Ludzka pamięć koduje, przechowuje i odtwarza informacje o różnych życiowych doświadczeniach. Gdyby nie można było pamiętać wydarzeń z przeszłości, rozwój języka, relacji międzyludzkich ani tożsamości osobistej byłby niemożliwy.

Wszystkim tym, którzy przeżyli wojnę, zapisały się w pamięci wydarzenia tamtych trudnych dni. I choć lat przybyło, warkocze przyprószyła siwizna, obrazy stają przed oczyma, jakby to było wczoraj…

Wspomnienia pani Karoliny Pancarowicz (z domu Głowacka)

„Urodziłam się 5 listopada 1930 roku w Warzycach. Moi rodzice to Jan i Julia Głowaccy. Miałam dwóch braci: Augustyna i Władysława oraz siostrę, Wandę. Mój mąż miał na imię Józef. Obecnie mam 95 lat.

Czasy wojenne zapisały się dobrze w mojej pamięci, ale wspomnienia rozpocznę od 1938 roku, kiedy to przystąpiłam do pierwszej komunii świętej w warzyckim kościele. Sakramentu udzielił mi ksiądz Stanisław Biernat. Po mszy proboszcz zaprosił wszystkie dzieci na poczęstunek. Pamiętam, że za plebanią była alejka. Po jej obu stronach rosły leszczyny, z których jesienią były orzechy laskowe. Poustawiane tam były dwa rzędy ławek. Usiedliśmy na nich i dostaliśmy rarytasowy poczęstunek – bułeczki z serem i do popicia kawę z mlekiem. Już wtedy w większości domów była bieda. Chodziło się na żebry i prosiło o cokolwiek do jedzenia. Ludzie litowali się zwłaszcza nad żebrzącymi dziećmi, więc czasami przyniosłam do domu dwa jajka, czy kromkę chleba.

Pierwsza komunia święta, 1938 rok

Kiedy wybuchła wojna miałam 9 lat. 1 września 1939 roku na niebie pojawiły się samoloty. Było ich dużo i leciały w kierunku Krosna. Stałam razem z moją mamą i sąsiadem na podwórku. Podnieśliśmy głowy do góry i patrzyliśmy na te lecące maszyny. Moja mama powiedziała, że to najpewniej wojna się zaczęła, ale mój sąsiad odparł, że to są manewry. Nasze wątpliwości rozwiały się po kilku chwilach, bo zaczęły spadać bomby, a my przerażeni uciekliśmy do piwnicy.

Jedna z bomb spadła w tym miejscu, gdzie obecnie jest potok za budynkiem szkoły. Zginął wtedy Tenerowicz Jan. Do wsi zaczęli docierać pierwsi żołnierze niemieccy. Rozlokowali się po domach i zaczął się trudny dla wszystkich czas wypełniony strachem i szczególnie dotkliwym głodem.

W naszym domu nocował jeden Niemiec. Był chyba dobrym człowiekiem, bo brał mnie czasami na ręce i mówił, że zostawił w domu córkę w moim wieku. Pamiętam, że Niemcy dostawali paczki żywnościowe i on mi czasami coś z tych paczek przynosił.

Przed wybuchem wojny chodziłam do szkoły, ale później szkoła była nieczynna. Nauka odbywała się w niektórych domach, ale wszystko to było tajnie organizowane. Korzystali z tego nauczania nieliczni. Ja pomagałam rodzicom w gospodarstwie.

Był też taki czas, kiedy Niemcy chodzili po domach i wybierali młodych mężczyzn i kobiety z zamiarem wywiezienia ich do Niemiec na roboty. Zlecali też czasami to zadanie niektórym mieszkańcom wioski. Oni wszystkich znali i wiedzieli, w którym domu są silni i młodzi ludzie. Współpracowali z Niemcami, bo pewnie mieli z tego jakieś korzyści, nie zważając na fakt, że robią krzywdę innym.

