Holocaust to ludobójstwo około 6 milionów europejskich Żydów, dokonane przez władze III Rzeszy oraz jej sojuszników w okresie II wojny światowej. To zaplanowany, systematycznie realizowany proces likwidacji całego narodu, przy użyciu metod przemysłowych, które nigdy wcześniej ani później nie były zastosowane na taką skalę. Dokładna liczba ofiar holocaustu nie jest znana z powodu braku kompletnej ewidencji oraz systematycznego niszczenia i zacierania śladów przez władze niemieckie w obliczu klęski wojennej. Jedną trzecią tych 6 milionów ofiar chorej ideologii Hitlera, czyli około 2 miliony, stanowią żydowskie dzieci.
Podczas II wojny światowej nie było takiego drugiego państwa jak Polska, ani drugiego takiego narodu jak Polacy, którzy podjęli ogromny wysiłek w celu ratowania Żydów i informowania świata o Holocauście.
Publikujemy wspomnienia, historię Pana Józefa Pruchniewicza, opowiedzianą tym razem przez jego córkę, który pomagając rodzinie żydowskiej podczas okupacji niemieckiej, przypłacił swój heroiczny czyn życiem.
„Nazywam się Helena Pruchniewicz. Jestem córką Józefa Pruchniewicza, który został rozstrzelany w lesie w Warzycach. Mam 72 lata i mieszkam w Bieczu.
Moja rodzina liczyła pięć osób – rodzice, Józef i Maria oraz trójka dzieci – Julia, Jadwiga oraz ja najmłodsza z rodzeństwa, Helena.
Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Tato zarabiał dodatkowo wożąc cegłę z cegielni na stację kolejową, naftę z Krosna do okolicznych sklepów i inne towary. Znał wielu ludzi, między innymi sklepikarzy z Biecza, którzy w znaczącej większości byli Żydami.
Kiedy wybuchła II wojna światowa miałam pięć lat i mieszkałam razem z rodzicami i starszą siostrą, Jadwigą w Bieczu na Przedmieściu Dolnym. Moi rodzice ukrywali rodzinę żydowską w pomieszczeniach gospodarczych od grudnia 1942 roku do listopada 1943 roku. Było to małżeństwo, państwo Blum z córką oraz krewny pani Blum. W tym czasie, jak u nas przebywali, miałam osiem lat i nie wiedziałam o ich istnieniu. Rodzice i siostra nic mi nie mówili, bo zwyczajnie się bali, że jako małe dziecko, nie do końca zdające sobie sprawę z powagi sytuacji, mogłabym komuś coś powiedzieć. Mieszkaliśmy blisko torów kolejowych i drogi głównej Gorlice – Jasło. Tory przebiegały nieopodal stodoły, w której ukrywali się Żydzi. Przy stodole płyną potok, Sitniczanka, który przecinał trasę kolejową strategiczną dla Niemców. Nad potokiem stał most patrolowany przez okupantów.
W listopadzie 1943 roku tato dostał poufną informację, że przyjdą do naszego domu Niemcy na rewizję. Rodzina Blum przeniosła się do Strzeszyna, a u nas zapanował pozorny spokój. Pogróżki kierowane pod adresem mojego taty, ucichły.
Niektórzy doradzali tacie, żeby przeniósł się do Turzy i tam ukrył do końca wojny, ale on tego nie zrobił. Miał świadomość, że to by było jawne przyznanie się do winy. Dodatkowo życie najbliższych byłoby jeszcze bardziej zagrożone.
Rano 14. marca 1944 roku do naszego domu przyszedł znajomy taty i kazał mu uciekać, bo w magistracie leżał już nakaz jego aresztowania. Tato powiedział, że tego nie zrobi, bo jak przyjdą po niego Niemcy, a jego nie będzie, wymordują wszystkich najbliższych. Wolał, żeby wzięli jego, a nas zostawili w spokoju.
Po donosie nieżyczliwych sąsiadów, 14. marca 1944 roku przed południem, przyszli do naszego domu gestapowcy. Było ich dwóch i już od progu krzyczeli, czy są Żydzi. Tato odpowiedział: „Nie było i nie ma”. Wtedy jeden z gestapowców uderzył tatę kolbą od pistoletu w twarz. W miejscu uderzenia twarz taty zrobiła się natychmiast czarna. Bił go ciągle, zadając pytanie: „Gdzie są Żydzi?”
