Moja babcia, Natalia Filip urodziła się w Bierówce 16. grudnia 1934 r. Kiedy wybuchła druga wojna światowa była małą dziewczynką. Wspomnienia z tamtego okresu to dla mojej babci przede wszystkim obrazy z czasów dzieciństwa, w których dominuje zabawa, śmiech, psoty i poznawanie świata. Z tą jedną różnicą, że tamten świat był wyjątkowo okrutny. Ta mała dziewczynka jeszcze tego nie wiedziała…

Wspomnienia Pani Natalii Filip

Natalia Filip, córka Antoniego Wójtowicza.

 

„Tatuś poszedł na wojnę jeszcze zanim nastała. Kiedy zapytałam go gdzie idzie, odpowiedział, że do ciotki Klisiowej.

– To ja pójdę z Tobą. – powiedziałam.

Trzymałam go za rękę. On na to:

– Nie, bo ja idę do wojska.

Ja w płacz, a on znowu:

– Nie, nie idę do wojska, idę do ciotki. – odpowiedział.

Ja znów:

– To i ja pójdę.

Pamiętam, że ze dwa razy to mówiłam. A on na koniec powiedział, że idzie do wojska. Schowałam się za kołyskę, w której spała moja młodsza siostra, kucnęłam sobie i płakałam.

W 1939 roku brali niby mężczyzn na ćwiczenia, ale nastała wojna. Tata trafił do Rosji. Tam do Armii Andersa. Wraz z drugą turą ewakuowanych opuścił Rosję. Popłynęli do Iranu.

Tata nie poszedł dobrowolnie na te niby ćwiczenia, tylko został na nie wezwany. Nie wzywali wszystkich mężczyzn, tylko wybrane roczniki. Przyszło zawiadomienie, żeby się stawić i się stawił, ale gdzie – tego nie wiem. Czy już wtedy wiedzieli, że będzie wojna? Nie wiem, może i wiedzieli…

Wujek,Piotr Rogala (brat mojej mamy, syn Magdaleny i Jana), też dostał zawiadomienie i też poszedł. Doszli gdzieś do granicy, ale potem pouciekali. Przyszedł w nocy i pukał, i powiedział, że uciekł. Był u nas i nocował. Potem wybuchła wojna i nikt już ich nie szukał.

Jak tatę zabrali na wojnę, mama taka zmartwiona była i mówiła:

– Co ja będę teraz robić z tymi dziećmi?

I opowiadała, że przyśniła się jej Matka Boska. Była w szerokim płaszczu i okryła nim nas wszystkich. Mama się uspokoiła po tym śnie i już się nie bała.

Jak zbliżał się front to ludzi z domów przeganiali gdzie indziej. Oprócz tego żyło się normalnie. Chodziło się do szkoły. Nawet później, gdy na Lasku strzelali, też się chodziło do szkoły. Moja starsza siostra Celka, kiedyś wracała ze szkoły przez las, a tu podjechało auto i Niemiec doszedł do niej, i powiedział:

– Idź szybko, ale się nie oglądaj.

Celka była wtedy pewnie w czwartej klasie. Nie oglądała się. Mama już jej więcej do szkoły nie posłała.

Zanim jeszcze zaczęli strzelać na Lasku, to mordowali w Sieklówce. Z Sieklówki uciekło im parę ludzi. Tam są potoki, a tu płasko, więc bardziej na widoku, i dlatego się potem przenieśli do Warzyc.

Było słychać, że strzelają. My się nie baliśmy, ale strzelali do różnych ludzi. Raz przywieźli całe wesele i wszystkich wystrzelali i pochowali w jednym dołku. Mówiono, że Niemiec wdał się w bójkę z weselnikami i tamci go zabili. Zabrali wtedy całe wesele. Gdyby był ktoś uciekł, ale nikomu się nie udało.Wszystkich spakowali, wywieźli i pozabijali.