Któregoś dnia pojawił się w naszym domu żołnierz i zabrał moją siostrę, Wandę. Była w samej koszuli. Kiedy dotarło do niej, co się dzieje, z przerażenia zaczęła się cała trząść. Wyglądało to tak, jakby dostała jakiegoś ataku. Niemcy myśleli, że to objaw choroby i nie zabrali jej, ale siostra doznała takiego wstrząsu, tak się przeraziła faktem, że ją zabiorą i że zostanie wywieziona na roboty do Niemiec, że rozchorowała się. Na wysiedleniu nie było dostępu do żadnego lekarza i skończyło się to dla niej tym, że po wojnie trafiła do Państwowego Domu Pomocy Społecznej w Moszczanach.

O tym, że Niemcy mordują w lesie w Warzycach ludzi, wszyscy wiedzieli, ale nie było tak odważnych, żeby zakradać się i podpatrywać, co tam się dzieje. Wiem, że był taki jeden przypadek, że Wróbel Wojciech poszedł do lasu podglądać Niemców jak przyjechali na egzekucję. Schował się w koronach świerków, a że rosły jeden przy drugim, nie było go widać. Kiedy przyjechali Niemcy przywieźli ze sobą psy, które wyczuły człowieka, głośno szczekały i wyrywały się w kierunku drzewa, na którym on siedział. Ale nad Wróblem czuwała chyba Opatrzność, bo z drzewa wyleciała wiewiórka i Niemcy myśleli, że to na nią tak psy ujadają. Wiewiórka uratowała mu życie, bo gdyby go odkryli w koronie drzew, na pewno by go zastrzelili.

Kiedy front stanął na linii Szebnie-Niepla, nastąpiło wysiedlenie mieszkańców naszej wioski. Zabraliśmy co potrzebniejsze rzeczy i w pośpiechu uciekliśmy do lasu, na „Równia”. Pamiętam, że był tam rów i w nim mężczyźni pobudowali szałasy. Były na tyle solidnie zrobione, że jak padał deszcz, to nie lało się na głowę.

W tym lesie byliśmy dość długo. Gotowaliśmy jedzenie na paleniskach. Mieliśmy ze sobą krowę. Nocami wracaliśmy do wsi po siano dla niej, bo w dzień każdy bał się wychodzić z lasu. Cały czas słychać było strzelaninę i odgłosy spadających bomb. Najgorzej było kiedy strzelały „Katiusze”. Wtedy słupy ognia leciały w jednym kierunku i każdy, kto znalazł się w zasięgu tej broni, żywcem płonął. To była straszna broń, której używali Rosjanie.

Razem z mieszkańcami Warzyc został wysiedlony ksiądz Biernat.                        Szedł pod eskortą Niemców razem z innymi w kierunku Jasła. W pewnym momencie nadleciały rosyjskie samoloty i zaczęły zrzucać bomby. Niemcy chowali się, gdzie kto mógł, a ksiądz, korzystając z zamieszania, uciekł. Przeżył wojnę.

Niemcy dowiedzieli się o koczujących w lesie mieszkańcach Warzyc. Przyszli i nas wypędzili. Zabraliśmy ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy w drogę. Dotarliśmy do Wróblowej. Schronienie znaleźliśmy u jednego z gospodarzy. Spaliśmy na słomie, jeden koło drugiego, bo było nas tam sporo. Moja mamusia chodziła na piechotę z Wróblowej do Gorlic po chleb z przydziału dla wysiedleńców. To było prawie 30 kilometrów w jedną stronę. Raz zabrała mnie ze sobą. Pamiętam, że szłyśmy lasem i natknęłyśmy się na trupa. Okazało się, że to był pilot, którego zestrzelono z samolotem. Leżał na ziemi z nakrytą twarzą, a obok wrak maszyny. Jak wracałyśmy, to ciała już nie było. We Wróblowej byliśmy do końca wojny.

