Napis na grobie żołnierza na jednym z jasielskich cmentarzy głosi: „Teraz wy czuwajcie, bo my już ustali…” Proste zdanie, a jakże wymowna i głęboka treść, która zobowiązuje do zachowania pamięci o tych, którzy poświęcili życie dla naszej wolności.
Każda wojna przynosi ofiary, cierpienie, upadek wartości i barbarzyństwo oprawców; prowadzi do okaleczenia i zdewastowania psychiki tych, którzy przez to piekło na ziemi musieli przejść. Jedni zginęli, inni przeżyli, ale zostali naznaczeni piętnem wojny. Nikt nie dał tym tysiącom ofiar możliwości wyboru. Historia postawiła ich przed faktem dokonanym. Innej drogi nie było…
Naszym obowiązkiem jest zachować pamięć o ludziach i wydarzeniach, które tworzyły tamtą dramtyczną rzeczywistość. Mamy świadomość, że czas działa na naszą niekorzyść, że to „ostatni dzwonek”, by ocalić od zapomnienia to, co jeszcze można. Dlatego każdy mail, telefon, informacja przekazana Instytutowi są na wagę złota.

Transport zrzutu przez partyzantów „Garbnika”. Fot. z zasobu IPN
Część III wspomnień
„Nadchodzi rok 1943. Pomyślne wiadomości z frontu i coraz straszniejsze warunki w kraju, tworzyły niesamowity wyścig. Wypadki wojenne toczyły się już szybko. Na Podkarpaciu zaczęliśmy się przygotowywać do zbrojnego wystąpienia przeciw znienawidzonemu wrogowi. Ale zanim miało to nastąpić, trzeba było na razie trwać w konspiracji, czego jednak nie wszyscy się trzymali. Niektórzy żołnierze podziemia zaczęli się afiszować, chodząc z bronią. Przedwczesne zdekonspirowanie się mogło narazić mieszkańców Warzyc na nieobliczalne następstwa tej lekkomyślności. Niemcy, mimo ponoszonych klęsk na frontach w kraju, byli jeszcze silni i mogli zniszczyć całą wieś. Doszło do tego, że zmuszony byłem o zachowaniu się naszych żołnierzy, zameldować „Lisowi”, komendantowi obwodu.
Podobnie było z radiem zakonspirowanym w stodole Dubiela. Radia tego miało słuchać trzech wyznaczonych ludzi. Skądś o radiu tym dowiedzieli się miejscowi nauczyciele, dość, że pewnego dnia wybrali się oni do stodoły Dubiela celem wysłuchania komunikatów wojennych. Zamiast przejść do stodoły od tyłu, przeszli przez podwórze, pod oknami Dubielów. Przechodzących zobaczyła Dubielowa, niewtajemniczona, a że była ciekawa, dokąd poszli nauczyciele, zaczęła ich śledzić. W pewnej chwili usłyszała grające radio ze swej stodoły, powróciła szybko do izby i narobiła wrzawy wobec męża, że Niemcy dom ich spalą i nas zamkną w więzieniu albo rozstrzelają. Wiele trudu i wysiłku trzeba było użyć, aby kobietę uspokoić. Ze strony Dubiela oberwało się i mnie. Nawymyślał mi, że stoję na czele ludzi, którzy nie potrafią utrzymać tajemnicy. Miał on dużo słuszności, w każdej wsi mógł się znaleźć donosiciel i poinformować gestapo o tym, co się dzieje we wsi.
Czy Warzyce miały takiego donosiciela? Raczej nie, bo nie trudno mu było rozszyfrować całą wieś. Ale zawsze jakieś wiadomości z podziemia mogły przeciekać różnymi kanałami.
Takim kanałem gestapo jasielskie musiało otrzymać informacje o Warzycach, gdyż pewnego dnia zawitało i zabrało kierownika sklepu Kłosaka, pełniącego tę funkcję od niedawna. Właściwie gestapowcom chodziło o Ludwika Ligarę, który był kierownikiem sklepu przed Kłosakiem. Z tego należałoby sądzić, że informator gestapo był spoza Warzyc i nie wiedział o zmianie kierownika sklepu. Trochę niepokoju wniosła we wsi żona Kłosaka, która po aresztowaniu męża zaczęła krzyczeć, że jej mąż nic nie winien tylko ja, bo ona obserwuje i widzi, ile obcych gości do mnie przychodzi (Kłosakowa mieszkała zaraz koło mnie). Nie dała się też uspokoić mojej żonie, tylko jeszcze więcej krzyczała. Na gestapo byłaby nie doszła, bo „Gazda”, który nadszedł do mnie i usłyszał ten krzyk, zobowiązał się uważać na nią i gdyby chciała udać się z doniesieniem, zlikwidować ją. Do tego nie doszło. Gdy gestapo zauważyło swoja pomyłkę, Kłosaka zwolniło.
