Samolot Halifax, brytyjski czterosilnikowy ciężki samolot bombowy z okresu II wojny światowej, powstały w zakładach Handley Page, używany bojowo od 1941 roku do końca wojny.

Na temat zrzutu broni w lesie, w okolicach Łaz Bieździadeckich, pisaliśmy już kilka razy w artykułach, które ukazywały się w materiałach publikowanych przez Społeczny Instytut Dokumentowania Zbrodni Hitlerowskich w Lesie Warzyckim. Wspominał o tym, m.in. Jan Betlej ps. „Rafałek”, pisał Łukasz Grzywacz-Świtalski w książce Z walk na Podkarpaciu. Dotarliśmy do wspomnień bezpośredniego świadka tamtych wydarzeń, Józefa Modrzejewskiego, ps. „Lis”, który w książce Akowcy na Podkarpaciu tak wspomina tamte wydarzenia:

Przygotowania do odbioru broni na terenie Inspektoratu Krosno trwały od lata 1943 roku. Na jesieni tego roku byliśmy już gotowi, ale pierwszy zrzut nastąpił dopiero w kwietniu 1944 roku. Po otrzymaniu instrukcji z Londynu rozpoczęła się gorączkowa praca przygotowawcza. Poszczególni dowódcy obwodów wybrali na swoim terenie odpowiednie placówki zrzutowe. Szef zrzutów okręgu, zwykle oficer lotnictwa, przyjeżdżał by skontrolować i zaakceptować te placówki. Następnie współrzędne placówek i ich kryptonimy przesyłano do Londynu. Placówka musiała być położona w dość dużej odległości od większych garnizonów niemieckich. Zwykle była to polana osłonięta lasami i wzgórzami, dająca dobre warunki ubezpieczenia zrzutu, łatwego „odskoku” z ładunkiem broni i tymczasowego „zamelinowania” go w pobliżu.

Na moim terenie zostały zaakceptowane dwie placówki. Pierwsza, w rejonie Bieździadki, miała kryptonim „Jaskółka”, druga – w rejonie Świerchowej – kryptonim „Jastrząb”. Pracą przygotowawczą było zorganizowanie obsady placówki. Obsadę stanowiły dwie grupy. Jedna licząca około 60 ludzi i kilka wozów konnych miała zebrać paczki z bronią, przetransportować je w bezpieczne miejsce i ukryć. Drugi oddział w sile od plutonu do kompanii ubezpieczał odbiór na kierunkach przewidywanej interwencji policji niemieckiej. Te dwie grupy były organizowane spośród członków AK mieszkających w pobliżu placówki. Alarmowanie odbywało się w następujący sposób: Przed przewidywanym zrzutem władze polskie z Londynu przesyłały drogą radiową rozkaz pogotowia dla danej placówki. W tym czasie członkowie obsady placówki nie mogli oddalać się poza swoje miejsca zamieszkania. Wyczekiwanie trwać mogło kilka tygodni. Wiadomość, że samoloty z bronią wyruszyły na daną placówkę zrzutową, podawana była przez radiostacje w Londynie. Po audycji w języku polskim, około godziny 19.00, grano umówioną melodię, która oznaczała, że samoloty wyruszają z baz włoskich tego wieczoru. Znaczenie piosenki wiadome było tylko ludziom organizującym zrzut. Dowódca zrzutu miał stały nasłuch audycji londyńskiej.

Samoloty wylatywały z baz włoskich tak, aby znaleźć się nad placówką zrzutową około północy lub wkrótce po północy. Gdy „nasłuch” odebrał z Londynu określoną melodię, podawał ją dowódcy zrzutu, a on alarmował oddział odbiorczy i udawał się z nim na teren placówki. Placówka była gotowa między godziną 22.00 a 23.00. Gdy samolot nadlatywał, placówka wytyczała kilkoma światłami strzałkę wskazującą lotnikowi miejsce i kierunek nalotu. Samolot dawał sygnał światłami – była nim zwykle umówiona litera alfabetu Morse’a. Placówka odpowiadała reflektorom, podając inną umówioną literę. Po wymianie znaków rozpoznawczych samolot zniżał się i zrzucał ładunek, po kilka paczek.

