Samoloty dokonujące zrzutów, przylatywały z dalekiej bazy alianckiej położonej koło Brindisi, w południowej części Włoch. Nocny lot do okupowanej Polski tam i z powrotem trwał około 8 – 10 godzin. Zrzuty odbywały się około północy. Były to bardzo ryzykowne wyprawy. Czterosilnikowym ciężkim maszynom z siedmioosobowymi załogami, zagrażały niemieckie nocne myśliwce, artyleria przeciwlotnicza, trudne warunki pogodowe i awarie techniczne. Niektórym lotnikom wojenne szczęście niestety nie dopisało…

Akcja przejęcia lotniczego zrzutu broni i wyposażenia wojskowego na placówkę odbiorczą Armii Krajowej o kryptonimie „Jaskółka”, rozpoczęła się w godzinach wieczornych w Wielką Sobotę, 8 kwietnia 1944 roku, kiedy to żołnierze AK, należący do obsługi zrzutowiska, otrzymali rozkaz pogotowia. Obsługa każdej placówki odbiorczej składała się z kilku zespołów: sygnalizacyjnego, odpowiedzialnego za zebranie zasobników, zapewniającego osłonę oraz zespołu transportującego i zabezpieczającego materiały.

Wyczekujący konspiratorzy z placówki odbiorczej „Jaskółka”, zmuszeni byli wskazać nadlatującemu samolotowi ze 148 Dywizjonu Specjalnego Przeznaczenia RAF, sygnał świetlny odwołujący zrzut. W pobliskich zabudowaniach dworskich, w Bieździedzy i Bieździadce, zakwaterowany został nieoczekiwanie silny niemiecki oddział. Realizacja zrzutu w tych okolicznościach groziła przejęciem zasobów przez przeważające siły okupanta. Analogiczny sygnał odebrała załoga drugiego brytyjskiego samolotu, który również pojawił się wkrótce nad polaną zrzutową. Oba samoloty odleciały, a rozżaleni konspiratorzy rozeszli się do swoich kryjówek.

Kolejnej nocy, z 9 na 10 kwietnia 1944 roku, okoliczności były znowu fatalne. Niemieccy żołnierze nadal stacjonowali w pobliskich dworach, dlatego przybyły na pole zrzutowe zaledwie kilkuosobowy zespół żołnierzy AK, zasygnalizował nadlatującej maszynie dwoma czerwonymi lampami literę G alfabetem Morse’a. Oznaczało to niebezpieczeństwo i zabraniało zrzutu. Nad placówką odbiorczą pojawił się ponownie o godzinie 23.10 samolot Halifax JP-223 „W”, który pilotował kapitan Artur Victor Dunphy. Pomimo ostrzeżenia, w ciągu 19 minut, od 23.16 do 23.35, w trzech nalotach, samolot dokonał z wysokości około 1500 stóp (czyli około 450 metrów), udanego zrzutu 12 zasobników i 12 paczek, po czym oddalił się na południe, w kierunku bazy. Według zachowanych zapisków nawigatora, samolot dokonał zrzutu „na migające lampy”. Maszyna szczęśliwie wylądowała w bazie o godzinie 03.40, po 8 godzinach i 15 minutach lotu.

 

Wspomnienia Pana Stanisława Kuliga

„Mój dziadek, Franciszek Kulig, mój ojciec, Józef Kulig i nasz sąsiad, Gwiżdż Władysław, wiele razy wspominali wydarzenia związane z zrzutem broni, który miał miejsce w Bieździadce, na tak zwanych Porębach, w kwietniu 1944 roku.

Nazywam się Stanisław Kulig. Urodziłem się 29 maja 1955 roku w Bieździadce. Moi rodzice to Józef i Zofia Kulig.

Mój dziadek, Franciszek Kulig, walczył w czasie I wojny światowej. Był w zwiadzie. Jego zadaniem było zdobywanie i przekazywanie wiadomości o przeciwniku. O ludziach pracujących w zwiadzie mówiło się, że są „oczami i uszami” wojska, bo ich praca pozwalała dowódcom podejmować trafne decyzje i unikać zaskoczenia.

