„Nazywam się Władysława Tęcza. Urodziłam się 23 października 1936 roku. Moi rodzice to Eugenia Hołowicka z Bierówki i Józef Urban z Warzyc. Miałam rodzeństwo, siostrę Helenę (ur. 3.03.1933 r.) i brata Władysława (ur. 1934 r.). Czasy, na które przypadło moje dzieciństwo, mogę określić jako bardzo ciężkie. Kiedy zaczęła się wojna miałam trzy lata, a kiedy dobiegała końca, byłam prawie dziewięcioletnią dziewczynką.

Dzień wybuchu wojny budził we wszystkich ogromne przerażenie. Do wsi dość szybko dotarli żołnierze niemieccy. Mieszkali po drugiej stronie drogi, przy której stał nasz dom. Jako dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się stało. Obcy ludzie w mundurach budzili naszą ciekawość. Podchodziliśmy do nich, a oni rzucali w naszą stronę skórki z pomarańczy. Nigdy nie widziałam ani nie jadłam tego owocu, podobnie jak moi rówieśnicy. Tym bardziej budził on nasze zainteresowanie. Pamiętam, że wąchaliśmy te skórki i że one pięknie pachniały. Być może też jedliśmy je. Tego nie pamiętam, ale to jest taki pierwszy obraz, jaki utkwił mi w pamięci z tamtego czasu.

Za naszym domem były pola, a potem las. Tam stacjonowała artyleria niemiecka. Pamiętam czołgi, które tam były. W domu okna musiały być zasłonięte. Nie można było palić światła, chociaż wtedy były tylko lampy naftowe, które dawały bardzo skromne oświetlenie, ale i ono było zabronione.

Pamiętam czas wysiedlenia. Najpierw przyszli do Warzyc ludzie z Bierówki, bo ich wysiedlili wcześniej. Do nas dotarli rodzice mamy, moi  dziadkowie. Nie mieliśmy ani konia, ani wozu. Zatrzymali się u nas tylko jeden dzień, bo kolejnego dnia wysiedlali mieszkańców Warzyc. Zapamiętałam wieczór poprzedzający nasze opuszczenie domu, bo drogą biegnącą obok nas, dwóch Niemców prowadziło księdza Stanisława Biernata w kierunku Jasła. Miał być rozstrzelany, ale cudem uszedł z życiem i po wojnie wrócił do Warzyc.

Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i udaliśmy się do Brzyszczek, bo tam mieszkała nasza rodzina. Była nas spora grupa, bo byli z nami dziadkowie, rodzice, ciotka. Pamiętam, że siedziałam przy oknie u ciotki na kolanach, gdy w pewnym momencie niedaleko domu spadła bomba. Szyby z okien poleciały w naszą stronę, a my uciekaliśmy do piwnicy, żeby się schronić. Na całe szczęście nikomu nic się nie stało.

Spędziliśmy też trochę czasu w lesie. Moja mamusia z Adelą Dubiel wracały nocami do domu i piekły chleb. Zabierały nas, dzieci, ze sobą. Myśmy spali, a one mieliły zboże w żarnach i z uzyskanej mąki piekły chleb. Wczesnym świtem budziły nas i szybko wracaliśmy do lasu, żeby nas żołnierze niemieccy nie zauważyli. To były ryzykowne wyprawy, które mogły skończyć się tragicznie, ale nie było wyjścia. Ludzie byli głodni i musieli sobie jakoś radzić, czasem nawet ryzykując życiem.

Z lasu udaliśmy się na dalszą tułaczkę, poszukując jakiegoś bezpiecznego miejsca. Pamiętam, że dotarliśmy do gospodarzy, którzy dali nam nocleg. Spaliśmy na klepisku, na gołej ziemi, na której leżało trochę słomy. W tym czasie rozchorowałam się dość poważnie. Była to ospa, albo odra. Nie można było tego zdiagnozować, bo nie było możliwości dotarcia do lekarza. Było ze mną źle. Zdawało się, że ta choroba pozbawi mnie życia. Gospodarz, u którego byliśmy, zmieniał codziennie wieczorem słomę, która służyła nam za posłanie. Był dobrym człowiekiem i nie mógł nic więcej zrobić, jak tylko zadbać o wymianę posłania na świeże.

Dotarliśmy do Opacia. Tu chodziłam do szkoły, a rodzice do pracy w polu u tamtejszych gospodarzy. W zamian za prace dostawali ziemniaki i inne płody rolne, i było co jeść, bo głód zaglądał nam często w oczy. Pamiętam, że moje krewniaczki jeździły do Gorlic po chleb, który był rozdawany wysiedleńcom. Kojarzę też taki fakt, że mój tatuś zabił świnię i rozdał mięso partyzantom, którzy byli w Gamracie. Mój tatuś chodził tam z bratem Władkiem. Pamiętam też, że partyzanci zabili Niemca. Okoliczna ludność miała wtedy wiele problemów, bo żołnierze chodzili i szukali winowajców.

