Ludwik Ligara wstąpił w szeregi armii podziemnej w grudniu 1939 roku. Po złożeniu przysięgi przyjął pseudonim „Mały”. Na początku działalności konspiracyjnej był łącznikiem. Jako kurier i łącznik odbywał długie i ryzykowne podróże po terenie, załatwiając sprawy konspiracyjne. Pracował jako stolarz. Swój warsztat miał w Domu Ludowym w Warzycach.
Swoje doświadczenia i przeżycia z czasu wojny i okupacji „Mały” opisał w 1966 roku. Instytut otrzymał od córki Ludwika Ligary, Józefy Garbacik, rękopis wspomnień, za który serdecznie dziękujemy.
Jako pierwszy publikujemy fragment, który dotyczy działalności Ludwika Ligary jako łącznika.

Zarys z lat okupacji
„W grudniu 1939 roku zaprosił mnie Sanokowski Roman do swojego domu. On był kawalerem i mieszkał sam. Gdy zaszedłem do niego, był tam już Betlej Jan, starszy sierżant wojsk polskich.
Po kilkuminutowej pogadance nawiązaliśmy rozmowę na temat wojny i okupacji. Betlej Jan zapytał mnie:
– Jak myślisz, co będzie dalej? Czy na naszych terenach wszystko już zakończone? Czy u nas może być jeszcze wojna?
Ja powiedziałem:
– Znając historię, to ile było powstań, a mimo ich upadku wolność naród polski odzyskał.
Betlej powiedział:
– A gdyby tak u nas potajemna się organizowała robota, jak na przykład jakieś powstanie, co byś zrobił, gdyby się ktoś zwrócił do ciebie, żebyś został tym powstańcem.
Ja odpowiedziałem:
– Gdyby podszedł do mnie człowiek nieznajomy, to bym się nie zgodził, ale gdyby to był znajomy, do którego miałbym zaufanie, to bez namysłu bym wstąpił.
Betlej mi odpowiedział:
– Właśnie w tej sprawie Roman cię zaprosił. Organizacja podziemna już istnieje. Wciąga w swoje szeregi ludzi odważnych i dobrych Polaków. Chcesz, to możesz dziś wstąpić.
Ja odpowiedziałem:
– Byłem ochotnikiem do żywej torpedy, nie zawahałem się, a dziś bym nie chciał walczyć?
Betlej powiedział mi na to:
– Wstań i odbiorę od ciebie przysięgę.
Kazał mi powtarzać za sobą:
– Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu strzec zawsze honoru Polski, rozkazy naczelnego wodza i innych przełożonych wykonywać, choćbym miał życiem zapłacić.
Na to Betlej mi odpowiedział:
– Przyjmuję cię w szeregi armii podziemnej i równocześnie ci komunikuję, nagrodą twoją będzie wolność, a za niewykonanie rozkazu i zdradę tajemnicy czeka cię kara śmierci”.
I uścisnął mi dłoń.
Po złożeniu przysięgi zostałem żołnierzem armii podziemnej.
W naszej organizacji, to jest w Związku Walki Zbrojnej, był system trójkowy, to znaczy, że każdy mógł zaprzysiężyć dwóch i w ten sposób sieć nasza została zaciągnięta w całej wiosce. Każdy, który złożył przysięgę, przestawał używać swojego nazwiska w organizacji, tylko używał pseudonimu. A pośród obcych kolegów nie wolno było używać nawet swojej miejscowości w obawie wsypy.
Po miesiącu od daty wstąpienia do organizacji dowiedziałem się, że Betlej Jan jest dowódcą plutonu, a jego pseudonim to „Rafałek”.
Dowódca plutonu zapoznał mnie z obcym mężczyzną pod pseudonimem „Antek”. Do mnie często przychodził i przynosił mi pismo drukowane bardzo drobnym drukiem i na cienkim papierze, pod tytułem „Monitor Informacyjny”.
Wiosną 1940 roku zostałem łącznikiem przy dowódcy obwodu na trasie: Warzyce – Moderówka, Warzyce – Jasło, Warzyce – Kołaczyce i Brzostek.
W Moderówce paczkę oddawałem dowódcy placówki, który miał pod dowództwem kilka plutonów. Jego pseudonim był „Łado”. Nazywał się Dąbek Władysław, porucznik wojsk polskich. W Jaśle pocztę oddawałem na stacji PKP przy pomocy hasła ustnego i wzrokowego. Hasło mi zawsze przysyłał dowódca obwodu, dzień przed spotkaniem. W Kołaczycach spotkania miałem z inżynierem Arłamowskim w jego mieszkaniu. W Brzostku spotkania miałem w różnych miejscach w terenie, często na cmentarzu parafialnym, także przy pomocy hasła.