W końcu 1943 roku pogotowie było ogłaszane kilka razy, lecz samoloty nie przybywały. Pierwszy zrzut, jak wspomniałem, nastąpił dopiero na wiosnę 1944 roku. W marcu otrzymaliśmy rozkaz pogotowia. Stawia nas to w obliczu ciężkiej decyzji, gdyż we wsi Bieździedza, w odległości dwóch kilometrów od placówki odbiorczej „Jaskółka”, kwateruje silny oddział niemiecki. Odbiór zrzutu w tych warunkach wydaje się niemożliwy.

Choć bardzo potrzebna jest nam broń, podświadomie oczekujemy, że i tym razem samoloty nie przylecą. Lecz nasze życzenia nie spełniły się, bo oto po kilku godzinach pogotowia, w pierwszy dzień Wielkanocy po wiadomościach z Londynu o godzinie 19.00, odbieramy melodię, „Podkóweczki dajcie ognia”, co jest sygnałem, że samolot startujący z Włoch tego wieczoru leci na naszą placówkę. Rozmawiam z zastępcą inspektora, kpt. Janem Walczyńskim ps. „Buk” na temat możliwości odbioru zrzutu w obliczu silnego oddziału nieprzyjacielskiego. „Buk” zostawia mi wolną rękę co do ostatecznej decyzji. Zdając sobie sprawę, że szanse odbioru drogocennej broni w tych warunkach są małe, z ciężkim sercem decyduję się na podanie lotnikom sygnału „niebezpieczeństwo”. Pocieszam się tym, że broń znajdzie się na terenie sąsiedniego obwodu, gdzie jest placówka zapasowa. Zwalniam więc obsługę odbiorczą oraz oddział ubezpieczający i udaję się z „Bukiem” na placówkę zrzutową. Idą z nami także „Bogusław” (Adam Piegłowski), „Gebels” (Jan Gałuszka) i dwóch braci Sanokowskich. Jesteśmy uzbrojeni tylko w krótką broń palną i granaty ręczne.

O godzinie 22.30, jesteśmy już na miejscu. Teren placówki odbiorczej to równina o szerokości kilkuset metrów, osłonięta z jednej strony lasem, a z drugiej małym pagórkiem. Jest piękna, księżycowa, jasna noc. Widzimy doskonale wieś Bieździadkę, której pojedyncze domki sięgają pagórka, na którym stoimy. Mamy jeszcze dużo czasu do przewidywanego przybycia samolotu. Gwarzymy więc na temat trudności odbioru broni. Przed godziną 1.00, po północy słyszymy wreszcie warkot samolotu i wkrótce rozpoznajemy sylwetkę Liberatora. Przelatując nad naszą placówką, na wysokości około 2000 metrów, sygnalizuje literkę „K” alfabetem Morse’a. My podajemy mu literkę „A” jako odzew oraz „niebezpieczeństwo”.

Życzymy lotnikom szczęśliwego dalszego lotu i gotowi jesteśmy powrócić do naszej bazy w Warzycach. Nagle samolot zatacza duże koło, schodzi poniżej 500 metrów i kieruje się wprost na naszą placówkę. Oczom naszym nie chcemy wierzyć. Czyżby nie zrozumiał naszego sygnału „niebezpieczeństwo” i obniża się do zrzutu? Niepewność trwa krótko, bo nagle z kadłuba samolotu strzelają w dół ładunki na spadochronach. Jest ich sześć. Przypuszczam, że to tylko poczta. Może uda się nam zabrać ją i wycofać się do lasu zanim oddział niemiecki nas zaatakuje. Wtem samolot zakręca ponownie i zrzuca drugą serię. Ale na tym nie koniec. Powtarza on tę operację jeszcze dwukrotnie i wtedy  dopiero majestatycznie odlatuje na południe. Pozostawia za sobą 24 paczki i zasobniki. Wkrótce placówka zapełnia się różnokolorowymi spadochronami nadętymi powietrzem na kształt kop siana. Niektóre z nich spadły na szczyt wzgórza, a inne na zbocze od strony Bieździadki i Bieździedzy, skąd są dobrze widoczne.

