W czerwcu 1943 roku na terenie powiatu krośnieńskiego, gorlickiego i jasielskiego miały miejsce liczne aresztowania działaczy konspiracyjnych. Osadzano ich najczęściej w więzieniu w Jaśle, przesłuchiwano i torturowano w niewyobrażalny sposób.
27. czerwca 1943 roku zostali aresztowani dwaj żołnierze Armii Krajowej z placówki Jedlicze – Zdzisław Badylak i Jan Dunaj. Obaj byli mieszkańcami Jan Dunaj ps. „Igiełka” został aresztowany przez gestapo w Krośnie, w zakładzie krawieckim Kluza, gdzie uczył się zawodu. Zaś Zbigniew Badylak ps. „Szofer” został zatrzymany w domu rodzinnym w Potoku. Obydwaj aresztowani byli uczniami profesora Antoniego Lęcznara ps. „Sielawa”. Obydwaj zginęli tego samego dnia w lesie w Warzycach.

Zdzisław Badylak – zdjęcie z kenkarty (karty rozpoznawczej), dokumentu tożsamości wydawanej przez niemieckie władze okupacyjne w Generalnym Gubernatorstwie w czasie II wojny światowej dla wszystkich mieszkańców niebędących Niemcami.
Historią wujka, Zdzisława Badylaka, podzieliła się z Instytutem, siostrzenica, Pani Joanna Krzanowska – Świerkosz, której dziękujemy za przekazane informacje. Na ich podstawie możemy poznać dzieje kolejnej ofiary terroru hitlerowskiego w warzyckim lesie.
„Zdzisław Badylak, syn Emila i Anieli z Pilatów, urodził się w Potoku koło Krosna 3. stycznia 1920 roku. Miał starszego brata Stanisława (ur. 1918) i młodszą siostrę Teresę (ur. 1934) – mojąmamę. Kiedy wybuchła wojna miał 19 lat.
Ukończył Szkołę Podstawową/Powszechną w Potoku. Następnie uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Krośnie. Jego brat Stanisław był już w tym czasie studentem na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, gdzie zastała go wojna.
W czasie okupacji obydwaj bracia działali w Placówce AK Jedlicze. Zdzisław, razem ze Stanisławem, organizowali też tajne nauczanie dla młodzieży w Potoku.Co najmniej trzech, spośród ich uczniów zdało maturę w „Koperniku” w latach 40-tych.
W 1943 roku mój wujek został wydany przez kobietę z niedalekiego sąsiedztwa domu rodzinnego i osadzony w więzieniu w Jaśle. Tam był przesłuchiwany i torturowany przezgestapo.Na koniec rozstrzelano go w lesie warzyckim w lipcu tegoż roku, w jednej z ostatnich egzekucji przed uwolnieniem więźniów w akcji AK pod kryptonimem „Pensjonat”.(Profesor Lęcznar informując naszą rodzinę o śmierci Zdzisława mówił, że zginął on w ostatniej egzekucji przed oswobodzeniem więzienia.)
W celi Zdzisław przebywał z profesorem Antonim Lęcznarem z krośnieńskiego liceum, który po wojnie powiadomił rodzinę o egzekucji. Profesor również spotkał się z Teresą, moją mamą, gdy ta uczęszczała do liceum w Jedliczu. Spotkanie było zorganizowane przy pomocy profesora jedlickiego liceum -Twaroga (nie pamiętam imienia) i dyrektora Dubisa w gabinecie tego ostatniego. (Najprawdopodobniej wszyscy się przyjaźnili.) Profesor Lęcznar powiedział wtedy do mojej mamy:
– Twój brat był bohaterem!.
