzeczy.
Niemcy wyciągali czasami do nas ręce, w których były cukierki. Nikt z nas wcześniej nie widział na oczy takich słodyczy.
W pamięci utkwił mi również moment wysiedlenia. Przyszła do nas znajoma rodzina z Bierówki. Wieczorem moja mama z tą kobietą z Bierówki zajęły się pieczeniem chleba na drogę. Nagle noc rozświetliły światła samolotów i rac, i słychać było strzały jeden za drugim. Siedzieliśmy skuleni ze strachu. Musieliśmy opuścić dom i udaliśmy się do Brzyszczek z całym dobytkiem zapakowanym na wóz. Inni szli razem z nami, niosąc na plecach to, co udało się zabrać. Prawie wszyscy płakali. Ci, którzy nie chcieli opuścić swoich domów, byli przez Niemców wyrzucani siłą.
Dotarliśmy do wsi Kunowa, gdzie przygarnęła nas jakaś rodzina. Przetrwaliśmy tu do wyzwolenia. Pamiętam, że u tych gospodarzy, którzy nas przygarnęli, był upośledzony chłopiec o imieniu Franek. Znalazł on minę, która wyglądała jak brzytwa. Podczas jej oglądania mina wybuchła i strasznie poraniła chłopca. Miał poszarpane nogi, a jeden z odłamków wbił się w nogę nawet mojemu kuzynowi. Dopiero po wojnie wyciągnięto mu ten odłamek.
Na wysiedleniu zmarł mój wujek, brat mojego taty, Józef Zając, który był partyzantem, członkiem Armii Krajowej. Kiedyś słyszałam jak mówił do mojego taty, że jak już się to wszystko skończy, to wiele mu opowie. Niestety nie dożył wyzwolenia i został pochowany w Sławęcinie. Trumnę z jego ciałem przewieziono po wojnie na warzycki cmentarz.
0 komentarzy