W miesiącu czerwcu 1940 roku w domu rodzinnym znalazłem stary, zniszczony pistolet bębenkowy, do którego nie było ani naboi, ani on nie był zdolny do użycia, gdyż był całkowicie zniszczony. Oczyściłem go trochę, żeby miał lepszy wygląd. Namówiłem dwóch kolegów „Gila” i „Kota”, i razem z nimi rozbroiliśmy w Bieździedzy szwaba, zabierając mu Walthera niemieckiego i zapasowy magazynek. Mając taki piękny pistolet i prawie że niezawodny, poczułem się jak stary weteran. „Kot” to był Grygiel z Kleci od Brzostku, a „Gil” to Żołna z Sieklówki. Szwaba nie zabiliśmy ze względu na represję, jaka by nastąpiła, a schować go nie byliśmy w stanie, gdyż było to w dzień, a w Bieździedzy było dużo wojska, więc musieliśmy się szybko ulotnić.
W miesiącu wrześniu 1940 roku otrzymałem radio Telefunken Super od kolegów z Pilzna, które zainstalowałem w Domu Ludowym w Warzycach, gdyż ja tam miałem warsztat stolarski. Radio robiło mi dużo kłopotu, gdyż było na baterię, ale i dawało mi dużo przyjemności. Wiedziałem, że za radio karą było długoletnie więzienie, a nawet i śmierć.
W grudniu 1940 roku otrzymałem ręczny karabin maszynowy radomski od Wojciechowskiego Franciszka z Kołaczyc.
Wiosną 1941 roku zostałem łącznikiem dowódcy obwodu na trasie Jasło – Kraków, Jasło – Rzeszów, Jasło – Sanok. Do Krakowa jeździłem raz w miesiącu. Zawoziłem raporty, a przywoziłem rozkazy i pieniądze, których najmniejsza ilość to było 35.000 złotych. Od czasu do czasu przywoziłem kilkadziesiąt kenkart. Do Rzeszowa jeździłem cztery razy w miesiącu. Przywoziłem prasę podziemną pod tytułem „Biuletyn Informacyjny”, paczkę o wadze może siedem kilogramów. Do Sanoka jeździłem cztery razy w miesiącu. Zawoziłem rozkazy i raz w miesiącu pieniądze, od pięciu do siedmiu tysięcy złotych.
W lipcu 1942 roku jadąc do Krakowa, na trasie Bochnia – Kraków, Niemcy zrobili rewizję w pociągu, która i mnie nie minęła. Ale wyszedłem cało, gdyż raporty miałem dobrze ukryte. Ukryłem ich w chlebie. Wydrążyłem ośródkę i tam włożyłem raporty. Zasklepiłem ośródką i z wierzchu zasmarowałem marmoladą, która za okupacji była bardzo popularna. Gdy w innym przedziale była rewizja, to ja rozwinąłem tobołek z chlebem i bez użycia noża zacząłem jeść tak, żem się tą marmoladą usmarował. Gdy Szwaby podeszli do mnie, tylko pokazałem kenkartę, naturalnie na inne nazwisko, Sobój Michał. Mając taką „łajzę” przed sobą, uwierzyli, że przecież ja nic więcej nie mogę mieć i nic nie wiem, więc zostawili mnie w spokoju.
Na trasie Jasło – Rzeszów, wracając z Rzeszowa, miałem trochę nieprzyjemną sprawę. Jadąc z Rzeszowa, przed Babicą w pociągu była rewizja. Ja miałem kilkukilową paczkę z prasą. Przeczucie konspiracyjne zmusiło mnie, ażebym wsiadł w przedziale, gdzie siedzieli Ukraińcy, którzy pełnili służbę na lotnisku w Moderówce. Paczkę położyłem na półce między ich paczkami. Wyjąłem dobre papierosy i wszystkich poczęstowałem, żeby się wkraść w ich zaufanie i śledziłem, jak będą dochodzić bliżej nas spece od rewizji. Gdy już byli blisko, wyszedłem na pomost między wagony. Niemcy widząc, że tam siedzą sami Ukraińcy, rewizji nie robili. Natomiast zrewidowali mnie na pomoście, ale pod każdym względem byłem w porządku. Na pytanie dlaczego nie jestem w wagonie, odpowiedziałem, że w wagonie jest bardzo gorąco i tłok, a ja jestem chory i pokazałem im krople walerianowe, i uwierzyli. Gdy odeszli, ja wróciłem na swoje miejsce i znowu poczęstowałem Ukraińców papierosami, i dojechałem szczęśliwie.