Wojsko austriackie zabrało dziadka na Morawy, do Czech. Po szkoleniu dostał się na front, na pierwszą linię. Po jakimś czasie został wzięty do niewoli. To było w okolicach Świąt Wielkanocnych. Żołnierze śpiewali pieśni po rosyjsku, po ukraińsku. W wojsku austriackim była ciężka sytuacja,ale było co jeść i alkohol się czasami pojawiał. Mój dziadek miał kolegę spod Tarnowa. Kiedy Rosjanie zorientowali się, że dziadek był zwiadowcą, wysłali go do niewoli, któraw niczym jej nie przypominała. To niby miała być niewola, ale dziadek razem z kolegą, rozwozili mięso z rzeźni po sklepach. Czasami udało im się coś sprzedać „na lewo” i dzięki temu kupili sobie oficerki, czy takie buty, które nazywano „walinkami”.

Potem wybuchła rewolucja i dziadek trafił do prawdziwej niewoli. Tu panował wszechobecny głód. Żołnierze Armii Czerwonej palili zabudowania, gospodarstwa „białych”, bili ich. Sytuacja wyglądała źle, dlatego dziadek z kolegą postanowili, że uciekną. Mieli pieniądze, więc przekupili kucharkę, żeby dołożyła środków nasennych do kawy tym żołnierzom, co będą mieli straż nocną. Udało się to. Kiedy żołnierze zasnęli, dziadek z kolegą przeszli po dachu baraku pokrytym papą i w miejscu, które było najbliżej ogrodzenia rozpędzili się na tyle, by móc przeskoczyć przez ogrodzenie i wylądować szczęśliwie po jego drugiej stronie. Był listopad, papa na barakach pokryta była zmarzliną, która przy każdym kroku uciekinierów wydawała chrzęst i skrzypiała. Obawiali się, że te dźwięki mogą obudzić żołnierzy trzymających straż, ale tak się nie stało.

Pół roku zajął im powrót z niewoli do Bieździadki.

Mój dziadek nie należał do partyzantki, ani mój ojciec, ani stryk. Tatuś skończył szkołę podstawową w czerwcu 1939 roku. Był dobrym uczniem i chciał się uczyć dalej w gimnazjum w Kołaczycach, ale wybuchła wojna.

Obok naszego domu rodzinnego mieszkał Żołna Franciszek, ps. „Kawka”. Był komendantem partyzantów na tym terenie. Kiedy miał miejsce zrzut w Bieździadce na Porębach, z samolotu spadły na ziemię paczki z bronią, które należało jak najszybciej zabrać i schować, bo Niemcy stacjonowali we dworze, niecałe dwa kilometry od zrzutowiska. Żołna przybiegł w nocy do mojego dziadka i powiedział:

-„Franek, trzeba wziąć konia i zwozić pudła z bronią, bo do rana musimy wszystko zwieźć i ukryć”.

Dziadek, choć nie był partyzantem, poszedł pomagać przy zwożeniu zrzuconej broni, bo wiedział, czym groziło odkrycie przez Niemców zrzutowiska. Cała wieś mogła pójść z dymem.

Większość broni zwieźli i schowali do brogu, po czym spuścili nisko daszek.Bróg to była bardzo popularna “budowla” na wsi. Miała ruchomy dach, przesuwany na czterech wkopanych w ziemię słupkach (zwanych brożynami); osłaniała składowane pod nim siano, słomę lub zboże przed opadami atmosferycznymi.

(Zdjęcie ze strony  Bróg w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.)

 

Bróg składał się z czterech słupów lub mocnych żerdzi, wbitych w ziemię, tworzących plan kwadratu lub prostokąta. W słupach znajdowały się otwory, w których umieszczono kołki. Na kołkach opierała się rama dachu, dodatkowo przywiązywano ją drutem lub sznurkiem. Dach opuszczano lub podnoszono zmieniając położenie kołków, w zależności od wysokości składowanego pod nim siana lub słomy. W brogach najczęściej stosowano dach namiotowy czterospadowy.

Rano, Niemcy stacjonujący we dworze, rozjechali się na koniach po wsi i rozpytywali mieszkańców Bieździadki, czy nie wiedzą, co samoloty zrzucały w nocy. Ludzie milczeli, a oni przeszukiwali domy, stodoły, a do brogu, w którym była ukryta broń,na szczęście nie zajrzeli. Dziadek strasznie się denerwował, kiedy przeszukiwali gospodarstwo. Wiedział, że jak znajdą broń, to wszystkich zastrzelą.

Jak się sytuacja trochę uspokoiła, to partyzanci brali z tego brogu broń po kilka sztuk i rozwozili po okolicy. Jakąś część tej broni zakopali też w lesie, w takim miejscu, które nazywano Jastrząbki. Pytaliśmy po wojnie, gdzie dokładnie ta broń została zakopana, ale nikt nie chciał nam tego powiedzieć.

