“W latach 1941 – 1943 rozpoczęła się najgorsza masakra ludzi różnej narodowości na pobliskim cmentarzu w lesie warzyckim. Przeważnie wcześnie rano, latem było słychać miarowe strzały…”

Zapraszamy na wspomnienia Pani Zofii Łąckiej


Wspomnienia Pani Zofii Łąckiej

Zofia Łącka urodzona 12. grudnia 1930 roku w Warzycach; zmarła 31. maja 2005 roku w Warzycach.

„W słoneczny piątek, 1. września 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa. Z rana, około godziny ósmej, niemieckie samoloty przeleciały nad wioską i w Moderówce zbombardowały lotnisko. To była pierwsza klęska w naszych stronach. W następnych dniach Niemcy zajmowali coraz dalsze tereny. Rozpoczęły się dni pełne trwogi, niepokoju i strachu. Obowiązywała godzina policyjna, nie wolno było gromadzić się po domach, urządzać zabaw ani wesel z muzyką. Nauka w szkole podstawowej rozpoczęła się z dużym opóźnieniem. Wszystkie szkoły wyższe zlikwidowano. Przedmiotów humanistycznych nie wolno było nauczać. Do języka polskiego były miesięczniki „Star”, w których znajdowały się same bajki o kozach z Pacanowa i tym podobne. Na świadectwach były oceny w języku niemieckim i polskim. Rolnicy musieli odstawić kontyngent, a to: mleko, jajka, zboże i zwierzęta rzeźne. Za to Niemcy płacili „marne grosze”, a resztę alkoholem. Świadomi byli, że „po pijanemu” łatwiej dowiedzieć się różnych rzeczy. Mieli szpiegów wśród Polaków, tzw. folzdojczów, którzy za pieniądze i lepszy byt wydawali swoich braci.

Zaczęła się tworzyć we wsi partyzantka, z Ludwikiem Ligarą na czele i zaczęto robić Niemcom różne niespodzianki. Było to bardzo niebezpieczne, bo w wyniku odkrycia tego przez Niemców, wioska mogła zostać w całości zlikwidowana. Pewnego razu za napad i odebranie Niemcom broni zabrano 10 osób z końca wsi na rozstrzelanie. Były wśród nich młode dziewczęta. Na szczęście znający język niemiecki Pan Kłosak, mieszkający na Sanokówce u Błasików, uprosił komendanta, Niemca, który kwaterował u Juliana Sanokowskiego i ten darował im życie.

W latach 1941 – 1943 rozpoczęła się najgorsza masakra ludzi różnej narodowości na pobliskim cmentarzu w lesie warzyckim. Przeważnie wcześnie rano, latem było słychać miarowe strzały, co oznaczało, że jeden strzał to więcej niż jeden zabity człowiek. Niektórzy odważniejsi młodzi ludzie, ukryci wśród drzew, obserwowali te potworne akcje i opowiadali, że zasypane mogiły ruszały się i płynęła krew, bo wielu z tych zabijanych jeszcze żyło.

Latem 1944 roku front rosyjski zatrzymał się na terenach Niepli, Chrząstówki i Szebni. Bierówkę wysiedlono najpierw, a 12. września – Warzyce. Była to noc grozy. Rozjuszeni SS-mani, najgorszy element niemieckich gestapowców, wyrzucali ludzi z domów, opornych podpalali. Począwszy od góry wsi, wśród łuny pożarów, około godziny 9 wieczorem doszli do końca. Były ofiary w ludziach: zastrzelony został 18-letni Edward Urban, który wraz z rodziną uciekał do lasu. Słychać było jęki ludzi, ryk bydła, szczekanie psów i całe korowody ludzi gonionych przez Niemców w stronę Jasła. Dużo ludzi uciekało do lasu, ale nadchodzące chłody i deszcze zmusiły ich do szukania innego schronienia.

12. września, wraz z rodziną z Bierówki, ze zmarłą na wozie babcią, nocowaliśmy jedną noc w Brzyszczkach. Rano w zbitej z desek trumnie pochowaliśmy pod kapliczką babcię i pojechaliśmy przez łąki do Hankówki. Za kilka dni została wysiedlona również Hankówka i w długim korowodzie uciekinierów dotarliśmy aż do Biecza. Tam rozdzielali dzieci i kobiety do szkoły, mężczyzn zaś zostawiali na placu. Nas rodzice ułożyli pod wozem na rynku w Bieczu i tak do rana dotrwaliśmy. Wujek znał niemiecki, podsłuchał rozmowę Niemców i zaraz rano uciekliśmy drogą w stronę Binarowej, aż znaleźliśmy się w Rozembarku. Tam przyjął nas do dworu Pan Przybylski. Resztę ludzi z Biecza gonili dalej, ale już bez mężczyzn, których wywieziono do roboty do Niemiec. We dworze mieliśmy tylko jeden pokój; z drągów od ściany do ściany zbili prycze, na której spało nas ośmioro, a czworo służących od wujka spało ze służbą dworską w oborze. Ziemniaków i kapusty nie zabraniano nam jeść. Raz w miesiącu jechała mamusia do Biecza po przydział dla wysiedlonych. Dawali marmoladę, chleb i trochę cukru. Dla nas dzieci to był najwspanialszy dzień, bo można było zjeść chleba z marmoladą. Do tej biedy opanowały nas jeszcze wszy. Nie było ich czym wytępić. Ubrania wkładano do pieca po pieczonym chlebie i wtedy zdychały, gorzej jednak było pozbyć się ich z włosów i ciała.

Tak dotrwaliśmy do 16. stycznia 1945 roku. Ruszył front, Niemcy zaczęli uciekać, wkroczyli Rosjanie. Cieszyliśmy się wszyscy z wolności, ale nie mieliśmy do czego wracać, bo wszystko było spalone. Do swojego domu przyjął nas Jan Niemiec.”

Świadectwo szkolne Zofii Wietecha (Łąckiej), rok szkolny 1943/44

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.