Kobieta, która wydała wujka Zdzisława była jego rówieśnicą, co tym bardziej czyni całą sprawę tragiczną. Mówiono, że podkochiwała się w wujku, ale nie wiem, czy to prawda, czy już trochę legenda. Pamiętamy z mamą jej nazwisko, ale zapomniałyśmy imienia. Nazwiska nie chce podawać przez pamięć dla jej rodziców. Zarówno moja babcia, mama i wujek Stanisław nigdy nie powiedzieli o nich złego słowa.Rodzina ta cieszyła się powszechnym szacunkiem i z pewnością dla nich zdrada córki była również ogromną traumą.Ja doskonale pamiętam tych państwa.Często u nich bywałam jako dziecko.Byli dla mnie bardzo serdeczni, częstowali mnie chlebem z cukrem, co dla mnie było wtedy niezwykłym rarytasem.W moim domu tak się nie jadało.
Kobieta doczekała się procesu.Jako świadek uczestniczył w nim m.in. dziedzic Potoka, Łoziński.Wyrok nie jest mi znany.”
W książce „Dramat ppłk. Stefana W. Rutkowskiego- „Haszysza”***Jego Łączniczki” autorstwa Ireny Chodorowskiej – Dzikiewicz i Lecha Dzikiewicza zamieszczone są wspomnienia profesora Lęcznara dotyczące „Igiełki” i „Szofera”. Opisują one ostatnie chwile życia obu w więzieniu w Jaśle i okoliczności ich śmierci.
„Po przewiezieniu nas do więzienia w Jaśle osadzono mnie w celi wraz z moim uczniem Zdzisławem Badylakiem z Potoka. Zaraz po zamknięciu drzwi z sąsiedniej celi odezwał się ktoś z zapytaniem, ilu oficerów znajduje się wśród nas. Mój współtowarzysz Badylak dał wymijającą odpowiedź.
Zorientowaliśmy się, że pytający nie był więźniem, lecz kimś z personelu Gestapo, pragnących od niezorientowanych jeszcze w sytuacji nowych więźniów wyciągnąć jak najwięcej wiadomości. W ten sposób Gestapo uzyskiwało również materiał potrzebny dla śledztwa.
Tymczasem w więzieniu rozpoczęły się przesłuchiwania. Prawie codziennie wzywano kogoś na Gestapo. Często gestapowiec kazał swojej ofierze biec przez korytarz, a następnie wypuszczał psa, który dopadał nieszczęsnego i ujadając rwał wściekle kłami ubranie wraz z ciałem.
Jęki i krzyki ofiar wpływały demotywująco na stan psychiczny wszystkich więźniów. Oprawcy celowo stwarzali sytuacje, by więźniów nerwowo wykończyć, krzykiem i biciem osłabić system nerwowy.
Badylak był przesłuchiwany przez Gestapo kilka razy. W trakcie tych przesłuchiwań wypytywano go o mnie: o czym mówię, co robię, jak się zachowuje, itp. Często po powrocie do celi mówił mi o tym. Był silny. Miał nadzieję, że zostaniemy odbici z więzienia przez partyzantów.
Badylak pragnął za wszelką cenę wydostać się z więzienia. Chciał wrócić do domu, do małej siostry, uczennicy II klasy, za która bardzo tęsknił i pragnął ją zobaczyć.”
Kolejny fragment wspomnień dotyczy tego, co działo się w noc poprzedzającą rozstrzelanie więźniów w celi nr 5:
„Do mojej celi wszedł inny pracownik więzienia i polecił Badylakowi, aby się ubrał. Ten sądził, że wywożą go do obozu koncentracyjnego. Kazano mojemu towarzyszowi pozostawić buty, gdyż nie będą mu potrzebne. Stało się jasne, że nie do obozu idzie, lecz na stracenie. Zaprowadzono go do celi nr 5, gdzie byli już inni więźniowie, m. in. Ruciński i Dunaj. Nazwisk pozostałych osób już nie pamiętam. Wiem tylko, że był tam też klucznik o nazwisku Niemiec, pseudonim „Niedźwiedź”, należący do AK, któremu udało się przekazać mi przez okienko wiadomość, że idą na rozstrzelanie. Medyk Ruciński wraz z innymi chłopcami wyprosili możliwość pożegnania się ze mną. Pracownik więzienia, zakonspirowany człowiek AK, wpuścił ich do mojej celi. Ruciński przekazał mi wówczas na pożegnanie takie słowa:
„Żadnych zeznań obciążających pana nie złożyliśmy. Musiał uczynić to ktoś inny. Jeśli wyjdzie pan na wolność, to proszę zanieść ostatnie słowa do naszych rodziców. Spełniliśmy obowiązek Polaka i obywatela wobec naszej Ojczyzny. Chętnie za nią krew oddamy. Nam jest wszystko jedno, gdzie mamy zginąć, czy na polu walki, czy być rozstrzelanymi.”