Pamiętam jak nas wysiedlali. Najpierw wysiedlali Bierówkę i Sieklówkę. Poszliśmy do Warzyc. Wszyscy się do Warzyc poprzenosili. Później za jakiś czas wygonili wszystkich z Warzyc i Brzyszczek i kazali jechać w stronę Jasła. Lubli nie wysiedlali. Dużo ludzi poszło za Jasło i tam się poosiedlali. Ja miałam nogę złamaną, nie mogłam chodzić. Mówiono, że dla tych, którzy nie mogą chodzić, jest podstawiony pociąg w stronę Biecza. Mama ze mną i moją młodszą siostrą poszła na ten pociąg. Celce przykazała iść piechotą wraz z tłumem ludzi. I Celka poszła, jak mama kazała, z krową. Miała wtedy 12 lat. W tym tłumie było mnóstwo ludzi z krowami.

Gdy przyjechałyśmy do Biecza wysiadłyśmy z pociągu i skierowałyśmy się w stronę Jasła. Z tamtej strony szli wszyscy z krowami, między nimi Celka. Mama mignęła na nią i kazała jej się skryć z krową za taką chałupę. Bo wszystkich, którzy szli, zabierali na roboty do Niemiec, na tereny obecnej Austrii. Całe rodziny zabierali do pracy na gospodarstwie. Nas nie chcieli, bo była sama mama i dzieci.

Wtedy, gdy kazano nam się wynosić z domu (z Bierówki), dano nam kilka godzin na spakowanie potrzebnych rzeczy. Rano powiedzieli, żeby do wieczora się wynieść. Wzięliśmy ze sobą tylko taki pocołek – pierzynę i zagłówek. Ubrania zawinęliśmy w prześcieradło, związaliśmy i z takim tobołkiem poszliśmy. To, czego nie zdołaliśmy zabrać, schowaliśmy. Część ubrań zakopaliśmy w takim dołku w paczce. Ale nie dotrwały do naszego powrotu. W domu, w którym mieszkaliśmy, mieszkali też Niemcy. Mężczyźni z Lubli kopali dla Niemców przejście z piwnicy na łąkę w stronę Nowaka. Miejsce dla Niemców było dobre, bo w nizince, więc Rosjanie nie widzieli tego rowu. Ci, którzy go kopali, natrafili na tę naszą ukrytą paczkę i ją zabrali. A wiem to, bo mama mówiła, że gdzieś na wiosnę, jak była komunia w Lubli, to jedna z dziewczynek była w mojej sukience. Ta sukienka była z ładnej białej wełenki z fałdeczkami z przodu i z tyłu. Oprócz ubrań zakopaliśmy też paczkę z wódką. Ciotka, Maria Rogala(siostra mojej mamy, córka Magdaleny i Jana), z którą mieszkaliśmy, oddawała mleko do mleczarni, a za mleko zamiast pieniędzy dawali wódkę. Ciotka miała dużo wódki, ale nie wiem czy tę wódkę też zabrali.

Niemcy do naszego domu wprowadzili się jeszcze przed wysiedleniem. Później nas wysiedlono, a Niemcy zostali. Posprowadzali sobie ładne meble. Jak wróciliśmy z wysiedlenia, ksiądz ogłosił na kazaniu, że jeśli ktoś ma jakąś niepotrzebną ławkę, to żeby ją podarować na plebanię, bo na plebanii nie ma ani krzesła ani ławki, więc nawet kartki nie ma na czym napisać. Te meble, które były u nas, podobno sprowadzono z Szebni od Gorayskiego (z dworu). Ciotka powiedziała, że nam takie meble niepotrzebne. Pamiętam wielką rzeźbioną ławę, stół i biurko. Były bardzo ładne. Wzięli te meble na wózek i zawieźli księdzu na plebanię. To biurko ponoć po dzień dzisiejszy stoi na plebanii.

Niemcy mieszkali razem z nami, ale my im nie usługiwaliśmy. Sami sobie gotowali. Mieli konserwy. To nawet oni się z nami dzielili tym, co mieli. W samochodzie mieli taką wielką lalkę. Dali mi ją. Akurat mnie, bo miałam złamaną nogę i cały czas siedziałam przy domu. Potem bez tej lalki nigdzie się nie ruszałam; zawsze z nią, nawet gdy nas wysiedlali. Gdy wyganiano nas z obozowiska z lasu, zapomnieliśmy ją wziąć. I tam została, i pewnie ktoś inny ją sobie zabrał.