Jesienią 1943 roku przychodzi do mnie „Lis” i mówi, abym brał rower i jemu też o rower się postarał. Pojedziemy w teren szukać dogodnego miejsca na zrzut broni. To miejsce ma być oddalone najmniej 10 kilometrów od kwater niemieckich i nie blisko głównych dróg. Zdecydowaliśmy się na las w Gogołowie. W tym lesie odszukaliśmy polanę i zdecydowaliśmy, że ta polana będzie dobra na zrzut broni. Ponieważ mieliśmy wybrać trzy place – jeden główny i dwa dodatkowe – te dodatkowe wybraliśmy w Sowinie i Łazach Bieżdziadeckich. Następnego dnia, na rozpoznanie terenu w rejonie Żmigrodu, pojechałem sam. Najodpowiedniejsze okazały się tereny należące do wsi Świerchowej i tam też był drugi główny punkt zrzutu. Wytypowano jeszcze i inne punkty zdaniem naszym najlepsze, ale wszystkie te punkty wymagały zatwierdzenia przez dowództwo okręgu w Krakowie. Przed ich zatwierdzeniem miał ich obejrzeć oficer lotnictwa. Czekaliśmy więc na jego przyjazd. W czasie mojego odjazdu w okolice Żmigrodu, „Lis” z moim szwagrem, Bronkiem, próbowali kto silniejszy. Po powrocie wieczorem dowiedziałem się, że w czasie siłowania „Lisowi” pękła kość w nodze. Był już w szpitalu. Tam założyli mu gips. Z tą złamaną nogą „Lis” zostaje w Warzycach.
Na południu kogoś pobili, biorąc go za konfidenta. Okazało się, że to nie jest prawdą. Przyjechał z Krakowa specjalny sędzia zająć się i prześwietlić tę sprawę. Tego sędziego oczekiwałem na stacji kolejowej w Jaśle. Po rozpoznaniu odprowadziłem go do Sobniowa. Tam na niego czekał „Lis”.
W kilka tygodni później zjawił się oczekiwany oficer lotnictwa i zatrzymał się w Warzycach, skąd robiono wypady w teren. Na pierwszy ogień poszedł punkt wybrany koło Gogołowa. Pojechaliśmy tam koniem Sanokowskiego Romana, którego pozostawiliśmy we wsi, a obaj z lotnikiem udaliśmy się do lasu. Obrany przez nas punkt okazał się za mały, trudny do zobaczenia go z samolotu. Zrezygnowaliśmy więc z niego. Powróciliśmy do wsi i tu zastaliśmy Niemców dokonujących łapanki ludzi na roboty do Niemiec. Aby nie być podejrzanym na obcej wsi, umówiliśmy się, że przyjechaliśmy szukać chłopca i dziewczyny do pomocy w gospodarstwie. Tu i ówdzie zagadaliśmy gogołowian, pytając się, kto by chciał przyjść do pracy w Warzycach. Nawet uzgodniliśmy, że po dziewczynę, która wyraziła chęć podjęcia pracy w Warzycach, ktoś z nas po paru dniach przyjedzie. Następnie wyruszyliśmy do Sowiny. Tu jako powód podaliśmy, że skupujemy owoce. Naturalnie owoców tych ze zrozumiałych powodów nie braliśmy. A kiedy jedna z kobiet wyniosła cały koszyk dorodnych śliw, namawiając nas na ich kupno, mało brakowało musielibyśmy zadatkować cały sad. Sam gospodarz przyszedł nam z pomocą, odzywając się tymi słowami żony: „Ty staro, żeby ty wiedziała, za czym ci panowie chodzą”. Kazał jej iść na boisko, śliwki wysypał nam z koszyka do wózka i z tym odjechaliśmy. Jak się później dowiedziałem, gospodarz sam był żołnierzem AK.
Po obejrzeniu wszystkich wytypowanych punktów do odbioru broni z rzutów, powróciliśmy do Warzyc. Ostatecznie zatwierdzone były pola zrzutowe w Łazach Bieździadeckich i koło Świerchowej pod Żmigrodem. Zostają zrobione szkice i oznaczone na mapie 1:100 000, następnie przesłane do okręgu w Krakowie, w dalszej kolejności do Londynu. Hasłem dla odbioru broni z rzutu punktu w Łazach Bieździedeckich była piosenka „Podkóweczki dajcie ognia” lub „Bartoszu, Bartoszu”. Piosenki te miały być śpiewane po komunikacie wojennym, w godzinach wieczornych, przez BBC w Londynie.
