Zapraszamy na czwartą część wspomnień Jana Betleja „Rafałka”, która opisuje kulisy operacji odbioru zrzutów broni alianckiej w Wielką Sobotę i Niedzielę Wielkanocną 1944 roku w Warzycach, w warunkach podwyższonego zagrożenia ze strony wojsk niemieckich stacjonujących w pobliżu pola zrzutowego.
Był grudzień,
Rok czterdziesty trzeci,
Gdy warzyckim lasem
Partyzanci szli.
Akcja: „Gamrat”!
Miejsce odprawy: „Urbanowy las”!
Szedł dowódca „Gazda”,
Za nim partyzancka brać.
„Sroka”, „Mały”,
„Olbromski”, „Sierp,”
„Lis” i „Jesion”,
„Socha”, „Pielgrzym”, „Młot”.
O czym myślał
Wtedy każdy z nich?
Czy idąc nucili pieśni?
Czy księżyc wskazywał im drogę?
Który myślał o dziewczynie?
Który o matce lub żonie?
Milczą o tym kroniki,
Więc o tym nie powiem.
Zapisano dokładnie,
Ile zdobyli broni.
A o czym myśleli,
Wiedzą tylko oni…
/Maria Niemiec/
Część IV wspomnień
„Nadszedł rok 1944. Na drogach pełno wojsk niemieckich. Zbliżanie się frontu wschodniego było już wyraźne. W tym to czasie punkt nasłuchowy w Warzycach otrzymał rozkaz stałego pogotowia. Zapowiedziane bowiem zostały zrzuty broni dla inspektoratu AK, „Joachim”. W stan pogotowia został postawiony mój pluton, który miał zadanie odbioru broni z rzutu. Osłonę zrzutu stanowił oddział pod dowództwem podchorążego „Gazdy”. W wioskach rozkwateruje się Wermacht. Bieździadka, w której jest zakwaterowany Wermacht, znajduje się w pobliżu głównego pola zrzutowego. Zadanie odbierających broń staje się coraz trudniejsze. Na kwaterach spali Niemcy. Niemal w tych samych domach, tylko na strychach, żołnierze AK. Musieliśmy zachować wielką ostrożność.
W takim gorączkowym naprężeniu nadeszła Wielka Sobota 1944 roku. Wyznaczeni słuchali radia. U mnie czeka „Lis”, „Boruta”, „Gazda”, „Jastrzębiec”, zastępca inspektora. Parę minut po godzinie 21 (dziennik był o 21), przychodzi „Gebels” troszkę poddenerwowany. Mówi nam, że piosenka „Podkóweczki dajcie ognia” została nagrana. Gońcy zostali natychmiast rozesłani, by z Warzyc, jak też i Sieklówki, ludzie i furmanki udawali się pojedynczo do lasu na plac alarmowy. Przyjeżdża na rowerze goniec od dr Różańskiego z wiadomością o nagraniu znajomej nam piosenki. „Lis”, „Boruta”, „Gazda” i ja udajemy się do sędziego Twardusia, u którego zakwaterowany był szef sztabu z Krakowa. Temu, gdy wyjaśniłem, jak daleko znajduje się Bieździadka od placu zrzutu, w której jest pełno zakwaterowanych Niemców, nie zgodził się na odebranie zrzutu ze względu na bezpieczeństwo. Wyszliśmy od sędziego mocno niezadowoleni, że jeżeli ten rozkaz musiał wyjść, to dlaczego nie wyszedł wcześniej, tylko jak już wszystko ruszyło na plac zbiórki, oddalonego od Warzyc o 6 kilometrów. Po przyjściu na plac alarmowy, zastaliśmy wszystko gotowe, tylko patrole rozstawić na wybranych miejscach. Gdyśmy ich zawiadomili, że zrzut się nie odbędzie, zaczęli wszyscy szemrać, że w ogóle żadnego zrzutu nie będzie, tylko my ich tak cyganimy, że w ogóle żadnego kontaktu z zagranicą nie mamy (tak mówili mniej uświadomieni). Niedługo trzeba było czekać do godziny, w której spodziewaliśmy się zrzutu. Mało kto poszedł do domu, tylko w lesie czekali – jedni, żeby się przekonać czy mówimy prawdę, inni, by zobaczyć czteromotorową fortecę latającą (noc była jasna). Na plac zrzutu poszedłem ja, „Boruta”, „Gazda”, „Jastrzębiec” i „Lis”, i jeszcze paru innych. Gdzieś między godziną 23 a 24 usłyszeliśmy nad Jasłem inny głos motoru, jak samolotów niemieckich. Za chwilę przestajemy słyszeć huk motorów, a na miejsce zrzutu pikuje czteromotorowa maszyna.
