Społeczny Instytut Dokumentowania Zbrodni Hitlerowskich w Lesie Warzyckim podejmuje działania, mające na celu zebranie, opracowanie i udostępnienie wspomnień dotyczących wydarzeń, jakie rozegrały się w lesie warzyckim podczas II wojny światowej.
Bezpośrednich świadków mordów dokonywanych przez okupanta było niewielu. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że Niemcy chcieli swoje zbrodnie ukryć przed światem, ale i wzrokiem pojedynczych, przypadkowych ludzi. Dlatego też, kiedy miały odbywać się egzekucje, dbali o to, by teren „zabezpieczyć”. Zabraniali zbliżać się do lasu, obstawiali teren żołnierzami, a za nieprzestrzeganie zaleceń groziła śmierć. Co prawda znalazło się paru śmiałków, którzy schowani w koronie drzew lub igliwiu zdecydowali się podpatrzeć, jak wyglądały egzekucje. Ryzykowali utratę własnego życia. Czy było to z ich strony bohaterstwo, czy skrajna lekkomyślność – trudno jednoznacznie stwierdzić. Ich relacje są nieocenionym materiałem dla głębszego poznania historii tego miejsca.
Co działo się w epicentrum lasu? – pozostanie w większości tajemnicą i tylko ludzka wyobraźnia i wiedza na temat zezwierzęcenia oprawców mogą skonkretyzować obrazy, czyli ludzkie tragedie, których świadkiem były drzewa. Gdyby one umiały mówić…
Z drugiej strony prężnie działający w naszej miejscowości ruch oporu, nocne ekshumacje i odkrywanie grobów, dostarczyły informacji o tym, jak zmasakrowane były ludzkie ciała i jak trudno było ustalić tożsamość większości pomordowanych. Polewanie ofiar gaszonym wapnem miało zabić unoszący się z lasu odór, ale powodowało też szybszy rozkład ciał.
Wiemy też, że Niemcy zabierali swoim ofiarom dokumenty, biżuterię, a nawet ubrania – wszystko po to, by nikt nie mógł ustalić danych personalnych zamordowanego człowieka.
W czasie działań wojennych w Warzycach działo się wiele. Miejsce mordów w lesie jest szczególne, ale w samej wiosce rozgrywały się również ludzkie dramaty i o nich też chcemy opowiedzieć. Chcemy ocalić od zapomnienia wszystko, co się da i mamy świadomość, że to „ostatni dzwonek”. Dlatego cieszy nas każda historia, która ma twarz konkretnego człowieka, pokazuje jego emocje, dzieli się z nami pamiątkami, opowiada o bólu i cierpieniu, ale też o maleńkich radościach. Ci, którzy przeżyli wojnę, doświadczyli czegoś niewyobrażalnego. Wspominają tamte czasy ze łzami w oczach. W ich przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że „czas goi rany”. Zdarza się, że już czasami nie pamiętają, co było wczoraj, ale gehennę wojenną potrafią odtworzyć zaskakująco dokładnie i z detalami.
Wspomnienia Pani Marii Maziarz

„Na prośbę osób mi bliskich, postanowiłam opowiedzieć historię dziewięciomiesięcznej dziewczynki, którą byłam, kiedy zaczęło się wysiedlenie i trafiłam z mamą do Austrii, do obozu pracy w Traun, koło Linz. Nazywam się Maria Maziarz, z domu Gacek.
Urodziłam się 18 grudnia 1943 roku w Warzycach, w domu rodzinnym mojej mamy, Stefanii Owsiak. W 1944 roku, we wrześniu Niemcy wysiedlali mieszkańców wsi Warzyce, Bierówka i Zimna Woda, ponieważ zbliżał się front. Ja z mamą i dwie siostry mojej mamy, Kunegunda i Katarzyna, zostałyśmy oddzielone od reszty rodziny. Moja ciocia, siostra mojej mamy, Katarzyna, miała ze sobą dwóch synów, w wieku 10 i 5 lat, a ja byłam, jak wcześniej wspomniałam, dziewięciomiesięcznym dzieckiem.
