W 2009 roku w „Cebulce”, piśmie regionalnym wydawanym przez Stowarzyszenie Przyjaciół Wsi Warzyce (marzec-kwiecień 2009, Nr 2(46)), zostały zamieszczone wspomnienia wojenne mieszkańców naszej wsi. Wywiady przeprowadzili i opisali uczniowie warzyckiej szkoły. Bohaterką jednego z nich jest Pani Kazimiera Kosiba. Rozmowę przeprowadziła Emilia Juszczak.

„Okres wojny i okupacji to czas bardzo ciężki dla całego narodu polskiego i dla każdego obywatela. Wojna przyniosła ze sobą głód, nędze i śmierć. To taki czas, kiedy człowiek dopuszcza się rzeczy i zbrodni, jakich nie uczyniłby w czasie pokoju.

Moja sąsiadka Kazimiera Kosiba pamięta, jak nocą w pośpiechu pakowali swoje najpotrzebniejsze rzeczy i uciekali lasem do innych miejscowości, gdzie znaleźli schronienie i dach nad głową. Utkwił jej w pamięci płacz dzieci zawiniętych w poduszki, huk spadających bomb, przelatujących samolotów. Pamięta jak ginęli jej rówieśnicy, natykający się na niewybuchy.

Jednak najbardziej utkwił jej w pamięci niedzielny lipcowy poranek 1944 roku, kiedy oddział niemieckich żołnierzy wkroczył do Warzyc w poszukiwaniu wozów konnych, potrzebnych do transportu broni. Wieść o tym, że Niemcy zabierają wozy i konie rozeszła się bardzo szybko i ludzie w popłochu wywozili  wozy do lasu, aby je tam ukryć.

Rankiem wojsko wpadło do ich domu i pytali, czy maja wóz. Wszyscy zarzekali się, że nie. Jeden z Niemców uderzył jej mamę w twarz, a ona upadła na ziemię. Zagroził, że jeśli nie dadzą wozu, to rozstrzelają ich córkę – Kazię.

Zabrali ją boso w niedopiętej sukience i niedbale zaplecionych warkoczach. Zaprowadzili na miejsce, gdzie inni oczekiwali na wyrok z tego samego powodu.

Pani Kazia do dziś ma przed oczyma płaczącą i błagającą na kolanach matkę, która prosi żołnierzy niemieckich, aby puścili wolno jej córkę. W pewnej chwili jeden z Niemców przypadkowo oddał strzał. W Kazi i we wszystkich tam oczekujących, wywołało to ogromne poruszenie. Wówczas jeden z Niemców podszedł do roztrzęsionej dziewczynki i powiedział;

– Nie płacz, dziecko. Ja mam w domu córkę w twoim wieku. Jeśli tobie coś by się stało, to ja zginę pierwszy.”

Kiedy tak wszyscy stali w niepewności, zauważyli nadchodzący oddział niemieckich żołnierzy, którzy mieli siedzibę w przysiółku „Sanokówka”. Wraz z nimi szedł profesor Józef Gajda, który był tłumaczem języka niemieckiego. To właśnie on powiedział zebranym, że koniecznie muszą dać jeden wóz, bo inaczej wszyscy zginą. Wtedy z tłumu wystąpił młodzieniec, który przyznał się, że w jego domu jest wóz. Dzięki temu Kazia uniknęła śmierci.

Pani Kosibowa opowiadając to ma w oczach łzy. Widać, ze wspomnienia choć odległe, są nadal żywe. Mówi:

– Widzisz dziecko, żyję. Widocznie miałam żyć, bo jestem tu jeszcze potrzebna”.

Słysząc tę historię cieszę się, że nie urodziłam się w tamtych czasach i chciałabym, aby takie wydarzenia nigdy się nie powtórzyły.”

Tu kończą się informacje zapisane w szkolnym zeszycie, ale to nie koniec wspomnień związanych z wojną. Kolejne fakty, które utkwiły w pamięci, Pani Kazimiera opowiedziała wnukowi Tomaszowi.

„Urodziłam się w 1935 roku. Kiedy wybuchła wojna miałam niespełna cztery lata. Wydawać by się mogło, że jako małe dziecko niewiele zapamiętałam, ale mam przed oczyma kilka wydarzeń, o których opowiem.

Sam wybuch wojny kojarzy mi się z ogromnymi czarnymi samolotami, które nadleciały nad wioskę. Pamiętam straszny ryk silników tych maszyn. Zrzucili kilka bomb, od których zapaliło się parę domów.

Kiedy przybyli do wsi żołnierze niemieccy poszukiwali miejsca do mieszkania. Zaglądali do wszystkich domów i wybierali te, w których im się spodobało. W naszym domu zawsze panował porządek. Moja mama o to dbała.Mieliśmyładną sypialnię, w której zamieszkało dwóch niemieckich żołnierzy. Byli dla nas dobrzy. Kupowali u mojej mamy jajka i masło. Dobrze płacili i byli dżentelmenami. Zachowywali się bardzo poprawnie. Pamiętam do dziś smak i zapach konserw, które Niemcy jedli wieczorami u nas w domu. To były tzw. peki. Ten zapach mięsa będę pamiętać do końca życia. Jak wyrzucili konserwę to ja jeszcze łyżeczką wybierałam resztki.