Po wymienieniu znaków rozpoznawczych i znaków, że plac jest zagrożony, pilot zapuszcza motory, samolot unosi się w górę. Nadjeżdża drugi. Ten po odebraniu tych samych znaków, unosi się też do góry. Lotnicy, chcąc sprawdzić, czy prawdziwie odebrali od nas sygnały, trzy razy pikowali na nasze stanowisko, po czym odlecieli z powrotem. Na lotnisku w Moderówce, gdzie się znajdowały samoloty niemieckie, żaden z nich nie wystartował na rozpoznanie. Z Bieździadki, w której zakwaterowany był większy oddział wojsk niemieckich, żadne rozpoznanie nie wyszło na miejsce, nad którym krążyły obce samoloty. W rafinerii Niegłowice syreny alarmowe zaczęły się odzywać w parę minut po odlocie samolotów. My, po odczekaniu, czy Niemcy nie wyślą jakiegoś zwiadu, poszliśmy z powrotem do Warzyc.
W Warzycach, jak już nadmieniłem, kwaterowali Niemcy. Trzeba było znowu pojedynczo przekradać się do swoich domów. Była godzina około 2:00, gdy znaleźliśmy się z powrotem na swoich kwaterach. Jakież to były kwatery, po prostu strychy. I tak na strychu domu Juliana Sanokowskiego nocowali, prócz mnie, „Jastrzębiec”, „Lis”, „Boruta”, „Gazda”, Piegłowski i inni. Było nas razem 12. Były święta Wielkiej Nocy. Każdy chciał spędzić je w gronie swych najbliższych, podzielić się jajkiem. Dzień był krótki. Nadszedł i wieczór, a po komunikacie na falach eteru znowu popłynęła melodia piosenki zwiastującej start samolotów, z bronią przeznaczoną dla nas. Ponieważ sytuacja się nie zmieniła Wermacht dalej kwaterował w Bieździadce, na pole zrzutu udało się tylko 4 ludzi, tj. „Lis”, komendant obwodu, Gałuszka, Piegłowski i Sanokowski Jan celem wystawienia świateł czerwonych. Gdy byli już na polu zrzutowym, za chwilę nadleciał jeden samolot, który zaczął pomału pikować. Jakiś chłopiec z pobliskich domów dał sygnał ze swojej latarki elektrycznej, które z tych świateł zobaczył lotnik, czy czerwone, czy jasne, nie wiemy, dość że po osiągnięciu pewnego pułapu, zaczął wyrzucać pojemniki z bronią. Po trzykrotnym okrążeniu pola zrzutowego i wyrzuceniu całego ładunku, odleciał.
Komendant obwodu znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Miał do pomocy tylko trzech ludzi. Nie wiadomo było jak zachowa się Wermacht, na którego oczach spadły białe płachty – spadochrony. Wysyła więc Gałuszkę do Warzyc, by z ludźmi pośpieszył na pole zrzutowe. Odległość pola zrzutowego od Warzyc była bardzo duża, ale biedny Gałuszka biegł, jak mógł. Gdy stanął przede mną, słowa nie mógł wydobyć z gardła, tak był zmęczony. Ale po jego radosnej twarzy domyśliłem się, że trzeba śpieszyć z ludźmi na pomoc komendantowi. Poleciłem Gałuszce zawiadomić drużynowych, by pojedynczo lub małymi grupkami ze swoimi ludźmi udawali się na plac zrzutu. Ja, „Boruta”, „Gazda”, „Jastrzębiec” (ci spali u mnie), udaliśmy się najkrótszą drogą na plac zrzutu. Po przybyciu na miejsce każdy z nas był tak zmęczony, że w pierwszej chwili wzięliśmy spadochrony za śnieg, gdyśmy koło nich przechodzili. Komendanta z ludźmi nie znaleźliśmy. Udałem się do domów najbliżej stojących. Tam dowiedziałem się, że samolot był i coś rzucał białego. Powróciłem na plac zrzutu i tam odnalazłem komendanta z ludźmi. Najzabawniejsze było to, że gdy biegłem, natchnąłem się na Piegłowskiego, który mnie nie poznał i z bronią w ręku zapytał mnie o hasło. Lecz wnet obaj poznaliśmy się i razem poszliśmy do jednego z pojemników. Był tam już porucznik „Boruta”, który szybko rozbił pojemnik, wyjął z niego stena (brytyjski pistolet maszynowy) i po załadowaniu magazynku z amunicją, skierował lufę w stronę kwater niemieckich. Spodziewano się lada chwila zbrojnego wystąpienia Niemców. Tymczasem coraz więcej przybywało z Warzyc ludzi. Podchorąży „Gazda” pobiegł do Sieklówki po ludzi i wozy, celem przewiezienia broni do uprzednio przygotowanej meliny. Mnie też komendant wysłał do wsi Łazy po furmanki. Przyprowadziłem jedną furmankę i trzech ludzi, na którą zaczęliśmy ładować pojemniki z bronią. Ponieważ jedna furmanka nie była w stanie uwieźć wszystkiej broni, pozostałą broń mieliśmy na razie zakopać w lesie, by ją później zabrać.