Niemcy mieszkający we wsi byli dobrzy. Ale to byli prawdziwi Niemcy. Nawet po polsku niewiele umieli. Najgorsi byli Polacy, którzy byli w wojsku i policji niemieckiej. To oni wydawali Polaków. Niemcy wybierali ładne duże domy i tam się wprowadzali. Nie pytali się czy mogą. Była wojna, to przyszli. Ci Niemcy służyli w wojskach zwiadowczych. W Moderówce już byli Rosjanie. Niemcy ich obserwowali i przekazywali raporty dalej do dowództwa.

Jeszcze gdy mieszkaliśmy w Bierówce, pewnego razu przeleciał samolot. Byliśmy koło domu na górce. Było wtedy tak cieplutko. Niemcy krzyknęli:

– Uciekajmy, bo samolot!

Mieliśmy taką kryjówkę pod stodołą. Tyle co uciekliśmy i zaczęli strzelać. Jedna kula spadła koło Szerląga. Nie pamiętam imienia Szerląga, ale wiem, że jego żona miała na imię Władysława i mieli jedną córkę Stanisławę, która później wyszła z mąż za Grzesiaka.Druga kula spadła zaraz koło naszego domu, a trzecia spadła koło Nowaka.Nie pamiętam też imienia Nowaka, ale wiem, że jego żona pochodziła z Urbanów z Warzyc. Mieli dwóch synów: Michała i Józefa. Nowaczkę zabiło, bo prawie była na polu. U Katarzyny Szerląg, która mieszkała wraz z córkami: Heleną, Zofią, Czesławą, Józefą, był jeszcze najmłodszy syn Józef. Miał siedem lat. Biegł do domu i też do zabiło. Mąż Katarzyny służył w tamtym czasie wraz z moim tatą w wojsku. Potem jak przestali strzelać, to przyszedł jeden z Niemców sprawdzić, czy my jesteśmy wszyscy. Byliśmy wszyscy. Tu, gdzie teraz jest piwnica, była stodoła. W stodole było pełno siana, ale z tyłu zrobili taką dziurę, jakby piwnicę i to była nasza kryjówka. Ale to była głupota, bo przecież gdyby kula wpadła w to siano, to wszystko by się zapaliło. I jakbyśmy stamtąd uciekli? Ale taki nalot był tylko raz. Tutaj walk nie było. Jedynie gdy Ruscy wypatrzyli gdzieś Niemców, to wtedy strzelali. Dopiero potem, gdy już Niemców wyganiali, to wtedy strzelali i szli, strzelali i szli. Ale wtedy już byliśmy w Bieczu.

W czasie wojny był zakaz handlu. Jedna pani z Sieklówki szła niosąc nabiał na sprzedaż. W tym czasie jechał transport z ludźmi do rozstrzelania na Lasku. Zabrali ją i zastrzelili z tymi ludźmi.  Sprzedawać można było tylko Niemcom. Mleko, jak kto miał, to mógł oddawać do mleczarni. Tam płacili dość dobrze. A później to już było przymusowe. Jeśli ktoś miał krowę, to musiał przynieść tyle mleka, ile mu wyznaczono. U nas była jedna krowa i mama tak robiła – dwie butelki litrowe zawsze niosła, ale do jednej nalała mleka, a do drugiej nalała wody i zabarwiła trochę mlekiem. Próbkę do badań pobierali tylko z jednej butelki, więc mama podsuwała im najpierw butelkę z prawdziwym mlekiem. Gdy odnotowali,  że przyniosła dwie butelki i pobrali próbkę, to już wlewała do baniaka z obydwu butelek wraz. Dosyć dobrze jej płacili, bo nasza krowa miała tłuste mleko. Skup mleka był naprzeciwko obecnego domu Józki od Filipa (Józefa, córka pochodzącego z Warzyc Jana Filipa). Tam mieszkał Szerląg Józef razem z żoną, której imienia nie pamiętam oraz ich córka Zofia. On miał sklep, więc u niego zrobili ten skup. Skupowali też jaja, ale my mieliśmy mało jaj.