Zostaliśmy zabrani do Jasła na stację kolejową. Mieliśmy być przewiezieni i zakwaterowani w okolicach Gorlic, tymczasem stało się inaczej. Bez naszej wiedzy i świadomości zostaliśmy przetransportowani do Austrii.
W Jaśle, na stacji kolejowej Niemcy nas podzielili. Ci, którzy mieli krowy lub furmanki zaprzężone w konie otrzymali rozkaz, że muszą piechotą udać się w kierunku Biecza i Gorlic. Ustawili wszystkich w kolumnę i pod nadzorem żołnierzy niemieckich ruszyli w wyznaczonym kierunku. Pozostali, czyli najczęściej kobiety z dziećmi, zostali zapakowani do wagonów bydlęcych, które zaplombowano. Mieliśmy dojechać tylko do Biecza lub Gorlic i tam rodziny miały się ze sobą połączyć. Okazało się, że ci, którzy się w porę nie zorientowali, zostali dopakowani do wagonów i wywiezieni na roboty do Austrii, a krowy im skonfiskowano. Mój tatuś, Piotr i mąż mojej cioci Katarzyny, szli z krowami na stację w Gorlicach w nadziei, że tam się wszyscy spotkamy. W porę zorientowali się, co się dzieje i uciekli. Całe wysiedlenie spędzili w okolicach Gorlic.
Zostaliśmy rozłączeni na ponad 10 miesięcy. Nie wiedzieliśmy nic o sobie – gdzie jesteśmy, czy żyjemy. Nikt też nie umiał udzielić sensownej informacji.
Kiedy dotarliśmy do Traun, rozlokowali nas w barakach. Pamiętam, że kiedy nadlatywały samoloty, to ciocia i mama wkładały nas, dzieci, pod stół. Podczas bombardowania leciały szyby i one bały się, żeby odłamki nas nie pokaleczyły. Tak bardzo zapadło nam to w pamięć, że nawet po wojnie, jak byłam na podwórku i usłyszałam nadlatujący samolot, to szybko uciekałam do domu i chowałam się pod stół.
W trakcie naszego pobytu w obozie, moja mama, Stefania Gacek, zachorowała na tyfus i została zabrana do szpitala w Linz. Chorowała bardzo długo. Kiedy jej stan trochę się poprawił, pielęgniarka przez pomyłkę dała mamie jedzenie przeznaczone dla innego, zdrowego pacjenta. Przez to mama zachorowała drugi raz na tyfus. Straciła przytomność w listopadzie, a odzyskała świadomość w wigilię Bożego Narodzenia. Kiedy ocknęła się, zobaczyła pielęgniarki i lekarzy przy kolacji wigilijnej w holu. Stała tam też ubrana choinka, więc domyśliła się, że to święta Bożego Narodzenia.
Była wycieńczona po tak wyczerpującej chorobie, ale powoli odzyskiwała siły. Cały czas martwiła się o resztę rodziny. Nie wiedziała czy żyjemy, ani gdzie jesteśmy. Często płakała. Lekarze pytali ją, dlaczego płacze, a ona wskazywała na głowę, żeby dać do zrozumienia, że niby boli ją głowa. W końcu wezwano tłumacza, któremu powiedziała, że płacze, bo nie wie, co dzieje się z resztą jej rodziny, która została tu przywieziona. Wtedy też, chyba jakimś cudem, siostra mojej mamy, Katarzyna, dowiedziała się o miejscu pobytu mamy i jej stanie, wzięła mnie ze sobą i pojechałyśmy do szpitala.
Nie mogłyśmy się z mamą spotkać osobiście, bo tyfus był zaraźliwy. Dlatego tylko przez okno ciocia pokazała mnie mamie. Kiedy zobaczyła, że jesteśmy całe i zdrowe trochę się uspokoiła, bo wiedziała, że żyjemy i jakoś dajemy sobie radę.