Już zaczęliśmy kopać doły, gdy doszedł nas stuk wozów po leśnej drodze. To „Gazda” prowadził z Sieklówki nie tylko ludzi, ale i wozy, na które załadowano resztę broni. Po załadowaniu broni na wozy z Sieklówki, ja dostałem rozkaz, by zamelinować tę broń, która została odwieziona do Łazów. W Łazach pomógł mi w zamelinowaniu tej broni mój dawny znajomy z wojska, Żołna. Następnie powróciłem do Warzyc. Po drodze ściągałem wystawione posterunki, które miały zadanie kierować ludzi z Warzyc na punkt zrzutu. Pierwszego zabrałem ze skrzyżowania dróg Łazy – Gorajowice – Lublica. Następny, którego zabrałem, ze zmęczenia zasnął w lesie na liściach. Na nogach miał tylko obuwie bez spodów, które to spody gdzieś w błocie przy noszeniu broni zaginęły. Było już dobrze jasno, gdy zbliżyłem się do Warzyc. Na moment zastanowiłem się, jakby dostać się do domu i nie podpaść Niemcom. Byłem cały obłocony. Szczęście mi jednak sprzyjało. Spotkałem sąsiada, Niemca Jana, który wczesnym rankiem wyszedł na pole święcić je. Zabrałem więc od niego wiadro z wodą i kropidło, i z tym sprzętem dotarłem do domu. Po przyjściu do domu i umyciu się, poszedłem do Jasła z meldunkiem, że zrzut się odbył. Takie meldunki odbierał ode mnie Kulig Jan. Wracając z powrotem, czułem się bardzo słaby tak, że z biedą doszedłem do domu. W domu, po zmierzeniu gorączki okazało się, że miałem 40 stopni i parę kresek. Kładę się do łóżka i zażywam lekarstwo przeciw przeziębieniu, i zasypiam. Gdy się przebudziłem, przy mnie byli: „Lis”, „Boruta”, „Gazda”, Gałuszka. Jedli śniadanie. Broń, którą mieli przy sobie, składali pod kanapę, na której leżałem. Przychodzi jakiś niemiecki oficer i chce zająć dom, w którym leżałem, na kwaterę. Szwagierka tłumaczy mu, że ja jestem chory, lecz on nie zwraca na to uwagi, tylko wchodzi do pokoju, w którym ja leżałem. Gdy zobaczył mnie leżącego i tych gości przy stole, na którym znajdował się chleb, wędlina i herbata, cofnął się, pisząc na drzwiach, że kwatera z powodu choroby nie może być zajęta. Po wyjściu Niemca moi goście powyciągali broń spod kanapy, zabrali ze sobą i pojedynczo się porozchodzili, a ja zostałem dalej leżeć. Na noc poszedłem spać na strych, bo ze strychu lub stodoły prędzej można zwiać. Tej nocy przyszedł jeszcze do mnie na strych „Boruta” i „Gazda”. Rano przychodzi żona na strych i mówi, że dużo hitlerowców przyjechało do Warzyc na jakąś rewizję. Prędko wstaliśmy, udając się każdy w innym kierunku. Ja, po wstaniu, prócz tego, że byłem bardzo słaby, poczułem silny ból w prawym biodrze. Liczyłem, że może mi to przejdzie, lecz niestety okazało się, że zachorowałem na ischias (rwa kulszowa), tak że wyleżałem 6 tygodni w Niepli u siostry. Tam było spokojniej niż w Warzycach.”
W książce „Z walk na Podkarpaciu” autorstwa Łukasza Grzywacza – Świtalskiego” ps. „Jodła” czytamy:
„Nadeszła Wielka Sobota 1944 r. i na falach eteru usłyszeliśmy „Podkóweczki dajcie ognia”. Przy radiu siedział Jan Gałuszka. Gdy usłyszał tę melodię, wybiegł z kryjówki i pobiegł do mieszkania sędziego Twardusia („Maciej”), gdzie od paru dni przebywali „Buk”, „Lis”, „Boruta” i „Gazda”.
Do przylotu samolotów czasu było niewiele. „Lis” wysłał więc gońca do dowódcy plutonu, sierż. „Rafałka”, by podsunął się wraz z ludźmi pod pole zrzutowe.
