Lokalną historię możemy poznawać na różne sposoby, jednak najważniejszą rolę w tej edukacji odgrywają świadkowie, którzy na własnej skórze doświadczyli konkretnych zdarzeń.

Arystoteles twierdził, że człowiek, przychodząc na świat jako tabula rasa, czyli niezapisana, czysta tablica, wiedzę zdobywa dzięki doświadczeniu na przestrzeni danego mu czasu i w ten sposób zapisuje kolejne stronice księgi swojego życia.

W czasie II wojny światowej wielu musiało zmierzyć się z wszechobecną przemocą oraz całkowitym rozpadem znanej dotychczas rzeczywistości. Dla tych „naznaczonych wojną” był to traumatyczny sposób zdobywania wiedzy – stan, który zniszczył znany wcześniej porządek egzystencjonalny i zmusił do mierzenia się ze śmiercią, utratą bliskich, cierpieniem fizycznym i psychicznym.

W księdze życia tych, którzy przeżyli wojnę, zapisała się ona jako zło, któremu należy się przeciwstawić za wszelką cenę. Mimo tej wiedzy, którą posiada każdy, ciągle na świecie toczą się konflikty zbrojne, przynosząc zniszczenia i cierpienie.

Instytut, przywołując wspomnienia tych, którzy doświadczyli wojny, chce ocalić od zapomnienia mały fragment lokalnej historii.

 

Wspomnienia pani Marii Wilk(z domu Konieczna)

 

Maria Wilk urodzona 25 lutego 1944 roku w Brzyszczkach.

„Właściwie to moich informacji nie powinnam nazywać wspomnieniami, gdyż byłam zbyt mała, aby cokolwiek pamiętać z okresu II wojny światowej. O wszystkich wydarzeniach związanych z tym tragicznym czasem, wiem z opowiadań moich rodziców i krewnych. Najbardziej zapamiętałam te informacje, które dotyczyły okresu wysiedlenia wsi Brzyszczki w roku 1944.

Urodziłam się w lutym 1944 roku, a jak wiadomo walki w Polsce toczyły się od roku 1939, ale nie wszędzie miały taki sam dramatyczny przebieg. Pomimo niemieckiej okupacji ludzie na wsi starali się żyć w miarę normalnie. Dopiero gdy zbliżał się front walk niemiecko – rosyjskich, przyszedł rozkaz, aby opuścić domy w Jaśle i okolicy. Wtedy część mieszkańców wsi Brzyszczki przeniosła się do krewnych lub znajomych, mieszkających we wsiach na zachód od Jasła. Ale część – w tym moja rodzina – postanowiła schronić się w lesie, myśląc, że to wszystko niedługo się skończy. To było jednak błędne myślenie i w efekcie przebywaliśmy tam przez 3 miesiące – od września do grudnia. Ludzie pobudowali sobie duże szałasy z gałęzi i mieszkali w nich razem ze zwierzętami, cierpliwie znosząc niewygody. Moja siostra, Janina, opowiadała mi, że tata zrobił taki dobry dach na szałasie, że nawet w czasie deszczu nie kapała woda na pierzyny. Mój tata, przed i w czasie I wojny światowej, służył w wojsku austriackim przez 8 lat. Tam nauczył się budować różne schrony i wiedzę swoją wykorzystał do budowy szałasu w lesie.

Oczywiście walki nie trwały cały czas, więc ludzie wychodzili z lasu, aby przynieść paszę dla zwierząt lub wykopać pozostawione jeszcze w polach ziemniaki czy buraki. Zdarzyło się nawet, że żona mojego kuzyna, Józefa Juszczyka, przyszła do wsi, aby urodzić dziecko i po dwóch dniach, razem z noworodkiem, wróciła do lasu. (Ten urodzony wtedy chłopiec przeżył 80 lat.)

Miałam pół roku, gdy zamieszkaliśmy w lesie i niestety życie niemowlęcia w warunkach, gdzie może powietrze było zdrowe, ale panowała wilgoć i dało się odczuć brak słońca, spowodowały, że zachorowałam na krzywicę (wtedy mówiono na tę chorobę „angielka”). Ponad dwa lata nie chodziłam na nogach. Mama kąpała mnie w ziołach (najczęściej w macierzance). Wygrzewałam się w ciepłym piasku i piłam tran. Zaczęłam chodzić, ale często się przewracałam. W pamięci zachowało się wspomnienie, że często miałam kolanaobandażowane. Później dziwiłam się, że moje koleżanki potrafiły biegać szybko, a ja tak nie mogłam. Również moje ręce nie były tak sprawne jak powinny, więc zawsze robiłam wszystko w zwolnionym tempie.