Zanim mama zachorowała, to pracowała w fabryce gwoździ. Obie siostry mojej mamy, Katarzyna i Kunegunda, również tam pracowały, a w tym czasie zajmował się mną dziesięcioletni kuzyn, Tadeusz. Dodatkowo miał on jeszcze pod opieką swojego pięcioletniego brata Józefa. Kiedy byliśmy już bardzo głodni, Tadeusz brał mnie na plecy i chodził prosić o jedzenie do pobliskich domów.
Pamiętam, że przed wysiedleniem mój tata, jako że palił papierosy, a dostęp do nich był utrudniony, nasadził po kryjomu trochę bakoniu (tytoniu). Zdążył go wysuszyć jeszcze przed naszym wysiedleniem. Poukładany w woreczkach mama zabrała ze sobą, kiedy nas wysiedlali. Dotarła z tym bakoniem do Austrii. Jak wróciła ze szpitala po pokonaniu tyfusu, nie mogła pracować, bo była bardzo osłabiona. Nie mieliśmy za co żyć, brakowało nam jedzenia. Ponieważ żołnierze włoscy i amerykańscy mieli problem ze zdobyciem papierosów, mama wpadła na pomysł wymiany tytoniu w zamian za jedzenie. W ten sposób przeżyliśmy ten trudny czas.
Na szczęście po dziesięciu miesiącach naszego pobytu w Austrii, wkroczyli tam Amerykanie. Wtedy nasz byt troszkę się poprawił, bo otworzyli magazyny i dali ludziom żywność. Mama opowiadała, że Amerykanie brali mnie na ręce, robili zdjęcia i dziwili się, jak „duże” dzieci są przetrzymywane w niewoli. Po jakimś czasie postawili nas, wysiedleńców, przed wyborem – co chcemy zrobić po zakończonej wojnie: wracać do Polski, czy wyjechać do Ameryki.
Mieliśmy ogromny dylemat. Razem z nami byli tam jeszcze Żurawscy i Dziedzicowie z Warzyc, a z Bierówki pan Rogala. Amerykańscy żołnierze straszyli nas, że jak wrócimy do Polski, to przejmą nas Rosjanie. Może zdecydowalibyśmy się na wyjazd do Ameryki, ale tylko pod warunkiem, że bylibyśmy tam wszyscy. Za ocean wyruszali tylko ci, którzy byli w Austrii pełnymi rodzinami. My nie wiedzieliśmy nic, co dzieje się z pozostałymi członkami naszej rodziny. Mimo wszystko, chcieliśmy wracać do Polski. Naszym przewodnikiem i opiekunem w drodze powrotnej do domu, został pan Żurawski.
Kiedy dotarliśmy do rodzinnej wioski, okazało się, że nasz dom został spalony. Po pewnym czasie wrócił też tata z krową. Wynajęliśmy stary domek i tam zamieszkaliśmy.
Długie lata po wojnie wszyscy, którzy zostali wywiezieni z Polski do obozów pracy, mogli ubiegać się o odszkodowanie, jeśli udokumentowali fakt, że byli represjonowani. Dlatego postanowiłam napisać do Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie” w Warszawie. Dostałam adres do Linz i pisałam z prośbą, aby przysłano mi dokument potwierdzający fakt, że byłam w obozie w Austrii. Dostałam odpowiedź, że byłam za mała i nie zostałam zarejestrowana. Później napisałam do Wiednia, do Czerwonego Krzyża. Dostałam kolejny dokument, coś w rodzaju dowodu osobistego, z numerem obozowym mamy (Numer A1 3496 020905). Ten dokument wysłałam do Warszawy. Świadkiem w mojej sprawie był pan Rogala z Bierówki. Miał wszystkie potrzebne dokumenty, potwierdził swoim dowodem osobistym i kartą pracy, że byłam w Austrii. Na tej podstawie uznano mnie za osobę represjonowaną.”
0 komentarzy