Wkrótce odbyła się odprawa u porucznika „Łady”, na której zapadła decyzja przygotowania odpowiednich magazynów na broń, która ma nadejść. Nie była to łatwa sprawa z uwagi na bezpieczeństwo. Niemcy za posiadanie broni karali karą śmierci. Trzeba było przygotować taki magazyn, by nikt nie wiedział o nim i broń nie uległa zniszczeniu. Udaliśmy się w tej sprawie do Żółkosia Franciszka z Chrząstówki, by on zrobił schowek na broń. Żółkoś, po porozumieniu się z żoną, wyraził zgodę na wybudowanie magazynu w swojej stodole. Wybrano w pewnym miejscu ziemię, ustawiono ściany z cegły. Następnie ułożono z desek sufit, przykryto go tak, by nikt nie mógł odkryć, że tam coś się znajduję. Wejście do magazynu również starannie zamaskowano, tak że przybyły do Chrząstówki komendant obwodu „Lis” i jego zastępca „Gazda” nie znaleźli wejścia mimo, że wiedzieli o magazynie w stodole Żółkosia. Magazyn ten tak spodobał się komendantowi, że przeznaczył go na magazyn obwodu. Dla miejscowej placówki zrobiono magazyn broni u Betleja Władysława z Chrząstówki. Magazyn ten został wykonany z drzewa z lasu, przy poparciu Nadleśnictwa w Kołaczycach. Drzewo to zostało przywiezione do tartaku przez dwie furmanki z Chrząstówki. Jadąc z Chrząstówki do lasu warzyckiego po drzewo, zabrali worek z granatami ręcznymi. Droga prowadziła obok obozu w Szebniach. By przypadkiem któremuś z Ukraińców SS nie wpadło do głowy skontrolować ów worek, owinięto go sianem. Wielkie było rozczarowanie nasze, gdyśmy przyjechali do Warzyc, a worka na wozie nie było. Już miałem wracać po niego, gdy nadjechała druga furmanka i worek ten, znaleziony na drodze załadowała na wóz i przywiozła.
Mieliśmy szczęście, że tego nie zauważyli wartownicy ukraińscy, obok których przejeżdżaliśmy i w pobliżu nich worek ten upadł z pierwszego wozu.
Ze zbliżaniem się frontu wschodniego, zaczął się u nas ruch gorączkowy, przygotowania plutonów do walki z Niemcami, jaka nas czekała.
Mało przebywałem w domu w Warzycach, przeważnie byłem poza domem. Raz, kiedy wybrałem się do Bierówki, natknąłem się na Niemców polujących na ludzi, ale jakoś przedarłem się przez łańcuch obławy. Jechałem rowerem, w teczce wiozłem ulotki. Gdy przejechałem na drugą stronę wsi, gdzie dziś stoi szkoła, natknąłem się na Niemca, który wyrósł jak spod ziemi i krzyknął na mnie: „Halt!” Ponieważ to było niedaleko wąwozu, wpadłem do niego nie zatrzymując się i pojechałem dalej w kierunku leśniczówki. Oddane przez Niemca strzały, przeszły nad moją głową. Dochodząc z rowerem do leśniczówki, trafiłem znów na Niemców, którzy tam stali z autem. Nie czekając, aż będą strzelać, wróciłem z powrotem. Siadłem na rower i najpierw skrajem lasu, a potem lasem, dotarłem do Niepli.
Innym razem, jadąc do Chrząstówki, wiozłem płyn do zapalania aut i czołgów. Koło dworu w Szebniach zatrzymuje mnie Niemiec. Byłem przygotowany na wszystko, ale jak się okazało, Niemiec chciał, abym mu dał pompki do napompowania jego roweru. Pomogłem mu napompować rower. Podziękował, poczęstował mnie papierosem i rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Muszę przyznać, że spotkania z Niemcami nie należały do przyjemności. Nie zawsze takie spotkania kończyły się tak, jak wyżej opisane.
Równocześnie z przygotowaniem żołnierzy do walki z hitlerowcami, przygotowano pewne zapasy żywności, sprzęt sanitarny. Samego zboża wybrałem z magazynów niemieckich około 15 ton. Przygotowaniem zapasów leków zajmował się szef sanitarny obwodu, dr Różański. Bandaże zaś przygotowywały kobiety z wojskowej służby kobiet w Warzycach, Eugenia Sanokowska i inne. Ja z Janem Sanokowskim przywieźliśmy zwój lin z kopalni w Brzezówce, wydanych przez Przybyłę Władysława. Obaj z Niemcem Janem zrobiliśmy z tych lin siatki na samochody i czołgi.”