Wracając do wysiedlenia, trudno teraz zrozumieć, jak można było żyć w takich spartańskich warunkach przez trzy jesienne miesiące. Z opowiadań moich sióstr wiem, że jesień wtedy była wyjątkowo ciepła i było dużo grzybów, więc kobiety gotowały często zupę grzybową na paleniskach zrobionych z blach, przywiezionych z domów ze wsi. Były z nami krowy, więc mieliśmy mleko i inne przetwory uzyskane z niego. Ze wsi przynoszono zboże zmielone w żarnach i piekło się placki na blachach.

Pamiętam jedną historię, którą opowiedział mi mój krewniak, Andrzej Juszczyk. Kiedy mieszkaliśmy w lesie, chłopcy często robili sobie wyprawy (również za grzybami). Podczas jednej z nich spotkali dwóch młodych Rosjan, którzy uciekli z obozu niemieckiego w Szebniach. Chowali się w lesie przed Niemcami. Chłopcy znali ich kryjówkę, odwiedzali ich dość często i dzielili się z nimi pożywieniem. Zaprzyjaźnili się, znali swoje imiona. Po wojnie wiele pól było zaminowanych i naszemu sąsiadowi jedna z min urwała kawałek nogi. W Jaśle szpital nie funkcjonował, bo miasto zostało doszczętnie zniszczone, więc bliscy  zawieźli go do Gorlic. Tam był szpital wojskowy. Czekali na lekarza, bo akurat gdzieś wyszedł, ale pielęgniarka powiedziała, ze na pewno ich przyjmie, bo to dobry człowiek. Pojawił się w fartuchu poplamionym krwią, podszedł do rannego, a gdy popatrzył na syna, który go przywiózł, zapytał: „To ty, Tadziu?” Okazało się, że lekarzem był jeden z tych uciekinierów z obozu w Szebniach, z którymi nasi chłopcy zaprzyjaźnili się na wysiedleniu w lesie. Oczywiście dobrze zaopatrzył Tomasza, który żył jeszcze długo z nogą na drewnianej kuli.

Do zakończenia takiego życia w lesie przyczynili się niemieccy żołnierze. Najpierw przyjechał jeden na koniu (może zauważył smugi dymu nad drzewami) i nic nie mówił. Na drugi dzień przyjechało ich więcej. Kazali wszystkim mężczyznom ustawić się w szeregu, a oni zrobili rewizję. Myśleli, że to partyzanci. Jednak nic podejrzanego nie znaleźli, więc nikogo nie zastrzelili, tylko kazali usunąć się z lasu. Trzeba było spakować wszystko na wozy i pod eskortą Niemców przenieść się do Bieździedzy. Tam można było przespać się we dworze i na drugi dzień, znów pod eskortą Niemców, człapiąc po błocie za wozami z dobytkiem, trzeba było przenieść się do Brzysk. Tam kazano szukać sobie miejsca w domach. Nasz tata znalazł miejsce w Kłodawie, u pana Szymona Kopery, który oddał nam jedną izbę, wyścielił ją słomą i mogliśmy już spać w cieple i pod dachem w osiem osób. Mieszkaliśmy tam ponad miesiąc. Widać było stamtąd łunę, gdy paliło się Jasło. Brat Szymona Kopery, Kazimierz, miał wrodzony od Boga dar – umiejętność naprawiania złamanych kości. Również mnie pomógł, gdy jako kilkuletnie dziecko zepsułam rękę w łokciu.

Niemcy traktowali nas dość dobrze, chyba dlatego, że mój tatuś znał język niemiecki i mógł z nimi swobodnie rozmawiać. Tata, jak służył w wojsku austriackim, nauczył się języka niemieckiego. To mu nawet może uratowało życie, bo jeszcze przed wysiedleniem poszedł z Brzyszczek do Jasła, a tam akurat była łapanka. Niemcy łapali Polaków, aby ich wywieźć do Niemiec na roboty lub do obozów koncentracyjnych. Złapali też tatusia, ale on spokojnie powiedział Niemcowi, że przyszedł tylko, aby kupić soli, bo ma liczną rodzinę. Wtedy ten niemiecki żołnierz, nie tylko, że go puścił, ale jeszcze doradził mu, którędy może bezpiecznie wrócić do domu.