Kiedy wysiedlono nas do Warzyc, mieszkaliśmy u Błaszczyka – tak mówili na Twardusia. On miał na imię Franciszek. Imion jego żon nie pamiętam, ale wiem, że z pierwszą żoną miał syna Kazimierza i córkę Barbarę, a z drugą żoną, już po wojnie,doczekał się dwóch córek, Marii i Heleny. W nocy często kule leciały, bo jak Niemców chcieli Ruscy wygnać, to strzelali. Wtedy chowaliśmy się pod mostem za kościołem. Mieściło się tam niewiele osób, jedynie z domów położonych obok tego mostu – od Błaszczyka, od Chmiela i od Szerląga. Pod mostem pokładli w poprzek kije – tak gdzieś w połowie wysokości, a potem na to deski. Woda płynęła dołem, a na deskach się siedziało. Wejście pod most zastawiali deskami z jednej strony i z drugiej. I słychać tylko było jak odłamki uderzały: puch, puch, puch, puch… Ale ten most był silny, betony były grube. Nawet gdyby kula spadła, to i tak by się nie zawalił.

Za moim obecnym domem w górce, sąsiedzi zrobili sobie tunel. Jak tylko słychać było, że zaczynają strzelać, to uciekali i tam siedzieli. Wiele lat po wojnie jeszcze ta dziura była.

Błaszczyk miał krowę i wóz. Gdy wraz z innymi ludźmi przenosiliśmy się do lasu, zapiął wóz do tej krowy.Na wóz dali pierzyny, a na pierzyny mnie posadzili i tak jechałam. Tak samo jechałam do Jasła.

W lesie koczowało dużo ludzi z Warzyc i Sieklówki. Siedzieliśmy za Głojscami, za źródełkiem, na takiej równinie. Ludzie byli tam całymi rodzinami. Połączyli się po dwie – trzy rodziny i wspólnie budowali szałasy, takie namioty z konarów poprzykrywane workami. Tam spaliśmy. Ludzie mówili, że my tu długo nie będziemy – dzień, dwa, bo Rosjanie są już w Moderówce. Gadali, że za chwilkę wojna się skończy i wrócimy do domów. Ale jakoś się dłużej zeszło. Pewnie ze 3 tygodnie siedzieliśmy w lesie. Mieliśmy garnki i wieszaliśmy je za ucha nad ogniskiem na takich kijach. Ludzie nakopali ziemniaków, to ich gotowali. Kobiety chodziły do Sieklówki, bo tam niedaleko było – śliwek przyniosły. Chodzili po mąkę do domów – nagotowali klusek i jedli wszyscy. Pogoda się wtedy udała. Deszczu nie było. Jak siedzieliśmy w lesie, to było wesoło. Ja tam się bawiłam z dziećmi z Sieklówki – robiliśmy taki namiot, wbijaliśmy kije, ale nie skończyliśmy go, bo już trzeba było pójść z lasu. Siedzieliśmy w lesie dopóki nie zaczęły krowy ryczeć i psy szczekać w nocy. Niemcy to usłyszeli, przyszli na kontrolę i kazali się wynosić. Z lasu wygnali wszystkich. I wtedy poszliśmy do Jasła.

Z Ruskimi nie mieliśmy do czynienia. Jak byliśmy na wysiedleniu za Bieczem, w Rozembarku, bo z Biecza wysiedlali wszystkich, to do domu, do którego nas przyjęli, Ruscy przyszli na noc. Przynieśli słomy na ziemię, bo na tej słomie spali. I ta gospodyni mówi:

– Dobrze, żeście przyszli! Jaką my biedę mieli.

A ten tak popatrzył, czy inni śpią, bo ich coś ze czterech było.

– A to, co to macie? – na chleb pokazał.

– A to chleb. – powiedziała.

– Taki chleb macie?! Będziecie widzieć, jaki teraz będziecie mieć.

A ten chleb był bielutki, pytlowany. Nie tak razowy, tylko biały.

Jak przyjechaliśmy do Biecza i wysiedliśmy z pociągu, mama włożyła swój pocołek na wózek takiej kobiety, co się Wietecha nazywała. Ona była z Warzyc – chyba miała na imię Stefania.Imienia jej męża nie pamiętam, ale wiem, że on również walczył na wojnie. Ona szła razem z dwoma synami, Kazimierzem i Józefem. Wózeczek był drewniany. Jedna wózek ciągła, druga pchała i tak jechały do góry. W pewnym momencie wózek się przechylił i te pocołki poleciały na sam dół. A mama się zaśmiała, bo ona taka śmiejąca była, że aż się za brzuch trzymała. Na to naszedł jakiś chłop i mówi:

– Wojna, a wy się tak śmiejecie?! 

