Wspomnienia tych, którzy doświadczyli tragicznych wydarzeń związanych z wojną, są najlepszą i najprawdziwszą lekcją historii. Zapisały się one na stałe w pamięci, pomimo upływu czasu. Są łącznikiem między przeszłością i przyszłością, ciągle budzą emocje. Ci, którzy przywołują obrazy z tamtych czasów, przeżywają je na nowo. Wszechobecna śmierć, rozpacz, ból, głód towarzyszyły im każdego dnia. Doświadczyli niewyobrażalnego piekła na ziemi.

Za każdym wspomnieniem kryje się konkretny człowiek, rodzinne dramaty i maleńkie radości. W tej lekcji historii nie są najważniejsze daty, liczby – najważniejsi są ludzie. Napisano wiele podręczników, nakręcono filmy, reportaże, zbudowano pomniki. Ale największymi bohaterami tamtych czasów są zwykli ludzie, o których historia najczęściej milczy.

Dziękujemy tym, którzy pomagają Instytutowi pokazać ich sylwetki.

Pani Teresa Tęcza jest jedną z takch osób. Dzięki Jej pomocy udało się kolejną ludzką historię ocalić od zapomnienia.

Wspomnienia Pani Marii Kozyra

„Nazywam się Maria Kozyra (z domu Tęcza). Urodziłam się 8. września 1930 roku w Warzycach. Obecnie mieszkam w Katowicach. Mam 95 lat. Kiedy wybuchła wojna byłam dziewięcioletnią dziewczynką.

Wrzesień 1939 roku był dla nas miesiącem niepewności, strachu, biedy i głodu. Kiedy dzisiaj, z perspektywy czasu wspominam tamte wydarzenia, łzy same cisnął się do oczu. Pochodziłam z wielodzietnej rodziny. Kiedy wybuchła wojna było nas pięcioro: Kazimierz (ur. 1928),  Maria (ur. 1930), Czesława (ur. 1933), Emilia (ur. 1936), Bronisław (ur. 1939). W czasie trwania działań wojennych urodził się mój brat Stanisław (ur. 1940) i siostra Władysława (ur. 1943), a po wojnie przyszedł na świat jeszcze jeden brat, Kazimierz ( ur. 1948).

Moment wybuchu wojny kojarzę z latającymi nad wsią niemieckimi samolotami. Zrzucane były bomby i kiedy słyszeliśmy ten przerażający ryk maszyn powietrznych, uciekaliśmy całą rodziną do schronu, który był wybudowany niedaleko naszego domu. Za każdym razem było to dość trudne przedsięwzięcie, bo była nas liczna gromada. Jednak strach o własne życie dodawał nam siły; starsze dzieci brały na ręce te młodsze i uciekaliśmy do kryjówki.

Na początku września we wsi pojawili się Niemcy. Jeden z pierwszych obrazków jaki zapamiętałam to czołgi, które stały w naszym ogrodzie i koło cmentarza. Niemcy zachowywali się raczej spokojnie. Szukali kwaterunku po bogatszych domach. W nas, dzieciach, mundur i broń za pasem, budziły przerażenie. Zdarzało się, że częstowali czasami cukierkami. Rodzice mówili nam, że pewnie te słodycze są zatrute, ale my i tak chętnie je zjadaliśmy.

Mój dom stał na górce przy starej ulicy rzeszowskiej. Kiedy zaczęły się mordy w warzyckim lesie, na tej drodze pojawiały się często samochody. Ryk silnika w tych autach był taki przerażający, że z daleka dało się go usłyszeć. Wtedy też wszyscy wiedzieli, że będą zabijać ludzi. Czasami z tych aut słychać było płacz, jęki tych, którzy zrozumieli dokąd są transportowani i obawiając się tego, co ich czeka, zwyczajnie po ludzku rozpaczali.

