Zgodnie z życzeniem Pana Mieczysława Sochy, który w liście napisał:„Zwracam się z prośbą do Pani. Gdyby to było możliwe, proszę zamieścić chociaż krótką wzmiankę o nieścisłościach artykułu Alfonsa Filara.”– podejmujemy próbę częściowego odfałszowania historii Tadeusza Sochy.

Publikujemy poniżej artykuł z książki Nie tylko pod znakiem walki, któremu nadano wzniosły tytuł Powrócił z tamtego świata. Mając w pamięcibardzo obszerne wspomnienia Pana Mieczysława, dotyczące dramatycznych wydarzeń z życia jego ojca, postaramy się odnieść do nieścisłości przedstawionych we fragmencie publikacji.

Zastanawia fakt, skąd wzięły się te nieprawdziwe wiadomości, skoro autor rozmawiał z Tadeuszem Sochą osobiście i dodaje w artykule, że poczynił z tej rozmowy bardzo dokładne notatki.

Uwagę wrażliwego Czytelnika zwraca język i styl, którego autor użył do opisania tragicznych przeżyć człowieka, uwikłanego w machinę wojenną. Wydaje się on byćmocno niestosowny. Przypomina styl opowieści sensacyjnej. Brak w nim zwykłej empatii w odniesieniu do przeżyć człowieka, który cudem ocalał – przeżył nie tylko ucieczkę z egzekucji, ale również wojnę.

Tekst artykułu przytaczamy zgodnie z oryginałem. Pod fragmentami, w nawiasach umieściliśmy sprostowania, opierając się o wspomnienia Pana Mieczysława, tak by Czytelnicy mieli na bieżąco wgląd w to, co w artykule jest prawdą, a co nie.

Powrócił z tamtego świata

„Po wojnie, kiedy pracowałem w Milicji Obywatelskiej w Jaśle, kilka razy odwiedziłem miejsce egzekucji w lesie warzyckim. Nie dawała mi spokoju myśl o zagadkowych, huraganowych seriach z cekaemu. Ktoś z pewnością musiał wtedy zbiec i to było przyczyną strzelaniny. Zacząłem wypytywać, czy ktoś przypadkiem nie wie o jakiejś ucieczce z miejsca egzekucji. W wiosce Osiek natrafiłem na mieszkańca, który wyjaśnił mi zagadkę. Podał nazwisko człowieka, dla którego kopałem mogiłę, a on żyje! Uciekł. Nazywa się Tadeusz Socha, mieszka we wsi Mrukowa w powiecie jasielskim.

Natychmiast pojechałem do Mrukowej i odnalazłem człowieka, z którym dzieliłem tragedię lasu warzyckiego.

Tadeusz Socha opowiedział mi szczegółowo własne przeżycia okupacyjne, eksponując zwłaszcza ucieczkę z egzekucji w lesie warzyckim. Wszystko skrzętnie zapisałem.

– Którejś nocy w drugiej połowie marca czterdziestego czwartego roku – opowiadał – wyrwało mnie z głębokiego snu gwałtowne łomotanie do drzwi i wrzask: otwierać, policja. Równocześnie przez okno wpadł do izby strumień oślepiającego reflektora. Hitlerowcy przetrząsnęli cały dom w poszukiwaniu broni. Nic nie znaleźli, ale mnie wyprowadzili na podwórze, gdzie stał kryty brezentem samochód ciężarowy, tzw. buda. Wokół domu kręcili się Niemcy. Rozkazano mi wsiąść do „budy” i zawieziono na ulicę Staszica w Jaśle.”

 (Autor pisze, że Tadeusz Socha opowiedział mu szczegółowo własne przeżycia okupacyjne, a najdokładniej te, które były związane z jego ucieczką z egzekucji w lesie warzyckim. Dodaje, że wszystko skrzętnie zapisał. Jeśli tak, to skąd w artykule informacja, że został on aresztowany w marcu 1944 roku we własnym domu, skoro było to w 1940 roku. To 5. marca 1940 roku Socha wyruszył z czteroma mężczyznami w kierunku Przełęczy Dukielskiej, by przeprowadzić ich przez granicę. Przypomnijmy, że został pojmany w miejscowości Wołowiec, która leżała przy granicy ze Słowacją. Mieszkała tam ludność ukraińska – Łemkowie. Na usługach gestapowców była formacja zbrojna utworzona z miejscowych, zwana Sotnikami. Pierwszym miejscem aresztowania Sochy były pomieszczenia przy sklepie w Wołowcu, a następnie posterunek w Krempnej, do której pięciu skazańców biegło przez 40 kilometrów na własnych nogach. Byli przywiązani powrozami za ręce do sań, na których siedzieli gestapowcy z bronią skierowaną na więźniów i gotową do wystrzału.

Autor napisał, że Socha był aresztowany we własnym domu, który wcześniej przeszukano, podejrzewając go o udział w partyzantce i posiadanie broni. Dodał, że do więzienia w Jaśle przetransportowano go samochodem ciężarowym.)