Była też jeszcze jedna dziwna sytuacja. Nasz sąsiad, Gwiżdż Jasiek, ojciec Władka, pasł w niedzielę rano krowy na łące, na górce. To było jakiś czas po zrzucie broni. W pewnym momencie podszedł do niego nieznajomy mężczyzna. Zaczął go wypytywać o różne rzeczy, między innymi, jak dojść do Jasła. Jasiek mu powiedział, ale on ciągle nie odchodził i dalej pytał; tym razem o to, czy w okolicy nie ma partyzantów. Sąsiad mu powiedział, że on stary i o niczym nie wie, ale może zawołać kogoś, kto coś wie. Podejrzewał, że to ktoś wysłany na przeszpiegi. Sprowadził Żołnę i dwóch innych mężczyzn z wioski. Otoczyli nieznajomego i zrewidowali go. Okazało się, że był szpiegiem. Miał przy sobie trzy różne paszporty. Zabrali go do lasu i kazali mu wykopać dla siebie grób. Kiedy szpieg zorientował się, co mu grozi, prosił o darowanie życia, ale oni byli nieugięci. Mieli świadomość, że współpracował zapewne z Niemcami i miał na sumieniu niejedno ludzkie życie. Zastrzelili go i pochowali.

Kilka dni później nadleciały nad wioskę samoloty i zrzucały bomby. Jedna z nich wpadła prosto na grób tego szpiega, rozrywając jego doczesne szczątki i rozrzucając je po okolicy. Mój dziadek ze stryjem pozbierali te porozrzucane fragmenty ciała i ponownie pochowali. Bali się, żeby Niemcy nie znaleźli tych szczątków, bo zapewne był to ich człowiek i szukaliby sprawców mordu”.

 

Krótki opis zdarzeń, które rozegrały się w Wielką Sobotę i Wielkanoc 1944 roku, opisał również w swoich wspomnieniach Ludwik Ligara ps. „Mały”:

(Zdjęcie z książki Mieczysława Wieliczko, Jasielskie w latach drugiej wojny światowej.)

„W sobotę przed Wielką Nocą, na nasze lotnisko, które było na Łazach Bieździadeckich, miał się odbyć zrzut broni. O godzinie 18.00, odebraliśmy pierwszy sygnał i ściągnęliśmy chłopaków z sąsiednich wsi. O godzinie 20.00, poprzedni sygnał się powtórzył, więc wiedzieliśmy, że samolot już wystartował, a startowały z południowych Włoch.

Na miejsce zrzutu przyjechał delegat z okręgu. On nie był odpowiedzialny za zrzut, tylko dowódca okręgu korpusu dywersji, „Boruta”. Delegat z okręgu powiedział do „Boruty”, że gdy się zrzut nie uda w stu procentach, to odpowiedzialny za niego stanie przed sądem podziemnym.

Około godziny 23.30, w Jaśle syreny zawyły na alarm lotniczy. Za chwilę słychać było daleki, ciężki dźwięk samolotu. Z każdą chwilą dźwięk stawał się już wyraźny i wprost nad lotnisko nadleciał samolot. „Boruta” był odpowiedzialny za zrzut, a ponieważ miejsce było zagrożone, bo w odległości jednego kilometra było dużo wojska we dworze w Bieździadce i Bieździedzy, dał sygnał czerwonym światłem z lampki elektrycznej, że miejsce zagrożone. Samolot, zatoczył koło nad lotniskiem i w tym samym czasie nadleciał drugi samolot. Też otrzymał sygnał, że miejsce zagrożone.

Każdy samolot trzykrotnie był nad lotniskiem i odleciał z ładunkiem. Zrzut miał się powtórzyć na drugi dzień, gdy się po raz pierwszy nie uda.

Na drugi dzień przyleciał jeden samolot i mimo że sygnał miał, że miejsce zagrożone, dał sygnał, że widzi światło białe. Zatoczył koło, nadleciał nad lotnisko i wyleciały paczki na spadochronach.

Spadło broni i amunicji 2500 kilogramów. Mimo że nie było obsady, zrzut udał się całkowicie. Niemcy ze dworu w ogóle nie wyszli. Dopiero we wtorek po Wielkanocy przyjechało gestapo na przesłuchanie cywili. Ludność poinformowała gestapo, że widzieli cywili, jak z paczkami uciekali do lasu. Broń i amunicja w komplecie została zwieziona w bezpieczne miejsce”.

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.