Któregoś dnia mama poszła po trawę w pole i widziała, jak takim ryczącym pojazdem wieźli do lasu całe wesele. Pod górkę auto nie mogło wyjechać, więc wszystkich zgonili z samochodu i pędzili do lasu na piechotę, okładając z każdej strony kolbami pistoletów i kopniakami. Mama widziała, jak jeden ze starszych weselników upadł i panna młoda chciała mu pomóc wstać. Została kopnięta przez niemieckiego żołnierza tak, że sama upadła na drogę.

Kiedy wieźli na rozstrzelanie żydowskie rodziny, to zdarzało się, że wyrzucane były z samochodów różne pakunki. Jak dotarło do Żydów gdzie jadą i po co, wyrzucali swój dobytek na boki drogi. Co odważniejsi mieszkańcy wioski wychodzili i zabierali te porzucone pakunki.

Pamiętam też, że mówiło się o zamordowanych w lesie dzieciach z ochronki w Iwoniczu. Do niektórych z nich nawet nie strzelano, tylko otrzymywali taki cios w głowę kolbą od karabinu, że padali nieprzytomni albo nieżywi. Mniejsze dzieci uderzano głową o drzewa i wrzucano do wykopanego wcześniej doła. Ofiary leżały jedne na drugich, byle więcej zmieścić w jednym dole. Nikt nie sprawdzał czy są martwi, czy tylko nieprzytomni. Można powiedzieć, że pogrzebani zostali żywcem.

Kiedy Niemcy jechali samochodami do lasu, nie wolno było mieszkańcom nawet stać przy drodze, bo zaraz grozili, że będą strzelać. Czasami po egzekucjach ciekawscy chłopcy biegali do lasu. Narażali własne życie, bo gdyby ich złapano, na pewno zostaliby rozstrzelani.

W lesie była wybudowana przez Niemców piękna willa z bali. Tu, po egzekucjach, bawili się żołnierze. Pamiętam, że mój tatuś dostał od Niemców taki dziwny papierowy mundur i razem z innymi mężczyznami ze wsi pilnowali tej willi. My, jako dzieci, chodziliśmy w tamte okolice na maliny. Tatuś mówił, że w tej willi było kilka pokoi pięknie urządzonych. Interesowali się nią też partyzanci. W pewnym momencie wojny budynek spłonął.

W mojej pamięci na trwałe zapisały się wydarzenia związane z wysiedleniem. Niemcy dali nam pięć minut na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy i opuszczenie domu. Słyszeliśmy odgłosy spadających bomb, bo front był już blisko Warzyc, na linii Szebnie – Niepla. Odłamki latały po wiosce. Niemcy byli rozwścieczeni, bo czuli, że zbliżał się ich koniec. Wojska sowieckie deptały im dosłownie po piętach.

Jeden z Niemców mówił trochę po polsku. Jak zobaczył naszą liczną rodzinę to powiedział, żebyśmy się schowali w schronie, bo wojna już się niedługo skończy. Tak zrobiliśmy, ale następnego dnia rano przyszli inni Niemcy i nas z tego schronu wypędzili. Tatuś prosił żołnierzy, żeby pozwolili nam zostać, bo wędrówka z taką gromadką dzieci będzie bardzo trudna, ale nie zgodzili się. Nie pozwolili też niczego ze sobą zabrać.

Wszystkich wysiedleńców zagonili za kościół na polanę. Szłam boso przez wieś. Pamiętam, że paliła się stodoła u Jana Płazy i świnka babci Wickowej latała po drodze, bo ludzie nie mieli czasu o wszystko zadbać. W tych pierwszych dniach wysiedlenia został zastrzelony młody chłopak, Edward Urban. Uciekał ze swoją rodziną do lasu. Postrzelono też na początku wysiedlenia Kazimierę Błasik, która po kilku dniach zmarła w szpitalu w Gorlicach. 