W książce „Z walk na Podkarpaciu” autorstwa Łukasza Grzywacza – Świtalskiego” ps. „Jodła” czytamy:
„Dozbrajanie oddziałów drogą zrzutów powietrznych odbywało się zawsze pod osłoną oddziałów bojowych.
W zimie 1944 r. udałem się z „Borutą” do Warzyc, gdzie oczekiwał na nas kpt. „Lis”, komendant obwodu Jasło, który zaprowadził nas do mieszkania sędziego Twardusia.
Zrzut miał nastąpić po północy, mieliśmy więc dużo czasu. W jednym z pobliskich zabudowań znajdowało się radio, które mało odebrać hasło zawiadamiające o zrzucie. W pobliżu oczekiwał pluton ubezpieczający zrzut. Tymczasem nadeszła wiadomość, że tej nocy zrzut nie nastąpi.
Przybliżony termin zrzutu podawany był przez dowództwo okręgu w Krakowie. Dzień i godzinę przylotu samolotów podawała rozgłośnia radiowa BBC w Londynie. Dane co do punktów zrzutów podawane były na podstawie mapy 1:100000 przez określenie współrzędnych artyleryjskich.
W okresie nasilenia zrzutów niemal każdego dnia po komunikacie wojennym o godz. 21 na fali eteru płynęły różne polskie ludowe piosenki, które dla wtajemniczonych były sygnałem, że nastąpił start samolotów z baz wyjściowych i za kilka godzin samoloty znajdą się nad polem zrzutowym.
Dla naszego inspektoratu takimi piosenkami były: „Podkóweczki dajcie ognia”, „Bartoszu, Bartoszu, nie traćwa nadziei”, „Zasiali górale owies” i „Hanuś, moja Hanuś”. Dwie pierwsze dotyczyły pól zrzutowych położonych w powiecie jasielskim, pozostałe zrzutowisk w powiecie brzozowskim.
Pola zrzutowe na polecenie dowództwa okręgu w Krakowie zostały wyznaczone przez członków sztabu inspektoratu: zastępcę inspektora por. Jana Walczyńskiego („Buk”) przy współudziale kpt. Józefa Modrzejewskiego („Lis”), komendanta obwodu jasielskiego i por. Stanisława Węgreckiego („Wir”), dowódcy placówki Domaradz, jeśli chodzi o powiat brzozowski. Następnie pola te zostały sprawdzone przez przybyłego z Krakowa oficera lotnictwa i zatwierdzone przez dowódcę okręgu. Ponieważ zrzuty odbywały się w nocy, miejsca dla nich musiały być wyznaczone w pobliżu widocznych punktów orientacyjnych, jak linie kolejowe, zwłaszcza węzłowe stacje kolejowe i rzeki. Same punkty w czasie odbioru oznaczano za pomocą strzały z białych świateł.
Inspektorat miał dwa pola na terenie powiatu jasielskiego: jedno główne, drugie rezerwowe. Główne znajdowało się na polach wsi Bieździadka, przylegających do lasu warzyckiego, rezerwowe między Świerchową a Łężynami k. Żmigrodu.
W Warzycach, w warsztacie Ludwika Ligary („Mały”), znajdowało się radio i prowadzono tam stały nasłuch. W pobliskim Jaśle, w mieszkaniu dr. Różańskiego, czynne było radio rezerwowe na wypadek zagrożenia punktu warzyckiego. Pluton warzycki pod dowództwem sierż. Jana Betleja („Rafałek”), rekrutujący się z mieszkańców Warzyc, plus patrol dywersyjny złożony z 15 ludzi, miał za zadanie odebrać broń ze zrzutu. Oddział z Sieklówki pod dowództwem por. Antoniego Holika („Gazda”) stanowił ubezpieczenie pola zrzutowego. Ponadto wieś Sieklówka dawała furmanki do przewiezienia broni z pola zrzutowego do magazynów.
Od kilkunastu dni żyliśmy w podnieceniu, ponieważ zapowiedziane zostały przez dowództwo okręgu zrzuty dla inspektoratu. Każdego dnia nasłuchiwaliśmy sygnału BBC. Czyniono też gorączkowo ostatnie przygotowania do magazynowania broni. Zajmowali się tym: por. Władysław Dąbek („Łado”) i sierż. Betlej. Wyszukawszy bezpieczne miejsce we wsi Chrząstówka u Franciszka Żółkosia(„Ogień”), zaczęli starać się o drzewo. Z pomocą przyszedł nadleśniczy z Kołaczyc. Dwie furmanki z Chrząstówki przewoziły drzewo do tartaku, a następnie deski na miejsce budowy magazynu.”

0 komentarzy