Na Sylwestra wieczór, w 1942 roku, przed gospodą w Warzycach stał samochód ciężarowy, a w gospodzie pięciu Niemców piło wódkę i byli dobrze podpici. Ja byłem z „Pielgrzymem”. To był Zając Józef z Warzyc. Zając był wysoki, zaglądnął na paczkę i zobaczył tam kilka karabinów przykrytych kocami. Zabrał trzy karabiny Mausery i dwa koce, i szybko oddaliliśmy się. Po długim czasie Niemcy dobrze pijani wyszli z gospody. Dwóch wsiadło do szoferki, a trzech na pakę i pojechali w stronę Krosna, nie kontrolując, co jest na samochodzie. Pod osłoną nocy myśmy ich obserwowali cały czas, tylkośmy odnieśli w pola zdobycz. Cieszyliśmy się, gdyż prawdziwie przywitaliśmy godnie Nowy Rok.
W lutym 1943 roku „Skała” i jeden ze Sowiny, Niklewicz, poszliśmy zlikwidować do Gogołowa konfidenta Rojkowskiego Michała. Był to wysiedleniec z Kalisza. Niklewicz nas podprowadził, bo on mieszkał blisko Gogołowa, to dobrze znał Rojkowskiego i wiedział, w którym domu on mieszka. Droga do Gogołowa była bardzo ciężka, gdyż śniegi były olbrzymie, a szliśmy ze Sowiny na przełaj.
Zanim my wyszli ze Sowiny, ja poleciłem wysłać sanki zaprzęgnięte parą koni na wyznaczoną godzinę obok cmentarza wojskowego pod Januszkowice i tam mają na nas czekać. Wyrok ja mam wykonać, a „Skała” ma mnie ubezpieczać.
Gdy doszliśmy pod dom, zastaliśmy na polu dziewczynkę z tego domu, może dwunastoletnią. Ja się zapytałem, czy pan Rojkowski jest w domu. Dziewczynka odpowiedziała, że jest i poprosiła nas do domu. Przed akcją „Skała” namówił mnie, żebym wziął jego pistolet, bo on jest niezawodny. Miał Visa radomskiego, a ja miałem „parabelkę” (pistolet Parabellum). Posłuchałem i wziąłem Visa, a „parabelkę” dałem Niklewiczowi, który został w sieni, a „Skała” pod domem na polu i miał francuskiego Massa 32-strzałowego.
Gdy wszedłem do mieszkania, to jest do kuchni, zastałem może z piętnastu mężczyzn, którzy grali na dwa stoły w karty, i jedną kobietę. Ja byłem przyzwoicie ubrany – kurtka skórzana, czapka skórzana, buty z cholewami, lampka elektryczna na guziku na piersiach i w ręce pistolet. Gdy wszedłem, krzyknąłem:
– Ręce do góry!
Wszyscy się pięknie podporządkowali, stojąc z rękami podniesionymi, tylko karty im wylatywały, spadając na dół jak liście z drzewa.
Ja krzyknąłem ostro:
– Knujecie na potajemnych zebraniach, a na roboty do Niemiec to nie ma kto jechać, tylko musimy łapać was jak szczury!
Jeden z nich powiedział mi:
– Panie, my są samoobrona, „zakładnicy”.
Ja ostro odpowiedziałem:
– Zamiast pilnować wsi, to knujecie na potajemnych zebraniach!
I wylegitymowałem wszystkich.
Gdym już wiedział, który jest konfidentem, krzyknąłem:
– W tył zwrot!
I wszyscy odwrócili się twarzami do ściany. Wtenczas ja chciałem zastrzelić konfidenta, a pistolet mi nie wypalił, tylko słychać było trzask kurka. Odwiodłem kurek, bo Vis ma nad rękojeścią i drugi raz nie wypalił. Cofnąłem się do tyłu. Wtenczas Niklewicz dał mi mój pistolet, postąpiłem pół kroku do przodu i strzeliłem. Światło zgasło. Ja momentalnie zaświeciłem lampkę. Jeden strzał, a dwóch leżało na podłodze. Konfidentowi wyszła piana czerwona z ust, co było już dobrym objawem. Drugi strzał dałem mu z przodu w głowę. Ten drugi, który leżał obok konfidenta, to to był słaby na serce i zemdlał ze strachu. Wychodząc, powiedziałem:
– Nie wolno wyjść z domu nikomu aż za godzinę, a kto wyjdzie wcześniej, to samo będzie z nim, co z tym łobuzem, co tu leży!
Wyszliśmy na szosę i poszliśmy w stronę Januszkowic, a później w stronę cmentarza, gdzie czekające konie przywitały nas parskaniem. Konie pomknęły jak błyskawica w stronę Sowiny, przez Sowinę do Bieździedzy, gdzie wysiadł Niklewicz, a myśmy pojechali do Sieklówki. Gdy wysiedliśmy z sanek przy kościele w Sieklówce, to byliśmy zmarznięci strasznie, gdyż po akcji zrobiliśmy z pięć kilometrów drogi i byliśmy spoceni, a na sankach siedząc w tym samym ubraniu, przemarzliśmy strasznie, bo był bardzo silny mróz.”

Odznaczenia Ludwika Ligary.
0 komentarzy