Szliśmy pod eskortą niemieckich żołnierzy w kierunku Jasła przez Brzyszczki. Cały czas niosłam na rękach moją młodszą siostrę, a mojemu bratu, Kazimierzowi, Niemiec kazał nieść na plecach młodą dziewczynę, która nie chodziła na nogi. Jak się później okazało, że to była Żydówka, mój brat wsadził ją na wóz, bo bał się, że będzie miał z jej powodu problemy. Wiedział jak Niemcy nienawidzą Żydów.

W Jaśle kazali nam się rozejść i poszukać mieszkania. Moja mama miała koleżankę w Żółkowie i to do niej poszliśmy. Przyjęła nas, ale kolejnego dnia rano Niemcy wyrzucili nas z Żółkowa. Poszliśmy do Hankówki. Droga biegła wzdłuż rzeki Jasiołki. W pewnym momencie moją siostrę Milę zaatakowały szczury. Krzyczała, piszczała i mój tata wziął jakiś kij i zaczął je odganiać. Nie wiem co by się stało, gdyby siostra była tam sama. W Hankówce spędziliśmy kilka dni u kolejnej znajomej mojej mamy.

Któregoś dnia mama postanowiła, że wrócimy do Warzyc i zabierzemy trochę rzeczy ze schronu, bo z domu wyszliśmy w tym, co mieliśmy na sobie. Przyszłyśmy do wsi obie. Było pusto, tylko psy uwiązane na łańcuchach żałośnie szczekały i skomlały. Byłyśmy prawie przed domem, kiedy jak spod ziemi wyrósł przed nami Niemiec i przystawił mamie karabin do głowy. Byłam pewna, że ją zastrzeli. Złapałam się jej, płakałam i krzyczałam: „Mamuniu, uciekajmy!” Mama też powiedziała do żołnierza, że jak ją zabije to będzie miał na sumieniu gromadkę dzieci, ale on pewnie nic z tego nie rozumiał. Na całe szczęście pojawił się inny Niemiec, wyrwał z rąk żołnierza pistolet i ocalił nam życie, ale kazał wracać z powrotem w kierunku Jasła.

Po drodze dotarłyśmy do młyna.Dali nam tu trochę mąki. Wróciłyśmy do Hankówki i mama przygotowała zaczyn. Kolejnego dnia należało ten zaczyn wyrobić, czekać aż ciasto wyrośnie i dopiero wtedy piec chleb. Ale Niemcy znów nas rano z Hankówki wygonili.

Przez kolejny tydzień mieszkaliśmy całą rodziną w lesie. Tu było sporo ludzi z Warzyc i okolicznych wiosek. Tatuś zbudował szałas z gałęzi i liści. Spaliśmy na trawie. Lał deszcz. Nie było co jeść. Niemcy przychodzili do lasu po mężczyzn do kopania okopów. Nie była to przymusowa praca, ale dzięki niej mogli zbierać z pól, na których kopali, ziemniaki i kapustę, i to z tego gotowało się zupę, albo piekło placki na takich polowych kuchniach.

Mój starszy brat, Kazimierz chodził do kopania okopów. Przynosił ziemniaki i kapustę, i dzięki temu nie głodowaliśmy. Tego dnia, kiedy został ranny w nogę, jakby przeczuwając nieszczęście, nie chciało mu się iść do pracy. Mama nawet mówiła do niego, żeby został w domu, ale brat mimo wszystko poszedł do roboty.

W tym czasie, kiedy mój brat kopał okopy, nas Niemcy wygonili z lasu. Szliśmy przez Sieklówkę, Lublicę, Bieździedzę do Kołaczyc. Tu pozwolili nam odpocząć. Niosłam całą drogę na rękach moją siostrę, Władzię.