Jako mała dziewczynka pracowałam z rodzicami w polu przy żniwach. Tatuś kosił zboże kosą, mama odbierała to zboże, a ja robiłam powrósła. Ta praca była dla mnie bardzo ciężka. Marzyłam tylko o tym, żeby tatuś zapalił papierosa – wtedy przerywał koszenie, a ja  mogłam chwilę odpocząć.

Mieliśmy pole pod lasem. Podczas żniw słyszeliśmy jak w lesie Niemcy rozstrzeliwali ludzi. Echo niosło odgłos kul, a ja liczyłam ile razy strzelono, tyle ludzi zabito. Raz nawet przyuważyli nas żołnierze i skierowali w naszą stronę kilka strzałów. W przerażeniu uciekaliśmy z pola. Wszyscy wiedzieli, co się dzieje w lesie, ale nikt nic nie mógł zrobić. Zbierałam kłosy na polu, liczyłam strzały i tak do końca nie byłam świadoma tego, co tam się dzieje.

We wsi opowiadano o tych morderstwach, bo byli tacy, którzy podglądali poczynania Niemców. Byli też tacy, których najmowano do kopania dołów. Dawali im za to wódkę. Partyzanci zaś rozkopywali groby nocami i próbowali rozpoznać ofiary, ale były tak zmasakrowane, że się nie dało. Jednym z tych partyzantów był Ludwik Ligara. Byli też tacy śmiałkowie ze wsi, którzy chowali się w leśnym poszyciu i widzieli na własne oczy, co się w lesie wyprawiało, a potem opowiadali, ale nic więcej nie mogli zrobić. Widzieli ludzi na wpół żywych, słaniających się na nogach, zbitych i skatowanych, jęczących. Wiem, że całe wesele zostało w lesie rozstrzelane.

Niemcy przez długi czas byli dość dobrze nastawieni do ludzi mieszkających we wsi. Zmieniło się to, kiedy zaczęli zbliżać się Rosjanie. Wtedy byli wściekli, krzyczeli i przeklinali. Musieli uciekać ze wsi i chcieli zabrać ze sobą swój dobytek. Potrzebowali wozów i koni. Chodzili od domu do domu i konfiskowali konie i wozy. Niektórzy gospodarze rozbierali swoje wozy i chowali je w różnych miejscach. Mój tatuś tak zrobił. Rozebrał wóz i schował go w „olszynie”.

Kiedy Niemcy przyszli do naszego domu, tatusia akurat nie było. Mamusia powiedziała im, że nie mamy wozu. Niemcy zdenerwowali się i powiedzieli:

– Nie ma wozu, to zabieramy córkę!

Zabrali mnie jako zakładniczkę. Zarekwirowane wozy i konie zbierali w jednym miejscu na końcu wsi od strony Brzyszczek. Tam też zaprowadzili mnie i sześć innych osób. Pamiętam, że razem ze mną w szeregu stała: Janina Niemiec, Bronisław Betlej, Czesław Gajda, Zofia Urban i ktoś od Łąckiego. Wszyscy byliśmy zakładnikami, którzy w każdej chwili mogli zostać rozstrzelani.

Mamusia musiała iść do kościoła, bo została zaproszona w kumy do swojej siostry. W czasie wojny chrzczono dzieci na rannych mszach. Kiedy wróciła z kościoła przyszła na to miejsce, gdzie zebrano wozy ze wsi i gdzie staliśmy my wszyscy w szeregu, jakby przygotowani do egzekucji. Płakała i nie wiedziała, co się ze mną stanie. Pilnował nas jeden Niemiec. Wymachiwał bronią, krzyczał i przeklinał, i w pewnym momencie jego karabin wystrzelił. Na szczęście nikt nie został ranny. Jego przełożony wypadł z pobliskiego domu, dobiegł do żołnierza i uderzył go w twarz. A ja z kilkoma innymi osobami stałam, nie zdając sobie sprawy z tego, że mogłam zginąć. Wśród pilnujących nas żołnierzy było dużo Ślązaków. Oni uspakajali mamę, że nic nikomu nie zrobią, jeśli tylko dostarczymy wóz i konia. Był tam też profesor Gajda. Umiał mówić po niemiecku, więc coś tam tłumaczył żołnierzom. Potem jakoś udało się zorganizować wóz i konie dla Niemców, a mnie uciec.