Zapytał, co tu robimy, a my na to, że będziemy ziemniaki piec.

– A gdzie pójdziecie? – pytał dalej.

– Zapalimy ognisko i będziemy tu nocować.

Okazało się, że jest sołtysem Biecza i powiedział mamie:

– Macie krowę, to idźcie do tego murowanego domu. Tam nie chcą nikogo przyjąć, ale może was przyjmą.

A do tej kobiety, która była z nami powiedział:

– Ty nie masz krowy, to idź do tej starej chołpki, tam mieszka sama babka Kowolka, to ciebie przyjmie. Tak mówili na tę kobietę, ale czy to było jej nazwisko, czy tylko ją tak nazywali – nie wiem.

Te domy były jeden obok drugiego. I ta kobieta z dziećmi poszła do tej Kowolki, a my do tego murowanego domu. Mieszkała w nim nauczycielka ze Lwowa z mężem, ale oni nie mieli dzieci. Dom był zbudowany podobnie jak dworek w Warzycach (dom Sanokowskich). Na dole były dwa pokoje. Jeden z nich zajmowała nauczycielka z mężem, a drugi córki właścicieli. Z drugiej strony była wielka izba i tam spał dziadek. Państwo wnieśli do tego pokoju takie wielkie łóżko i myśmy tam spały wszystkie cztery. Nocami, gdy dziadek nie mógł spać, śpiewał godzinki, i śpiewał, i śpiewał. Na święta, jak choinkę zrobili, to też w tym pokoju. Powiesili na niej cukierki. Byłam małym urwisem. Wyciągnęłam cukierka z papierka, a papierek zakręciłam. Papierek wisiał, a cukierka nie było. I tak wszystkie cukierki zjadłam. Gospodyni się śmiała:

– Wszędzie te myszy wejdą… i na choinkę i na balkon.

A balkon miała na piętrze i tam były dwa pokoje. Na oknach kładła pomidory, żeby dojrzały. I te pomidory nie dojrzały nigdy. Jak pomidor był czerwony, to zniknął. Wszystko jej myszy wyciągały – tak mówiła. Ona wiedziała, że to ja. Bardzo mnie lubiła. Ci państwo nazywali się Zabawa. Mieli 14 morgów pola. Hodowali świnie, prosięta. Pracował u nich taki młody chłopak, Tadek.

Pani ciągle robiła na drutach, a to skarpetki, a to rękawiczki. Ja stałam za nią i patrzyłam. Raz gdy poszła w pole i włożyła robótkę do worka pomyślałam, że spróbuję. Wyciągnęłam ją i zaczęłam robić, tylko że zrobiłam oczka w inną stronę. Na koniec jeden drut mi wyleciał, więc wzięłam to wszystko i włożyłam do worka z powrotem. Ona przyszła i chciała robić dalej, i powiedziała:

– O, i tu myszy wlazły?

Później, gdy już wróciliśmy z wysiedlenia, to wzięłam dwa gwoździe i nici ze sprutych swetrów i próbowałam zrobić coś, jakby na drutach. I tak się nauczyłam.

Na wysiedleniu jedliśmy to, co gospodarze. Jak gotowali, to dla wszystkich. Mąż pani pracował w rzeźni w Bieczu. A tam, jak Niemcy zabierali ludziom krowy, to je zabijali. I ten pan przynosił flaki, żołądki i nie miał kto tego oczyścić. Córka ich, Irena mówiła:

– Ja nie będę! Ja nie będę!

– Może wy byście to wyczyścili? – pytała pani i moja mama czyściła to wszystko. Potem to gotowali i jedliśmy wszyscy razem. Pan przynosił też wątroby. Pani w każdą niedzielę piekła ciastka, ale tak żeby pan nie widział. Te ciastka były dla nas i dla jej dziewcząt. Chowała przed nim, bo by krzyczał. On był niedobry.