To trochę podobna sytuacja do tej, która miała miejsce w Białobrzegach, kiedy zabito Niemca (niektórzy mówili, że dwóch Niemców). Odbywało się tam wesele. Za karę wszyscy weselnicy zostali wywiezieni do lasu w Warzycach i tam rozstrzelani. Moja teściowa, już po wojnie opowiadała, że widziała jak ciężarówkami wieźli państwa młodych i ich gości. Było dużo ludzi. Samochód się zepsuł, nie mógł wyjechać pod górkę, więc wszystkich zgonili i popędzili do lasu. Tam ich zabili.

Pamiętam też takie zajście, kiedy został postrzelony przez Niemców pewien człowiek. Nie wiem dlaczego to zrobili. Wiem, że najpierw go poszukiwali, a on się ukrywał. Potem go nakryli i postrzelili w nogę. Znalazła go córka, leżącego na podwórzu. Chcieli wezwać księdza, ale nie przyszedł. Lekarza nie było i ten ranny mężczyzna zmarł. Pamiętam, że pochowali go w skarpetach, bez butów, co mnie jako dziecko mocno dziwiło.

Nasz dom i pięć domów w sąsiedztwie zostały spalone. Kiedy wróciliśmy z wysiedlenia, z pogorzeliska sterczał tylko komin. Nie mieliśmy nic. Ocalał pożydowski dom kawałek od nas i tam zamieszkaliśmy w jednym pokoju w osiem osób – czworo dorosłych i czworo dzieci. W drugim pokoju mieszkali Janusze, kolejna rodzina z dziećmi. Nie było co jeść, nie było w co się ubrać, ani gdzie się umyć.  Ci, których domy ocalały mieli chociaż dach nad głową, jakieś ubrania czy przetwory w piwnicach, chociaż w czasie wysiedlenia grasowali po wsi szabrownicy i kradli, co się dało. Na wiosnę chodziliśmy w pole i przynosiliśmy zmarznięte ziemniaki i kapustę, i z tego przygotowywało się jakiś posiłek. Pamiętam, że ta zmarznięta kapusta bardzo nam smakowała. Z buraków cukrowych gotowało się melasę i my dzieci to uwielbialiśmy, bo było słodkie.

Ludzie chodzili na żebry do innych miejscowości. To były straszne czasy i trudne momenty naszego życia. Zastanawiam się, jak moi rodzice dawali sobie radę. Zanim odbudowaliśmy dom, minęło trzy lata i musieliśmy w takich warunkach przez ten czas jakoś wegetować. Na święta Bożego Narodzenia nie mieliśmy choinki, bo nie było jej gdzie postawić, ani co na niej zawiesić. Przynosiło się wodę z rzeki i jej używało do gotowania i mycia. Warunki były straszne. Ludzie mieli wszy. Trudno było dbać o higienę, nie było dostępu do lekarza. Ale była we wsi Henryka Owsiakowa, matka księdza Tadeusza Owsiaka, która w tamtym czasie spełniała rolę „wiejskiego lekarza”. Wszyscy chodzili do niej z różnymi dolegliwościami, a ona potrafiła je uleczyć ziołami. Była bardzo mądrą kobietą i niezwykle uczynną. Nigdy nie odmówiła nikomu pomocy, nawet chorym zwierzętom.

Z Owsiakową wiąże się jeszcze jedna historia, która zapisała się w mojej pamięci. W czasie wojny pracowała ona z resztą rodziny w polu, przy drodze, która dzisiaj jest ulicą Bieszczadzką. Niemcy prowadzili całe żydowskie rodziny, albo do obozu w Szebniach, albo na egzekucje do lasu w Warzycach. Tego nie wiem, ale jedna z Żydówek miała małe dziecko i chciała je zostawić Owsiakowej. Ta, świadoma faktu, że jeśli weźmie od niej, najprawdopodobniej Niemcy rozstrzelają ją i resztę rodziny tu na polu. Bała się i nie zabrała dziecka. Do końca życia źle się z tym czuła i miała wyrzuty sumienia.

Po wojnie mój tatuś znalazł swój wóz u jednego z gospodarzy w Kaczorowach. Znalazł tam też jakieś swoje narzędzia, które najprawdopodobniej zostały skradzione z naszego domu wtedy, jak my byliśmy na wysiedleniu. W bunkrach poniemieckich moi rodzice znaleźli łóżka z naszego domu.