Jak zaczęło się wysiedlenie to Niemcy kazali nam w pośpiechu opuszczać domy. Mieliśmy się udać w kierunku Jasła, bo zbliżał się front. Większość mieszkańców wsi zamiast iść do Jasła, schroniła się w lesie. Pamiętam, że jeden rozwścieczony Niemiec zastrzelił wtedy syna Urbanów, Edwarda, bo zauważył, że zamiast słuchać rozkazu i jechać w kierunku Jasła, skierowali się wozem w stronę lasu. Zastrzelił na miejscu chłopaka i konia. Miał też chyba zamiar wystrzelać resztę rodziny, ale matka Edwarda z córkami klęczała przed tym Niemcem i prosiła go o darowanie im życia. 

Dotarliśmy do miejsca w lesie, które nazywa się Berlinem. Było nas kilka rodzin z Warzyc i ze Sieklówki. Zbudowaliśmy takie jaty z okrajek drzewa, na ziemi rozsypana była słoma. Na niej spaliśmy jeden obok drugiego, żeby było nam cieplej. Miałam na sobie tylko cieniutką sukienkę, było mi zimno. Niektórzy zabrali ze sobą pierzyny. Marzyłam o tym, by móc się pod nią schować. Chodziło się do wsi i zabierało różne rzeczy z domów i piwnic zwłaszcza do jedzenia. Ludzie mieli zrobione przetwory, mięso ze zwierząt i to się przynosiło, żeby było co jeść. Chodziło się najczęściej nocą, żeby Niemcy nie widzieli, bo to mogło się źle skończyć. My mieliśmy ze sobą w lesie krowę. Dzięki niej było co jeść. Z dnia na dzień robiło się coraz zimniej, bo to była już późna jesień. Ziemniaków nie zdążyliśmy wykopać z pola.

Któregoś dnia do lasu przyjechało na koniach dwóch Niemców i kazali nam się wynosić. Pamiętam, że jeden z tych żołnierzy uderzył tatusia kolbą karabinu w twarz, ale nie wiem z jakiego powodu. Był to na tyle mocny cios, że tatuś się przewrócił. Wygonili nas, bo front był coraz bliżej. Załadowaliśmy na wozy nasz skromny dobytek i razem z innymi rodzinami poszliśmy za Jasło. Dotarliśmy do Lisowa. Nas przygarnęła rodzina do stodoły. Dom tych ludzi stał blisko lasu. Byli dobrzy, ale biedni. Nie mieli nawet studni koło domu. Wodę braliśmy z dołka w lesie i nosiliśmy do gospodarstwa. Pamiętam, że raz przyszli na podwórko partyzanci. Mieli broń i wyglądali bardzo groźnie. Potrzebowali konia z wozem, bo przygotowywali się do zrzutu broni i musieli ją potem czymś przetransportować do kryjówek. Nasz koń jednak im się nie spodobał, bo był powolny i oporny. Ciężko go było nakłonić do współpracy.

Tu w Lisowie spędziliśmy jakiś czas, ale jak przyszła zima udaliśmy się w poszukiwaniu mieszkania w jakimś domu, bo w tej stodole nie dało się żyć, takie było zimno. Dotarliśmy do Szerzyn. Tu nas przyjęli kolejni gospodarze. W Serzynach było spokojnie, jakby wojny w ogóle nie było. Życie toczyło się tu prawie normalnie. Chodziłam nawet przez jakiś czas do szkoły, bo były we wsi dwie nauczycieli z Jasła i uczyły dzieci. Pamiętam, że odbywały się nawet potańcówki. Tu się żyło normalnie, gospodarowało, pracowało jakby wojny nie było.

Kiedy wojna się skończyła wracaliśmy do domu przez Jasło. Jechałam na wozie i rozglądałam się po okolicy. Pamiętam, że Jasło było doszczętnie zniszczone, a wzdłuż drogi leżały martwe konie. Między zwierzętami leżeli nieżywi żołnierze. Straszny był to widok. Most na rzece Wisłoce był wysadzony, więc musieliśmy iść przez wodę, żeby dostać się na drugą stronę.

Dotarliśmy do Warzyc. Bieda i głód zaglądały nam w oczy. Nie było co jeść. Ziemniaki i buraki zostały w polu jesienią, a teraz były zmarznięte w ziemi. Pamiętam, że wyciągaliśmy z pola te zmrożone buraki i ziemniaki, mieszało się je z mąką i robiło „kacoboły”. Potem je gotowano i to jedliśmy.

Mamusia chodziła na żebry. My z bratem czekaliśmy na nią przy gościńcu. Jak przyniosła kromeczkę chleba, to nam dała. To były dla nas rarytasy.

Po wojnie poszłam razem z innymi dziećmi na Lasek porządkować cmentarzysko. Pamiętam, że na jednej z sosen było wyryte nożem kilka razy nazwisko Jan Biały. Pewnie to był ktoś, kto czekał na egzekucję i chciał zostawić informację, że tu go zabito.”

Kazimiera i Władysław Kosiba – zdjęcie ślubne (1955 rok).

Od lewej – Stefania Dybaś (mama Kazimiery) oraz Henryka Owsiak (babcia Kazimiery) – jeszcze przed wojną. Dom w tle uległ zniszczeniu w czasie wojny.

Rodzina Stefanii Dybaś.

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.