Od dnia wytyczenia pola zrzutowego wiele się zmieniło. Jeden z wycofujących się oddziałów niemieckich znalazł się w Warzycach i Bieździadce, oddalonej od pola zrzutowego ok. 900 m. Przyjęcie zrzutu broni w tych warunkach stawało się ryzykowne. Toteż „Buk”, zastępca inspektora „Mikołaja”, postanowił nie przyjąć zrzutu. O decyzji tej powiadomił żołnierzy z plutonu „Rafałka” i por. „Gazdy” dopiero na miejscu, kiedy znaleźli się w lesie przed polem zrzutowym.
„Buk”, „Lis”, „Rafałek” i jeszcze paru żołnierzy wysunęli się na pole zrzutowe, by dać znaki o grożącym niebezpieczeństwie. Niedługo czekali, za chwilę dał się słyszeć szum motorów, odmienny od niemieckich. Przed północą dwa samoloty zaczęły zniżać się, by po chwili odlecieć, nie zrzucając ładunku.
W Bieździadce, gdzie kwaterował Wehrmacht i w Moderówce, najbliższym lotnisku wroga, panowała cisza. Dopiero po odlocie samolotów alianckich z rafinerii w Niegłowicach k. Jasła odezwały się syreny alarmowe.
O godz. 2 żołnierze „Rafałka” znaleźli się z powrotem na swoich kwaterach. W dzień rozeszli się do domów (żołnierze z Sieklówki z pola zrzutowego poszli wprost do swojej wsi). W pierwszy dzień Wielkanocy wieczorem na falach eteru popłynęła piosenka „Bartoszu, Bartoszu”.
Wkrótce na pole zrzutowe udali się kpt. Modrzejewski, Gałuszka, Piegłowski i Jan Sanokowski, by wystawić znaki odwołujące zrzut. Ten nocy nadleciał tylko jeden samolot. Gdy znalazł się nad polem zrzutowym i zniżył się, dano umówiony znak czerwonym światłem o grożącym niebezpieczeństwie.
W tym samym czasie jakiś chłopak ze wsi zapalił latarkę elektryczną, którą prawdopodobnie zauważył lotnik, gdyż samolot zniżył się i po chwili zaczęły odrywać się od niego pojemniki. Po trzykrotnym okrążeniu i wyrzuceniu całego ładunku samolot odleciał.
Komendant obwodu znalazł się w trudnym położeniu: spadochrony z pojemnikami po wylądowaniu zalegały na polu. Wysyła do Warzyc Gałuszkę, który co sił w nogach biegnie przez las: by zaalarmować pluton „Rafałka”. Ze zmęczenia Gałuszka słowa nie może wypowiedzieć, ale „Rafałek” w lot pojmuje, o co chodzi, i czym prędzej z ludźmi podąża na pole zrzutowe. Przybywają także „Buk”, „Boruta” i „Gazda”, który uprzednio pobiegł po ludzi do Sieklówki. Do Łaz udał się w tym celu „Rafałek”. Czas nagli, gdyż nie wiadomo, jak zachowa się oddział Wehrmachtu, na którego oczach odrywały się od samolotu białe płachty spadochronów.
Pierwszy dopada do pojemnika por. „Boruta”, rozbija go, a po założeniu amunicji kieruje lufę karabinu maszynowego w stronę, z której mógł nadejść Wehrmacht.
Ładunek wyrzucony z samolotu zawierał 7 pojemników z bronią maszynową (steny), 13 skrzynek z amunicją oraz ok. 15 skrzynek z granatami ręcznymi. Gdy wszystkie pojemniki i skrzynki zostały zaciągnięte do lasu, część broni załadowano na wóz przyprowadzony przez „Rafałka” z Łaz. Resztę zamierzano zakopać w pojemnikach w lesie. Tymczasem jednak dał się słyszeć stuk wozów po leśnej drodze: to por. „Gazda” prowadził z Sieklówki ludzi i wozy, na które wkrótce załadowano broń. Transportu tego nie zobaczył lotnik niemiecki, który pokazał się nad polem zrzutowym zaraz po odlocie alianckiego samolotu. Na szczęście noc była ciemna: pluton podejmujący broń mógł w ciemności zebrać rozrzucone pojemniki. Śpieszono się bardzo, spodziewając się wystąpienia Wehrmachtu. Dniało już, gdy furmanki z bronią ruszyły lasem na wschód, a potem do Chrząstówki, by tam zmagazynować podjętą broń.
Przedtem jeszcze musiano odszukać jeden pojemnik. Wiadomo było, że ładunek broni z jednego samolotu powinien zawierać 7 pojemników, a z pola podjęto tylko 6. Poszukiwanie brakującego pojemnika przeciągnęło się niemal do świtu. Znaleziono go wraz ze spadochronem w samotnie stojącej zagrodzie w pobliżu lasu, gdzie wylądował na podwórzu.”

0 komentarzy