Oczekujemy w każdej chwili uderzenia Niemców, musimy więc szybko działać. Przede wszystkim wysyłam „Gebelsa” i jednego z braci Sanokowskich dla zaalarmowania placówki odbiorczej. Następnie wspólnie z „Bukiem”, „Bogusławem” i drugim z Sanokowskich rzucamy się na nadęte powietrzem spadochrony i zduszamy je do ziemi. Zaczynamy naturalnie od tych, które spadły na grzbiet wzgórza i na zbocze w stronę wsi. Następnie odcinamy sznury spadochronów i przenosimy paczki oraz zasobniki za wzgórze w kierunku lasu. Z paczkami idzie nam łatwo, gdyż ważą po około 40 kg. Natomiast o wiele gorzej jest z zasobnikami o wadze około 120 kg. Musimy je toczyć po błotnistej ziemi. Po wykonaniu tej najpilniejszej roboty, otwieramy paczki i składamy pistolety maszynowe „Sten”, by wzmocnić swoje uzbrojenie. Składanie „Stenów” nie idzie nam zbyt łatwo, ponieważ widzimy je po raz pierwszy. Jest załączona instrukcja, ale w nocy i w polu trudno ją studiować. Mimo trudności po kilkunastu minutach mamy już kilka pistoletów maszynowych gotowych do strzału. Szkoda tylko, że nie możemy ich wypróbować.

O godzinie 3.30, przybywa zaalarmowany oddział odbiorczy. Praca teraz przybiera szybkie tempo. Ładujemy pośpiesznie paczki i zasobniki na trzy wozy. Okazuje się, że całość zrzutu nie możemy na raz załadować. Dzielimy się więc na dwa transporty. Pierwszy przewozimy do lasu nieopodal i zakopujemy, maskując następnie stosem drewna. Drugi transport zabieramy ze sobą kilka kilometrów w głąb lasu. Z tym transportem maszerujemy drogą leśnąjuż o świcie. Mijamy pojedyncze domki, z których tu i ówdzie obserwują nas przebudzeni mieszkańcy. Jesteśmy piekielnie zmęczeni, zabłoceni, ale weseli, gdyż jesteśmy uzbrojeni i wieziemy ze sobą upragnioną broń. Gorączkowa praca w ciągu nocy i trudny podmokły teren dały się nam we znaki, ale to fraszka, bo akcja udała się nadspodziewanie dobrze. Nastroje są doskonałe. Jest to pierwszy zrzut na terenie naszego inspektoratu. Waga ładunku wynosi półtorej tony. Odebraliśmy go w komplecie nie tracąc ani jednej paczki, mimo że mieliśmy nieprzyjaciela niemal na placówce. Nie mogliśmy zrozumieć zachowania Niemców. Zagadka wyjaśniła się dopiero po paru dniach. Niemcy widzieli zrzut, ale nie zaatakowali nas, gdyż przypuszczali, że był to zrzut większego oddziału spadochronowego, z którym walka w lesie nie byłaby zbyt przyjemna.

Zagłębiwszy się w las, około pięciu kilometrów, zakopujemy nasz drugi transport i nakrywamy miejsce stosem gałęzi. Następnie małymi grupkami „rozpływamy się” do domów. Większość ludzi oddziału rekrutowała się z Warzyc i Sieklówki. Moja kwatera w tym okresie znajdowała się w Warzycach. Pojedynczo i małymi grupkami podchodzimy do zagród w Warzycach. Jest rano, więc niełatwo niepostrzeżenie wejść do wsi. Był to drugi dzień świąt Wielkanocy, więc nasz ubiór i zabłocenie wydawały się mocno podejrzane.