Nie miałam butów, ani w co się ubrać. Do szkoły chodziłam boso. Nosiłam jakąś za dużą marynarkę, którą ktoś mi podarował. Zawsze ze szkoły szłam do Bierówki, do dziadków, którzy dali mi jeść, co mieli i jeszcze zapakowali coś dodatkowego dla pozostałych członków rodziny. Od nich wracałam do Warzyc i tak każdego dnia. Przychodziły dary z zagranicy, ale ja pamiętam tylko, że dostawaliśmy mleko w proszku, które uwielbiałam, jak wszystkie dzieci. Ubrania były stare i poniszczone, ale jak ktoś nie miał nic, to i to było dobre. Pamiętam też, że kogoś koń złamał nogę i musieli go dobić. W ten sposób pozyskano mięso. Zmielono je z całego konia i przez pewien czas mogliśmy najadać się do syta.

Kilka lat po wojnie, jak byłam już dorosłą kobietą, to razem ze Stasią Urbanową należałam do Koła Gospodyń Wiejskich. Z pieniędzy Koła zakupiłyśmy deski w Brzyszczkach, a Dybaś Bronisław zrobił z nich podest. Ktoś przyniósł stół, ktoś inny obrus, dywan. Ustawiono wszystko na cmentarzu w lesie i to był taki pierwszy ołtarz, przy którym odprawiane były msze i odbywały się uroczystości patriotyczne. My dwie starałyśmy się przez wiele lat dbać o przygotowanie wszystkiego na Lasku, kiedy miała tam być odprawiana msza. Wrona Józef dostarczał donice z chryzantemami, które stanowiły element dekoracyjny tego symbolicznego ołtarza. W mszach uczestniczyli przeważnie mieszkańcy Warzyc i rodziny pomordowanych. W zależności od sytuacji politycznej, uroczystości na Lasku odbywały się w pierwszą niedzielę listopada lub pierwszą niedzielę września”.

Władysława Tęcza i Ludwik Owsiak

 

Od lewej: Władysława Świszcz (z d. Dubiel), Władysława Tęcza (z d. Urban), Stanisława Betlej (z d. Wójtowicz)

 

Od lewej: Władysława Tęcza (z d. Urban), Stanisława Urban, Józefa Wojnar (z d. Świszcz)

Zdjęcie ślubne Władysławy i Tadeusza Tęczów

Początkowo uroczystości na cmentarzu ofiar terroru hitlerowskiego w warzyckim lesie były skromne i przygotowywane przez wiele lat przez te same osoby, które poczuwały się do obowiązku czczenia pamięci poległych w tym miejscu bohaterów, o których nie piszą w podręcznikach do historii. Taką „opiekunką” cmentarza w lesie warzyckim była pani Helena Zając, siostra Władysławy Tęcza. Kiedy przeszła na emeryturę, zajmowała się przez lata przygotowaniem cmentarza na mające się tam odbywać uroczystości. Razem ze swoimi dziećmi porządkowała groby, alejki i przygotowywała ołtarz na uroczystości religijne, albo mównicę na uroczystości polityczne. Za swoją pracę została uhonorowana odznaczeniem-Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Pani Ewa Lenar, córka pani Heleny Zając, przekazała Instytutowi artykuł z pisma „Podkarpacie” z 1987 roku, za który serdecznie dziękujemy. Potwierdza on fakt nadania odznaczenia jej mamie, wuznaniu szczególnych zasług w opiece nad miejscami upamiętnionymi walkami o niepodległość i sprawiedliwość społeczną.

 

Treść artykułu jest następująca:

„Zachować dla potomnych”

40-letnie dzieje Rady Ochrony Pomników Walk i Męczeństwa dowodzą, że zdobyła ona sobie trwałe miejsce w życiu społeczeństwa polskiego, przywiązanego do tradycji walk o niepodległość i wyzwolenie. Spośród 290 miejsc pamięci narodowej w województwie, 220 ma swoich opiekunów. Na wyróżnienie zasługuje działalność harcerzy oraz funkcjonariuszy MO. W uznaniu szczególnych zasług w opiece nad miejscami upamiętnionymi walkami o niepodległość i sprawiedliwość społeczną, podczas uroczystego spotkania w Urzędzie Wojewódzkim w Krośnie, 14 października br. dziewięć osób wyróżniono wysokimi odznaczeniami państwowymi. Wśród odznaczonych Helena Zając – emerytka z Jasła – uhonorowana została Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W spotkaniu uczestniczył przewodniczący Rady Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa, gen. dyw. pilot Roman Paszkowski oraz przewodniczący Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Pomników Walk i Męczeństwa wojewoda Tadeusz Kruk.

Helena Zając

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.