Gdy mieszkaliśmy w Kłodawie, pewnego wieczoru dało się słyszeć jakiś ruch w stajni i rżenie koni. Prawdopodobnie złodzieje przyszli je ukraść. Pan Kopera bał się wyjść na zewnątrz, ale tata wyszedł na ganek i wrzasnął coś po niemiecku. To pomogło i złodzieje uciekli. Pan Kopera bardzo się wtedy ucieszył, żeudało się ocalić jego konia i naszego, bo przecież bez konia na wsi nie można było gospodarować.

W styczniu przyszli do wsi Rosjanie ubrani na biało i informowali, że wszyscy wysiedleni mogą wracać do swoich domów, bo wojna się skończyła. Ludzie bardzo się cieszyli, ale nie wiedzieli jeszcze, że przeszliśmy z jednej okupacji pod drugą.

Gdy wróciliśmy do domu w Brzyszczkach okazało się, że brakuje w nim mebli i wielu innych rzeczy, więc tata musiał robić wszystko od nowa. Najstarsza siostra, Matylda, opowiadała mi, że tatuś przed wysiedleniem zakopał w stajni w jakiejś skrzyni trochę lepszych ubrań. Na szczęście nikt ich nie znalazł podczas naszej nieobecności, więc po powrocie było się w co ubrać. Również instrumenty muzyczne (np. trąbka) były zakopane w domu i ocalały, a akordeon zakopany w lesie trochę zawilgotniał. Dobry fachowiec z Boguchwały naprawił go. Tatusiowi instrumenty były potrzebne, bo używał ich najpierw z kolegami, a później z synami, grając na weselach lub zabawach w kapeli wiejskiej.

Zaczęło się nowe życie, jednak okazało się bardzo utrudnione przez zdemoralizowane wojsko rosyjskie. Najbardziej zagrożone były wszystkie dziewczęta i kobiety. Uciekały i chroniły się przed żołnierzami jak tylko mogły. Ale jak wszędzie, tak i tu zdarzały się wyjątki. Jakiś stary żołnierz w naszym domu powiedział: „Chroń Boch, chroń Boch, żeby u was było, to, co u nas”. On był dobrze wychowany.

Moja mama miała raczej zabawne spotkanie z żołnierzami rosyjskimi. Trzymała w jednej ręce powróz, bo pasła przy domu krowę, a na drugiej ręce trzymała mnie. Wtedy podeszło dwóch żołnierzy rosyjskich i powiedzieli: „Chodzajka, daj mleka”. Mama się wystraszyła, bo nie wiedziała, co ma robić. Ale to krowa zdecydowała o dalszym przebiegu zdarzeń. Wyrwała się mamie z ręki i skoczyła w kierunku jednego z żołnierzy. (Zwierzę było spokojne przy domownikach, ale nie tolerowało obcych ludzi.) Żołnierz był silny i sprytny, więc złapał krowę za rogi i przyparty do ściany domu, przesuwał się razem z krową w stronę bramki ze sztachet, która oddzielała obejście od ogrodu. Udało mu się jakoś przejść przez tę bramkę i zamknąć haczyk, a krowa została. Drugi żołnierz miał z tej całej sytuacji dobry ubaw, ale obaj odeszli i nie zrobili nikomu żadnej krzywdy.

Nasz piękny kraj, w którym mamy nie tylko morze, piękne góry i jeziora, ale także wiele cennych zabytków i dzieł kultury (których dużą część zrabowano i wywieziono pociągiem na zachód w czasie okupacji), zawsze był łakomym kąskiem zwłaszcza dla sąsiadów z zachodu lub wschodu. Dlatego wrogowie najpierw tracili – czy to w Katyniu, czy Oświęcimiu i innych obozach – ludzi najmądrzejszych i wykształconych, a pozostałym bardzo chętnie fundowano alkohol, bo pijany Polak nie będzie się bronił.

My teraz prośmy Matkę Bożą o pomoc w walce z ukrytymi wrogami, żeby Polska była krajem niepodległym, w którym wszyscy mogą mówić w naszym trudnym języku, a języków obcych żebyśmy mogli, ale nie musieli się uczyć, jak to było podczas okupacji niemieckiej i rosyjskiej. Tylko pod zaborem austriackim wolno było mówić po polsku”.

 
Franciszek Konieczny, ojciec Marii Wilk rok 1910

Franciszek Konieczny na koniu

Dom rodzinny Franciszka Koniecznego w Brzyszczkach, na zdjęciu Wincenty Trybus (wujek Marii Wilk oraz Janina, siostra Marii Wilk

Franciszek Konieczny z rodziną

Maria Wilk – 1957 rok

Maria Wilk – Brzyszczki, 1965 rok

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.