Gdy znaleźliśmy się na kwaterach, odetchnęliśmy z ulgą, gdyż wszystko odbyło się sprawnie, mimo poważnego zagrożenia. Teraz dopiero cieszyliśmy się, że lotnik nie zauważył znaku „niebezpieczeństwo” i wykonał zrzut na naszą placówkę.

W trzecią noc po zrzucie przetransportowaliśmy broń do uprzednio przygotowanej kryjówki we wsi Wojaszówka na terenie Obwodu Krosno. Transportujemy te broń nocą na kilku wozach. Trasa prowadzi przez wioski, więc nie jest całkiem bezpieczna. Wprawdzie w tych wioskach nie ma policji niemieckiej lub wojska, ale jest nakazana przez Niemców tzw. samoobrona. Tworzą ją Polacy, ale nie są oni wtajemniczeni w naszą akcję, a ponadto może być między nimi szpieg gestapo. We wsi Niepla byliśmy zmuszeni zamknąć „samoobronę” w stodole na czas naszego przemarszu. Wykonał to „Boruta”, który szedł w straży przedniej. Broń z tego pierwszego zrzutu była przeznaczona dla całego Inspektoratu, więc magazyn w Wojaszówce, gdzie złożyliśmy broń, przeszedł pod bezpośredni nadzór inspektora.

Przywołany fragment wspomnień majora Józefa Modrzejewskiego stał się podstawą do opracowania scenariusza inscenizacji historycznej, która odbyła się 4 października na polach za plebanią w Warzycach.

Uczniowie Liceum Ogólnokształcącego w Kołaczycach, pod kierunkiem dyrekcji i nauczycieli, sprawili, że przenieśliśmy się do 1944 roku i wspólnie przeżyliśmy to jakże ważne dla podziemia wydarzenie – udany zrzut broni dla partyzantów. To była dla wszystkich niezapomniana lekcja historii.

Kim był wspominający wyżej opisane wydarzenia?

Józef Modrzejewski urodził się w 1909 roku w Kuźncach koło Włocławka. W latach 1933-1939 pełnił funkcję oficera 3 pułku artylerii w Zamościu. Zdał egzamin wstępny do Wyższej Szkoły Wojennej, lecz wybuch wojny uniemożliwił mu podjęcie studiów.

Kampanię wrześniową przebył jako oficer służby wywiadowczej 3 dywizji piechoty. Uciekł z transportu jenieckiego, próbował przedostać się do Francji, w końcu pozostał w kraju i przeszedł do walki podziemnej. Od stycznia 1940 roku do końca akcji „Burza” był komendantem Obwodu AK Jasło. Godząc się przejść do walki niejawnej z okupantem, wziął na siebie ogromną odpowiedzialność.

Z ramienia legalnych władz podziemnych został dowódcą oddziałów, które sam musiał stworzyć, wyszkolić i umiejętnie zabezpieczyć. Był człowiekiem odważnym, zdecydowanym, pewnym swoich decyzji, często upartym i nieznoszącym sprzeciwu. Poszukiwany wciąż przez gestapo nie dał się złapać i obronną ręką wychodził z opresji.

Książka Akowcy na Podkarpaciu to wynik wewnętrznej potrzeby autora, by utrwalić prawdę o wojnie, której był świadkiem i uczestnikiem. Jako dowódca czuł się w obowiązku, by spłacić dług pamięci wobec swych współtowarzyszy broni i kolegów, którzy albo polegli, albo po wojnie byli represjonowani.

(Zdjęcia Józefa Modrzejewskiego pochodzą z książki „Akowcy na Podkarpaciu”., zdjęcie samolotu wikipedia – British official photographer)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(Zdjęcia Józefa Modrzejewskiego pochodzą z książki „Akowcy na Podkarpaciu”.)

 

 

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.