Wymieniliśmy uściski dłoni i pożegnalne pocałunki. Następnie skazani wrócili do celi nr 5, w której od tej chwili zapanowała przeraźliwa cisza. Więźniowie żegnali się z życiem w pełnym godności milczeniu. Może myśleli o najbliższych, może modlili się…
Po północy, między drugą a trzecią, usłyszałem na korytarzu na parterze ciężkie stąpania gestapowców, którzy wchodząc do celi nr 5 zamknęli po drodze okienko do mojej celi, abym nie widział wyprowadzanych skazańców.
Nastąpiła znów kilkunastominutowa cisza. Już wtedy wiedziałem, że w tej chwili skazańcy są wiązani drutem. Potem było po raz ostatni słychać kroki wychodzących.
Rano dowiedziałem się od strażnika, że skazańców rozstrzelano w lesie warzyckim, skąd przywieziono już tylko ich ubrania.”
Antoni Lęcznar wspomina również warunki jakie panowały w jasielskim więzieniu:
„Warunki w jakich żyliśmy w więzieniu były okropne. Cele urągały wszelkim pojęciom higieny. Słoma starta na proch była siedliskiem robactwa. Na śniadanie dostawaliśmy czarną kawę i chleb, którym można było lepić ściany. Na obiad były zgniłe ziemniaki z kwaśną kapustą, a na kolację woda z łuskami jęczmienia i kawałek chleba.”
W innym fragmencie wspomnień dodaje:
„Na ścianach celi można było wyczytać nazwiska osób, które wywieziono do obozów lub na rozstrzelanie. Znajdowały się tu nazwiska zakonnic, księży, oficerów. Jak opowiadał jeden z więźniów, Starzyk z Żeglec, ze śledztwa przynoszono ich do celi na noszach, gdyż o własnych siłach nie byli w stanie dowlec się do celi.
W ciągu kilku następnych dni pozostawałem sam w celi po opuszczeniu jej przez Badylaka; później przyprowadzono mi chłopa z Węglówki, który wrócił z robót w Niemczech. I znów minęły dwa tygodnie, w czasie których rozstrzelano nową grupę składającą się z 26 osób. W tej grupie znalazła się Ryglowa z Łężan, u której ukrywali się żołnierze AK. Mąż jej pozostał nadal w więzieniu. W piątym tygodniu do celi nr 5 gestapo przyprowadziło z piwnic kapitana Jana Ptaka straszliwie storturowanego. Wieszano go, bito pałkami gumowymi, zdzierano paznokcie. Będąc u lekarza więziennego dostrzegłem, że tylna część jego ciała stanowiła jedną ranę. Groziła mu już gangrena.”
Kończąc swoje wspomnienia z rozmów przy rodzinnym stole, Pani Joanna Krzanowska – Świerkosz dodaje:
„W naszym domu, przy rodzinnym stole, często wspominaliśmy wujka Zdzisława. Pamiętam opowieści zwłaszcza wujka Stanisława, łzy babci i mamy. Kiedyś przyniosłam do domu książki ze wspomnieniami profesora Lęcznara. Mama czytała je i płakała. Były to dla niej jakby pozdrowienia zza grobu. Wujek Zdzisław był mocno związany z moją mamą, mimo różnicy wieku. Nazywał ją „Jędruś” – dowiedziałam się o tym kilka lat temu od kuzynki mamy. Mama uwielbiała swojego brata. Zawsze mówiła, że kochała go bardziej niż Stanisława, ale to może dlatego, że Zdzisław zginął.