Z Kołaczyc pognali nas do Niegłowic na stację kolejową. Dotarliśmy tam późną nocą. Dzieci, przytulone główkami do związanej pierzynki, spały na siedząco. Wcześnie rano Niemcy nas obudzili. Na stacji stały wagony bydlęce, do których zaczęli pakować ludzi. Kto miał wóz i konia musiał udać się w kierunku Biecza razem z rodziną. Ci, którzy nie mieli własnego transportu zostali zapakowani do wagonów. Dzieci płakały, dorośli też. Nie wiedzieliśmy gdzie nas zabierają, bo pociąg jechał, a my nic nie widzieliśmy. W tych wagonach nie było okien.

Dotarliśmy do Biecza. Wysiedliśmy z wagonów i czekaliśmy na kolejne rozkazy dotyczące tego, gdzie się mamy udać. Pamiętam, że byliśmy potwornie głodni. Jakaś kobieta wyniosła miskę pełną ziemniaków i wszystkie dzieci rzuciły się na to jedzeni.

Niemcy zabierali młodych mężczyzn na roboty do Rzeszy. Kiedy ta informacja dotarła do nas, wszyscy ci, którzy potencjalnie mogli być zwerbowani, pouciekali ze stacji i pochowali się gdzie kto mógł.

Na obrzeżach Biecza przespaliśmy jedną noc. Potem mama poszła do Binarowej szukać schronienia. Zgodzili się przyjąć nas w jednym z domów, który stał blisko drogi. Tyle co położyliśmy się spać na wiązce słomy, przyszli Niemcy i znowu nas wypędzili. Dom był ładny, więc oni sami się w nim rozlokowali. Gospodyni z tego domu dała nam adres brata, który mieszkał na uboczu Binarowej i poleciła, żebyśmy do niego poszli. Pamiętam, że ten gospodarz nazywał się Matula. Przyjął nas, ale nie zmieściliśmy się wszyscy w domu, więc część z nas musiała spać w stodole. Potem ja z babcią dostałyśmy mieszkanie u jeszcze innego gospodarza. Spałyśmy w kuchni. Każdego dnia musiałam wnosić do tej kuchni wiązkę słomy, rozkładać, a wczesnym rankiem zbierać ją i wynosić.  

Tu, w Bieczu, dotarła do moje mamy wiadomość, że brat Kazimierz podczas kopania okopów, został ranny w nogę, i że zabrali go do szpitala do Gorlic. Mówiło się, że pijani Niemcy urządzili sobie zabawę w strzelanie i akurat jedna z kul trafiła mojego brata. Mama dowiedziała sie o tym dopiero po dwóch tygodniach. Z Biecza pojechała pociągiem do Gorlic, do szpitala i tam powiedzieli jej, że był taki pacjemt, ale zrobili mu opatrunek i przewieziono go z powrotem do szpitala do Biecza. Była już noc, więc mama wróciła do Binarowej, a zaraz rano udała się do Biecza. Kiedy dotarła do szpitala okazało się, że Kazia już tam nie było. Odwieźli go do szpitala do Nowego Sącza. Mama i tam dotarła, ale Kaziu już nie żył. Moja mama to była najdzielniejsza kobieta jaką znałam. W Nowym Sączu w szpitalu pokazali jej ciało syna. Wspominała, że był jeszcze ciepły i lezał jak go Bozia stworzyła. Spotkała tam znajomą zakonnicę, która obiecała mamie, że przygotuje dla Kazia jakieś ubranie i zajmie się jego pogrzebem. Kazała mamie wracać z powrotem do rodziny. Pochowali go na cmentarzu w Nowym Sączu i tam spoczywa do dzisiaj, bo po wojnie rodziny nie było stać na sprowadzenie jego szczątków na cmentarz w Warzycach.

W Bieczu po jakimś czasie otwarli jadłodajnię dla wysiedleńców. Chodziłam codziennie na piechotę z Binarowej do Biecza z siostrą Czesią, z dzbankiem, po krupnik, który w niczym nie przypominał tego, który gotowało się w naszych domach. To była jakaś czarna zupa, do której jakby nasypano popiołu. Do tego krupnika dawali kawałek chleba. Chodziłam też po domach na żebry, ale czasem nawet płaczem nie byłam w stanie niczego użebrać. Wszędzie chcieli, żebym została na służbę. Wracałam do domu z niczym i ciągle pustym brzuchem. Razem z Gienią, u której mieszkaliśmy, od czasu do czasu chodziłyśmy też po naftę do Libuszy. Dawali nam ją za darmo. Mogłyśmy naftę wymienić na coś do jedzenia.

