Jednym z najbardziej przerażających elementów codzienności okupacyjnej była ogromna i stale rosnąca sieć konfidentów współpracujących z niemieckimi służbami. Według danych z wiosny 1944 roku gestapo i niemiecka policja pomocnicza miały do dyspozycji około 60 tysięcy agentów, donosicieli i informatorów rozlokowanych na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Wśród nich znajdowali się zarówno Niemcy i folksdojcze, jaki i Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Litwini czy Białorusini. Jedni współpracowali pod przymusem po brutalnych przesłuchaniach, inni za pieniądze, a jeszcze inni zgłaszali się dobrowolnie, widząc w donosicielstwie łatwy sposób na przetrwanie lub szybkie wzbogacenie się.
„Cicha armia” przenikała niemal wszystkie sfery życia. Konfidenci pojawiali się w kolejkach pod sklepami, na placach targowych, w tramwajach, pociągach, kawiarniach. Zwykła rozmowa mogła zakończyć się aresztowaniem. Informowali o ukrywaniu Żydów, działalności ruchu oporu czy nielegalnym handlu. Ich działania doprowadziły do aresztowań wielu działaczy podziemia, w tym Stanisława Gałuszki z Przybówki.
Wspomnienia pana Tadeusza Gałuszki, bratanka Stanisława Gałuszki ps. „Strzęp”

„Nazywam się Tadeusz Gałuszka. Urodziłem się 2 października 1937 roku. Jestem bratankiem Stanisława Gałuszki ps. „Strzęp”, zamordowanego w warzyckim lesie, synem Jana.
Swoje wspomnienia rozpocznę od wydarzenia sprzed wojny, a mianowicie z roku 1922, w którym na świat przyszedł brat Stanisława Gałuszki, Władysław. Tego dnia urodził się jeszcze jeden chłopiec. Niestety jego matka zmarła przy porodzie. Pochodziła z Wojaszówki. Józefa, matka Stanisława, przygarnęła niemowlę. Był szóstym dzieckiem wychowywanym w rodzinie Gałuszków do pełnoletności, do momentu, aż założył własną rodzinę. To był Józef Kozik.
Rodzina Gałuszków składała się z trzech córek i trzech synów. Były to dziewczęta: Maria, Helena i Kazimiera oraz chłopcy: Jan, Władysław i Stanisław oraz „adoptowany” Józef Kozik.
Stanisław był z wykształcenia nauczycielem. Pracował w szkole w Baligrodzie do wybuchu wojny, a potem przystąpił do walki konspiracyjnej z okupantem. Brał udział w wielu akcjach, dlatego też znalazł się na liście tych, których gestapo poszukiwało.
Z Niemcami współpracowało wielu Polaków, konfidentów. Jeden z nich rozpoznał Stanisława w pociągu i powiadomił gestapo. Aresztowano go 28 kwietnia 1944 roku i osadzono w więzieniu w Jaśle. Informacja o tym dotarła do jego współtowarzyszy i próbowali znaleźć jakiś sposób, żeby go odbić. Nie było to proste zadanie. Stanisław był znany w środowisku partyzantów, dużo wiedział. Obawiano się, że jeśli zostanie poddany torturom podczas przesłuchań, może się załamać i wyda innych, dlatego sprawa wymagała szybkiego działania.
Wśród strażników więzienia byli ludzie związani z ruchem oporu. To z nimi próbowano opracować jakiś szybki plan odbicia wujka. Niestety, Niemcy jakby coś przeczuwając, podmieniali strażników na tych, którzy byli im bezgranicznie oddani. Dodatkowo torturowali i znęcali się nad Stanisławem do granic ludzkiej wytrzymałości, by wydobyć od niego informację. Przyśpieszyli też chyba egzekucję obawiając się, że może dojść do próby odbicia więźnia.
Współtowarzysze Stanisława planowali również odbicie go, kiedy będzie wieziony do warzyckiego lasu na rozstrzelanie, ale i to się nie udało. Został zamordowany 16 maja 1944 roku. Egzekucję nadzorował osobiście szef gestapo w asyście wielu niemieckich żołnierzy. Po 18 dniach piekła na ziemi, męczarnie wujka się skończyły. Nikogo nie wydał.