Po poinformowaniu mojej babci o śmierci jej syna (rodzina wiedziała o oswobodzeniu więźniów i miała nadzieje, że Zdzisław przeżył), ta wpadła w depresję. Położyła się do łóżka i nie chciała wstać (mnie małej mówiono, że “przestała chodzić”). Wujek Stanisław długo przekonywał babcię, że przecież ma jeszcze dla kogo żyć, a zwłaszcza dla swojej małej córki. To był bardzo trudny czas dla rodziny.
Opowiem też w skrócie skąd nagrobek Zdzisława wziął się w kwaterze nr 23. Otóż mama starała się dowiedzieć, gdzie dokładnie jest pochowany jej brat. Przecież Niemcy skrupulatnie prowadzili wszelkie ewidencje. Ale nie udało się, mimo wydeptywania ścieżek do jasielskiej Gromadzkiej Rady Narodowej, która prawdopodobnie posiadała te ewidencje. Nie wiadomo, czy była w nich jakaś luka, czy nie chciano mamie udzielić tej informacji (wciąż trwała komuna, a AK niby zrehabilitowana, ale jakby nie do końca). Wtedy mama postanowiła ufundować symboliczny nagrobek na przypadkowej zbiorowej mogile. Przeczucie poniosło ją właśnie do kwatery nr 23. Skromny pomnik stanął więc w tym miejscu. Kilka tygodni później, mieszkający w Tarnowie wujek Stanisław, wiedząc o symbolicznym nagrobku, postanowił go odnaleźć. Nie szukał, nogi same poprowadziły go w to miejsce, a przecież jest ono na odległej od bramy głównej części cmentarza. To było kilkadziesiąt lat temu, jakieś pewnie 40 “z groszami”.
Kilka lat temu pojechałam z synem i ojcem na cmentarz w dniu Wszystkich Świętych. Przy grobie stała trzypokoleniowa rodzina odmawiająca różaniec. Przyłączyliśmy się do modlitwy. Okazało się, że spoczywa tam, jeśli dobrze pamiętam, dziadek kogoś z obecnych. Został rozstrzelany w ostatniej egzekucji przed wyzwoleniem więzienia i jego miejsce spoczynku jest znane stuprocentowo z relacji miejscowych ludzi, którzy go znali i byli zmuszeni kopać groby, a potem zakopywać ciała. W ten sposób nabrałam przekonania, że mamę do tego miejsca przywiodła jakaś Siła Wyższa. Dlatego w naszej rodzinnej tradycji zostanie, że wujek zginął w tej konkretnej egzekucji i tu są jego prochy, a czy była ona ostatnia przed wyzwoleniem więźniów, czy jedna z ostatnich, to chyba już nie do sprawdzenia.
W krośnieńskim Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika jest tablica upamiętniająca uczniów i profesorów poległych w czasie wojny z napisem: „Poległym na chwałę, Braciom na otuchę”. Jest tam wymieniony mój wujek Zdzisław (na pierwszym miejscu, bo nazwiska są w kolejności alfabetycznej).To druga wersja tablicy, bo w pierwszej niektórych AK-owców pominięto.A’propos upamiętnienia ta pamiętam (już z życia dorosłego) znicze z napisem AK, dołączoną kartką z napisem “Pamiętamy” i biało-czerwoną szarfą stawiane na Wszystkich Świętych na grobie moich dziadków, czyli rodziców Zdzisława w Jedliczu.Było to dla całej rodziny, zwłaszcza mamy, bardzo wzruszające.”

Zdzisław Badylak z rodzicami i siostrą Teresą.

Uczniowie Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Krośnie; Zdzisław Badylak siedzi w środku, w ciemnym ubraniu.

/fot. Halina Urban/
Źródła:
- Wspomnienia PaniJoanna Krzanowska – Świerkosz.
- Księga pamiątkowa B. Szkoły Realnej B. Gimnazjum obecnie Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Kopernika w Krośnie, rok wydania 1967.
- Franciszek Mojak: Placówka AK Jedlicze „Jaśmin”- „Jaga”, rok wydania 2001.
0 komentarzy