 

Mały fragment artykułu, a już tak wiele nieprawdziwych wiadomości. Poznajmy dalszy ciąg tekstu:

„Tam zaczęło się przesłuchanie. Musiałem ściągnąć spodnie i wtedy kazano mi się położyć na taborecie. Jeden gestapowiec chwycił mnie mocno za głowę, drugi trzymał za nogi, a trzeci co sił okładał gumową pałką po gołym ciele. Początkowo czułem każde uderzenie tak, jak gdyby przykładano mi rozpalone żelazo do nagiego ciała. Im bardziej wyrywałem się i wyłem z bólu, tym silniej bito. W końcu, gdy główny oprawca zmęczył się, zepchnięto mnie z taboretu w kąt. Zaczęły padać zadawane po polsku pytania.

Od kiedy należę do organizacji podziemnej, ile razy przechodziłem przez granicę do Słowacji, kogo przeprowadziłem, kto zlecał przeprowadzanie uciekinierów przez granicę?

Socha milczał jak grób. Zaprzeczył, że chodził do Słowacji. Przekroczył granicę tylko raz, jesienią ubiegłego roku, kiedy odwiedził znajomego Słowaka, by pożyczyć trochę mąki. To wszystko.

W więzieniu przeszedł piekło. Przez pewien okres dzielił celę z dwoma konfidentami. Opowiadali, że pochodzą z Warszawy i zostali złapani na granicy polsko-słowackiej, chcieli rzekomo uciekać na Węgry. Socha nie dał się podejść.

Po którymś z kolei badaniu zmaltretowanego, poranionego i broczącego krwią wtrącono do zbiorowej celi. Jak się później okazało, była to tak zwana cela śmierci. Wszyscy przebywający tam więźniowie zostali zaocznie skazani na karę śmierci.”

(Tadeusz Socha po aresztowaniu usłyszał zarzut – ucieczka z Polski za granicę. Nie przyznawał się do tego i uparcie twierdził, że w Wołowcu znalazł się z kolegami po to, by kupić żywność. Nie ma mowy we wspomnieniach Pana Mieczysława o tym, że ojciec miał w Wołowcu kogoś znajomego, do którego poszedł pożyczyć mąkę. Szedł do granicy w ściśle określonym celu – miał przeprowadzić czterech mężczyzn przez Przełęcz Dukielską. Wszyscy udawali przed miejscowymi, że przyszli do wioski po żywność.

We wspomnieniach Pana Mieczysława nie ma ani słowa o tym, że ojciec był podejrzany o przynależność do organizacji podziemnej, ani o tym, że celę z nim dzielili konfidenci.

Opisując przesłuchania ojca dowiadujemy się z relacji Pana Mieczysława, że trwały one od aresztowania do końca maja 1940 roku. Tortury w katowni przebiegały według ściśle określonych reguł i trwały około czterech godzin dziennie. Były tak intensywne, że doprowadzały do utraty przytomności. W połowie czerwca w więzieniu w Jaśle odbyła się rozprawa sądowa, podczas której Tadeusz Socha i jego współtowarzysze usłyszeli wyrok skazujący ich na śmierć. Nie odbyło się to jednak zaocznie, jak pisze autor książki. Wprowadzano po 10 więźniów na salę, odczytywano ich nazwiska i wyrok. Cała rozprawa dla 10 skazańców trwała 5 minut. Nie mogli zadawać pytań, nikt ich nie przesłuchiwał.)

Wróćmy do dalszej części artykułu:

„- Nowi współtowarzysze – opowiadał Socha – byli przeważnie członkami ruchu oporu lub współpracowali z którąś z podziemnych organizacji. W dużej celi siedziało około czterdziestu więźniów. Przypominam sobie Jana Brożynę, Edwarda Sokalskiego, Edwarda Niepokoja ze Żmigrodu. Pamiętam też porucznika Rydzewskiego z Warszawy, a także Orłowskiego, Buczyńskiego i Daszkiewicza ze Lwowa. Stąd nie wzywano już na badania. Co się stało ze współwięźniami z poprzedniej celi, nie wiem. Nie zetknąłem się z nimi więcej. Nad ranem do naszej celi dochodziły często odgłosy z korytarza. Słyszeliśmy jak wyczytują nazwiska, a następnie stukot drewnianych chodaków o betonową posadzkę. Najwidoczniej zabierano więźniów z cel. Ale dokąd? Trudno było odgadnąć. Aż nadszedł dwudziesty maja tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku.

We wczesnych godzinach rannych do celi, gdzie przebywał Tadeusz Socha, weszło kilku gestapowców. Wyczytywali nazwiska więźniów. Znalazł się wśród nich również Socha.

– Nogi ugięły sie pode mną – przeszył mnie dreszcz. Wyskoczyłem jak z procy. Popchnięty przez hitlerowca uderzyłem głową o mur. Stanąłem twarzą do ściany, obok wyczytanych wcześniej. Za mną wypchnięto z celi następnych. Ruch był na korytarzu niesamowity, szczękały zasuwy, gestapowcy wywoływali nazwiska więźniów z innych cel. Wyprowadzono nas za bramę więzienną, gdzie stało kilka ciężarowych samochodów. Doprowadzeni pod eskortą więźniowie zostali do nich załadowani. W jednym z nich umieszczono mnie wraz z około trzydziestoma innymi więźniami. Siedzieliśmy stłoczeni na podłodze skrzyni, obok na ławkach hitlerowcy z automatami. Za nami jechały inne samochody. Trudno powiedzieć dokładnie, ile ich mogło być. Wydaje mi się, że około ośmiu.