Na wysiedleniu byliśmy coś ze trzy miesiące. Poszliśmy jakoś w jesieni, tak po żniwach. Zboże było posieczone, snopki zostały na polu. Prawie śliwki węgierki wtedy były. Wróciliśmy chyba w lutym. Ludzie, żeby mieć co jeść, kopali ziemniaki, bo na jesień już nie miał ich kto wykopać. Były takie przemarznięte! A jakie były dobre! Gotowali z nich kluski. Nazywali je „mordonie”. Tarli te zmarznięte ziemniaki na tarełku, jak na placki ziemniaczane. Gdy postały na chwilę, woda wyszła na wierzch – taka czerwona, bo te ziemniaki zczerwieniały. Wodę zlali, krochmal, co osiadł na spodzie z tymi ziemniakami razem ugnietli, umieszali. I takie kulki robili, i to się gotowało na mleku. I dobre to było. Ale to się tylko wtedy jadło, nigdy więcej już tego nie robili.

Jak wróciliśmy to się okazało, że wiele domów w Warzycach było spalonych.

Tatuś nie wrócił zaraz po wojnie. Był w Anglii. Z Anglii ich nie puścili, bo tam jeszcze panowali Ruscy. Wrócił pewnie w 1949, bo Józka (moja najmłodsza siostra) urodziła się w 1950 roku. Nie wolno mu było nic opowiadać. Ci, którzy wrócili, byli objęci kontrolą. Gdy któryś z nich coś powiedział, to go zabierali i znikał bez śladu. Za komuny nie wolno było nic mówić.

Tata opowiadał jedynie jak byli we Włoszech, jak kąpali się w ciepłym morzu. Gdy coś robili, płacili im za to. Miał potem pieniądze na książeczce.

Przed wojną mój tata nie pracował nigdzie. Uprawiał pole, a gdy furman przyjechał coś mu w tym polu zrobić, to musiał iść na odrobek. Za dzień pracy furmana, trzeba było odrabiać  trzy dni.

Po wojnie tata poszedł do pracy przy moście w Dobrucowej. Zwalali z auta takie wielkie szyny. Jedna z nich spadła mu na kolano. Kolano pękło. Potem niby się zrosło, ale ciągle go bolało. Poszedł na operację, ucięli mu nogę i ze szpitala już nie wrócił – umarł.

Tata miał dużo medali. Dostawał za zasługi. Mama starała się o rentę po nim. Poszła wtedy do lekarki do Szebni. Ta poleciła, by mamusia przyniosła pokazać jej te medale, bo inaczej nie będzie podstawy, by rentę przyznać. No i zaniosła. Lekarka mówiła, że musi wziąć je do jakiegoś urzędu. Mama rentę dostała, ale medali jej nie zwrócono. Jeszcze wiele razy była upominać się o ich zwrot, ale na próżno. Lekarka mówiła:

– A na co wam trza? Na co wam trza?

Tych medali pewnie z dziesięć było.”

Antoni Wójtowicz, ojciec Natalii Filip, pozostawił po sobie kilka pamiątek, zdjęć i wiele nieopowiedzianych historii.

Antoni Wójtowicz 

Antoni Wójtowicz na tle pojazdu wojskowego

Baretka Krzyża Pamiątkowego Monte Cassino Antoniego Wójtowicza

Zaświadczenie wydane dla Antoniego Wójtowicza uprawniające do noszenia Gwiazdy Italii.

Baretki – od lewej Gwiazdy Italii, Gwiazdy za Wojnę 1939-1945, Krzyża Pamiątkowego Monte Cassino.

Pamiątki po Antonim Wójtowiczu: orzełek wojskowy, nieśmiertelnik, krzyż Jerusalem.

Pamiątki z pobytu we Włoszech Antoniego Wójtowicza.

Rodzice Natalii Filip, Bronisława i Antonii.

Zaświadczenie o uprawnieniach wdowy po kombatancie, Bronisławy Wójtowicz, mamy Natalii Filip.

 

Instytut składa serdeczne podziękowanie pani Monice Sanockiej, która spisała wspomnienia swojej babci.

Kategorie: Instytut

1 komentarz

Paweł · 25-02-2026 o 15:18

Czy Pani Filip jeszcze żyje?

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.