Jak się wojna skończyła ja z rodzicami wyruszyliśmy z Binarowej do domu. To był styczeń i sroga zima, a my na piechotę musieliśmy pokonać 30 kilometrów. Miałam zrobione drewniane buty i to w nich wracałam do domu szczęśliwa, że wojna się skończyła. Kiedy dotarliśmy do Warzyc okazało się, że dom ocalał, ale wszystkie szyby były wybite. Tatuś brał deski z rozwalonej częściowo stodoły i zatykał te dziurawe okna, żeby reszta dzieci mogła wrócić do domu i jakoś przeżyć do wiosny. Na drugi dzień moja mama umówiła się ze swoim bratem, bo on miał konia i wóz, i pojechali do Binarowej po resztę rodzeństwa i babcię.

Zostałam z tatusiem w domu. Musiałam szybko nauczyć się doić krowę, obsługiwać żarna i piec placki z przerośniętego zboża, które wcześniej młócił tatuś cepem. Te placki były gorzkie i nie dało się ich jeść. W polu były zmrożone buraki cukrowe. Próbowałam je ścierać i piec z nich placki na blasze, ale też były niedobre. Kopało się zmarznięte ziemniaki i zbierało przemarznięta kapustę i to było nasze pożywienie. 

Moja mama jeździła na żebry aż do Przemyśla, a my dzieci z sankami chodziliśmy pieszo na stacje do Moderówki i przywoziliśmy do domu to, co się udało jej pozyskać.

Pamiętam też, że po zakończeniu wojny odkryliśmy na naszym polu,na Mitorce kapliczkę. Nie wiem czy Niemcy ją wybudowali w czasie pobytu we wsi, czy też skądś przetransportowali. Zastanawialiśmy się, czy to świadczyło o ich pobożności, czy inna była tego przyczyna.

Przed wyruszeniem na wysiedlenie moi rodzice zapakowali kilka lepszych rzeczy i ukryli w skrzyni w szopie u Szelągów. Obawiali się, że jak spłonie dom, to wszystko pójdzie z dymem. W tej skrzyni była moja ulubiona niebieska sukienka. Cała skrzynia z naszym dobytkiem była zakopana w ziemi. Kiedy wróciliśmy z wysiedlenia okazało się, że zniknęły wszystkie nasze rzeczy. Nie zabrali ich Niemcy, ale szabrownicy. Ksiądz Biernat głosił w kościele co komu zginęło i część naszych rzeczy KTOŚ podrzucił do ubikacji u Farów. Niestety, wśród tych podrzucanych rzeczy nie było mojej niebieskiej sukienki.

Po zakończeniu wojny pracowałam przy porządkowaniu cmentarza w lesie. Woziłam razem z innymi piasek na taczkach. Brałam też udział w uroczystej mszy świętej, podczas której poświęcono to miejsce mordu. 

Po wojnie w 1951 roku pojechałam do pracy na Śląsk i tam w Katowicach zostałam pomocą domową pani Marii Artykiewicz – Zborowskiej, artystki w Operetce Śląskiej w Gliwicach. Jej mąż, Tadeusz Zborowski był spokrewniony ze znanym aktorem, Wiktorem Zborowskim (syn najstarszego brata Adama). Tu też poznałam mojego męża, Romana, który pochodził z Zawady koło Ostrowca Świętokrzyskiego.”

Maria Kozyra po lewej i Władysława Banaś       

Maria Kozyra po prawej i Maria Płaza z mężem

Maria Kozyra 2025 rok

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.