Kiedy do Przybówki dotarła wiadomość, że wujka rozstrzelali, podjęto natychmiast decyzję o wydobyciu z masowego grobu jego ciała i pochowaniu na cmentarzu parafialnym w Łączkach Jagiellońskich.
Ciało Stanisława przywieźli na rowerze do Chrząstówki w nocy, do domu pod lasem. Dopiero tam, po oczyszczeniu zwłok, wszyscy zobaczyli jakim niewyobrażalnym torturom był poddawany. Miał powbijane za paznokcie szpilki, przypalone części ciała i poszarpaną skórę po ukąszeniach przez psa. Polewano go wrzątkiem. Widok był przerażający. Wiem, że był tam wtedy przy nim brat Władek i Mieczysław Stec. Byli też inni. Pamiętam, że jak jeszcze był w więzieniu, to napisał gryps, w którym prosił o cyjanek. Chciał popełnić samobójstwo, bo cierpienie, które mu zadawali gestapowcy, było nie do wytrzymania.
Kilka lat po wojnie, gdzieś w 1957 roku, pracowałem przy kopaniu rurociągu w Warzycach. Chodziliśmy czasami z kolegami po robocie do karczmy na piwo. Wtedy też poznałem człowieka, który pochodził gdzieś od Tarnowca i chwalił się po paru piwach, że to on wydał Niemcom Stanisława Gałuszkę. Powiedziałem mu, że to był mój wujek. Zrobiło mu się głupio.
Zapamiętałem wujka jako niezwykle radosnego człowieka. Pamiętam, że nawet przy goleniu śpiewał. Miał też w Baligrodzie dziewczynę, z którą zamierzał się ożenić. Ta kobieta przyjechała po wojnie do Przybówki i szukała wujka. Nic nie wiedziała o tym, że został aresztowany i rozstrzelany. W latach sześćdziesiątych pojechaliśmy do Baligrodu odszukać tę kobietę, ale jak dotarliśmy na miejsce okazało się, że ona nie żyje.
Pamiętam jeszcze, że kiedy do Przybówki dotarli Rosjanie, któregoś dnia w naszym domu miała miejsce rewizja. Szukali broni. Przewrócili cały dom do góry nogami, ale nic nie znaleźli. Mój tatuś usiadł na łóżku, wziął mnie na kolana i chyba czekał na śmierć. Żołnierz przystawił mu pistolet do głowy, ale ten nie wystrzelił. Darował nam życie, ale zażądał wódki. Przynieśliśmy od sąsiada swojskiej gorzałki. Żołnierze dobrze popili. Wyszli na podwórko i zaczęli strzelać z karabinu maszynowego w koronę drzewa, tak dla zabawy. Przed oczyma mam obraz spadających liści…
Wujek Staszek pozostanie w mojej pamięci bohaterem. Jestem z niego bardzo dumny. Został po śmierci odznaczony Krzyżem Partyzanckim i Krzyżem Virtuti Militari. Mimo tego, że jego doczesne szczątki spoczywają na cmentarzu w Łączkach Jagiellońskich, ja zawsze uczestniczę w uroczystościach patriotyczno – religijnych na warzyckim cmentarzu w lesie. Za życia mojej żony jeżdziliśmy w pierwszą niedzielę września na rowerach z Szebni do Warzyc, bez względu na pogodę. Po jej śmierci zabierają mnie dzieci i razem bierzemy udział w uroczystościach, rozpamiętując to wszystko, co przydarzyło się wujkowi Staszkowi. Myślę, że to już tradycja w naszej rodzinie, że w pierwszą wrześniową niedzielę jesteśmy na Lasku. Jeżdżą z nami moje wnuki i prawnuki więc myślę, że ten zwyczaj pozostanie w naszej rodzinie w kolejnych pokoleniach.
0 komentarzy