Bardzo się bałam. Katowali tatę na moich i mamy oczach, a my nic nie mogłyśmy zrobić. Wtuliłam się w mamę i zaczęłam głośno płakać. Wtedy ten drugi gestapowiec kazał swojemu koledze przestać bić tatę. Krzyczał: „Przestań, dziecko patrzy!”
Przeprowadzili w domu rewizję. Powyrzucali wszystko z szafy i skrzyni. Lepsze rzeczy zabrali, między innymi płaszcz i kostium siostry. Kiedy przewrócili dom do góry nogami i nie znaleźli niczego, co świadczyłoby o pobycie Żydów u nas, kolejny raz pobili tatę, skuli go i zabrali na posterunek gestapo do Jasła.
Moja siostra, Jadwisia była w tym czasie w kościele. W drodze powrotnej dowiedziała się o aresztowaniu taty i rewizji w domu. Poszła prosto do znajomego pracującego w magistracie, żeby ten wykorzystał swoje kontakty i ratował naszego tatę. Ten jej powiedział: „Jadwisiu, nie da rady nic zrobić, bo zabrali go do Jasła. W Gorlicach mam znajomości, a w Jaśle nic nie da rady zrobić.”
Siostra wróciła do domu i nic nie powiedziała mamie, a tym bardziej mnie. Ona już wtedy wiedziała, że tato nigdy nie wróci do domu. My z mamą żyłyśmy nadzieją. Modliłyśmy się o jego powrót.
O losie mojego aresztowanego taty nic nie wiedzieliśmy. Dochodziły do nas strzępy wiadomości. Raz mówiono, że został wywieziony z więzienia w Jaśle trzy dni po aresztowaniu, innym razem że tydzień. Żadna z dochodzących do nas informacji nie mogła być potwierdzona, bo kto i gdzie mógł to zrobić. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że został wywieziony do lasu w Warzycach i tam rozstrzelany wraz z innymi więźniami.
Przyszły mąż Jadzi jeździł do Jasła i rozpytywał, co stało się z Józefem Pruchniewiczem, ale nikt nie chciał mu udzielić żadnej informacji. Dopiero kiedy została wywieszona lista rozstrzelanych, na której widniało nazwisko taty, wszystkie nasze wątpliwości i nadzieje zostały rozwiane. Ciągle jednak pamiętaliśmy o nim w naszych modlitwach.
Mama coraz bardziej niedomagała, a po aresztowaniu taty całkowicie podupadła na zdrowiu. Jadzia zajęła się gospodarstwem, a ja jako dziesięcioletnie dziecko pomagałam jej, jak potrafiłam. Na każdym kroku brakowało nam taty, jako ojca i gospodarza.
Tato leży w jednej ze zbiorowych mogił w lesie w Warzycach. Niestety nie wiemy w której. Nawet z okazji Święta Zmarłych nie mogę stanąć nad mogiłą ojca, bo nie wiem, gdzie został pochowany.
Często zastanawiam się, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby tato skorzystał z proponowanej mu pomocy i ukrył się przed Niemcami. Naraził swoje życie najpierw dla obcych ludzi, a potem oddał swoje życie za nas. Mama nigdy nie mogła pogodzić się ze śmiercią taty. Zmarła jak miałam 15 lat.
O tym, że Żydzi byli u nas ukrywani długo nie wiedziałam, bo nawet po wojnie to był w naszym domu temat drażliwy. Siostra wiele lat później powiedziała mi, dlaczego Niemcy zabrali i zamordowali naszego tatę.
Z członkami żydowskiej rodziny Blum, która ukrywała się w naszym gospodarstwie, mam kontakt do dzisiaj. Dwie osoby jeszcze żyją. Wśród nich pan Raflik Mosses.”
W przytaczanym wcześniej Rejestrze nie odnaleźliśmy nazwiska pana Józefa Pruchniewicza z Biecza. Jest jednak wzmianka, że 31. marca 1944 roku gestapo rozstrzelało Florentynę Madejewską a wraz z nią trzech mężczyzn o nieustalonych nazwiskach. (Źródło: GK, Dsn 13/116/73/„N” 1071/; M. Wieliczko, Jasielskie w latach …, s.250, 270 – 271.)
Być może jednym z tych mężczyzn był Józef Pruchniewicz.
Helena Pruchniewicz

Józef Pruchniewicz

0 komentarzy