Na wysiedleniu poznałam smak „gomułki”. Pamiętam, że to był czas wykopków. Ludzie pracowali w polu, a jedna pani dała mi te „gomułki” i kazała zanieść pracującym w polu na podwieczorek. Zaniosłam je i rozdałam, ale tak się zawsze składało, że dwie „gomułki” zostawały dla mnie. Zjadałam je ze smakiem. Te „gomułki” to był biały ser wymieszany z jajkami i upieczony w piecu. To było przepyszne. 

Moi bracia, Gustek i Władek byli członkami Armii Krajowej. Większość czasu spędzali w lesie, biorąc udział w różnych akcjach przygotowywanych i prowadzonych przez partyzantów. Któregoś dnia, dotarła do nas wiadomość, że mój brat Władek został zabity. Moja mama nie wiedziała w jakich okolicznościach zginął, ani gdzie. Rozpaczała po stracie syna, ale czasy były takie, że znikąd żadnej informacji. Kiedy jednak wróciliśmy do domu z wysiedlenia okazało się, że Władek żyje. Radość była ogromna. Ukrywał się u wujka w Jaszczwi, bo bał się wrócić do Warzyc. Gdyby wpadł w ręce Niemców, to jako partyzant i członek Armii Krajowej, zostałby natychmiast rozstrzelany.

Pamiętam też, że w domu rodzinnym Antoniego Szerląga był skład amunicji pozyskanej ze zrzutów broni. Ktoś doniósł o tym Niemcom, a ktoś inny poinformował rodzinę, że będzie w ich domu rewizja. Szerlągowie uciekli w pola, schowali się i czekali, co się będzie działo. Mieli świadomość, że za posiadanie broni groziła śmierć. Niemcy przyszli, przeszukali obejście i podpalili dom z całą jego zawartością. Po jakimś czasie rodzina wróciła i musieli mieszkać w szopie, która z pożaru ocalała.

Po powrocie z wysiedlenia nie było co jeść. Chodziłyśmy na pole, gdzie zostały zmarznięte ziemniaki. Wydłubane z ziemi, przynosiło się do domu i piekło na blasze placki. Przypieczone z obu stron były nawet znośne do jedzenia.

Pamiętam też, że na „Pasterniku” była sterta snopków zboża. Moi bracia przywieźli kilka do domu. Z omłóconego zboża w żarnach robiło się mąkę, z której potem były kluski razowe dodawane do mleka.

Chodziłam też z mamusią na żebry. To było dla mnie bardzo przykre i upokarzające doświadczenie.

Trudne to były czasy i zostawiły w każdym z nas jakiś ślad. Doświadczyliśmy strachu o własne życie i głodu, który próbowaliśmy zagłuszyć czym się da. Oby takie czasy nigdy już nie nastały.

Zawsze miałam ogromny szacunek do cmentarza w warzyckim leise. Uczestniczyłam w uroczystościach patriotyczno-religijnych, które odbywały się w tym miejscu w każdą pierwszą niedziele września od 1945 roku. Moja wnuczka, Anita, kiedy była uczennicą szóstej klasy Szkoły Podstawowej w Warzycach, napisała taki wiersz”:

 

Pamiętajmy!

 Co roku we wrześniu,
w słoneczną niedzielę,
idą tłumy ludzi –
wierni przyjaciele.

 Idą wszyscy razem,
oddać hołd umarłym,
modląc się za ludzi,
co polegli nagle.

 Na cmentarzu w lesie,
rosną stare sosny,
szumią kołysankę,
dzieciom i dorosłym.

 One pamiętają, co tutaj się stało.
W ich pnie wsiąkła krew niewinna-dziecięca,
gdy ich ciała do dołka,
wrzucał kat-morderca.

 Bądźmy jak te sosny, zawsze pamiętajmy.
Zanośmy im kwiaty, świece zapalajmy.
Żyjcie tak, jak chcecie,
ale pamiętajcie!
Aby takich miejsc, jak Lasek,
nie było już więcej na świecie.

 

Karolina Głowacka w czarnej sukience bez torebki

 

Portret ślubny Karoliny Głowackiej i Józefa Pancarowicza

 

 

 

 

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.