Z dwóch samochodów, jadących cały czas za nami, wysiadło kilkudziesięciu esesmanów z automatami w ręku. Na komendę oficera rozpierzchli się po lesie. Więźniów było może około siedemdziesięciu, oczywiście na oko. W takiej sytuacji trudno bawić się w rachmistrza. Zauważyłem również kilka kobiet. Eskortujący nas gestapowcy szli z przodu, po bokach i z tyłu. Otaczali nas ciasnym kołem. W odległości  kilkuset metrów od szosy znaleźliśmy się na polanie pozbawionej drzew. Pośrodku żółcił się świeżo wykopany olbrzymi dół. Nie miałem już wątpliwości, był przeznaczony dla nas.

Zamarliśmy w bezruchu czekając, kiedy padnie komenda do salwy egzekucyjnej. Byliśmy spokojni, tylko spoglądaliśmy jeden na drugiego skamieniałym wzrokiem. Cóż bowiem można zrobić w takiej chwili?  Uzbrojeni po zęby gestapowcy otoczyli nas dwoma kordonami. Było ich ze dwa razy tyle co nas.

W pewnej chwili podszedł do nich jakiś oficer, wysoki może na dwa metry. Na charakterystycznie wygiętej do góry czapce trupia czaszka – emblemat ludobójców. Zdjąć buty! – ryknął – szybko, szybko! Po głosie poznałem, że był pijany.”

 (Pan Mieczysław zaznaczył w swoich wspomnieniach, że w cytowanym artykule jest jeden fragment, który należy przyjąć za zgodny z prawdą. Są to nazwiska współwięźniów ojca: Jan Brożyna, Edward Sokalski i Edward Niepokój – wszyscy ze Żmigrodu, a nadto porucznika Rydzewskiego z Warszawy, jak również Orłowskiego, Buczyńskiego i Daszkiewicza ze Lwowa.

Wiemy z relacji Pana Mieczysława, że do samochodów ładowano po piętnastu więźniów, a nie jak pisze autor książki – trzydziestu. Tadeusz Socha znalazł się w drugiej piętnastce skazańców. Wiemy też, że samochody dojeżdżały na miejsce egzekucji co pół godziny, bo tyle czasu zajmowało pokonanie drogi z więzienia do lasu.

Autor książki podał nieprawdziwą datę egzekucji – 20. maja 1944 roku. Wiemy, że to był 6. lipca 1940 roku. Więźniowie-skazańcy wysiadali na rozkaz z samochodu pojedynczo. Za plecami każdego stawał kat z bronią automatyczną. Droga w kierunku Sieklówki obstawiona była niemieckimi żołnierzami.

Niemcy urządzili sobie z tej egzekucji teatr. Przybyli licznie na polanę, obstawili ją z prawa i lewa. Byli tam gestapowcy, cywile, policjanci, żołnierze i kobiety. Kiedy prowadzono skazańców w szeregu na miejsce stracenia, zgromadzeni bili brawo.)

Wróćmy do kolejnego fragmentu artykułu:

„Prawie nieprzytomny zmrużyłem oczy, zaszumialo mi w uszach. Przed oczyma stanęły postacie najbliższych – żony, dzieci… Wnet jednak opamiętałem się, otworzyłem oczy. Zobaczyłem, jak rozstrzelani padają. Jedni wprost do rowu, inni na jego krawędź. Niektórzy wili się z bólu i wydawali z siebie jakieś nieludzkie wprost głosy. Ktoś leżący na krawędzi dołu głośno zaintonował: „Jeszcze Polska nie zginęła”. Nagle jego głos urwał się. To oficer, który kazał się nam rozbierać z butów, wyrwał błyskawicznie pistolet i podskoczył do podnoszącego się z ziemi. Wymierzył prosto w głowę, klnąc przy tym po polsku i niemiecku. Zwłoki tego mężczyzny zepchnął nogą do rowu…

Socha był w ostatniej piątce. Blisko niego stał gestapowiec z automatem. Socha odwrócił ostrożnie głowę. W pobliżu nie dostrzegł Niemców. Serie, przerywane pojedynczymi strzałami, nie ustawały. Jeszcze moment i przyjdzie kolej na mnie – myślał.

– Nie wiem, jak to się stało – opowiada o swym powrocie z tamtego świata – ale w pewnym momencie, jak wyrzucony przez sprężynę odbiłem zdecydowanie w prawo, wpadłem na gestapowca, powaliłem go silnym uderzeniem, a sam jednym susem dopadłem krzaków. Biegłem zygzakami co sił w nogach. Strzelanina nie ustawała, biegłem dalej. Było mi wszystko jedno, co za moment może się ze mną stać. Gra szła przecież o stawkę najwyższą – o życie. W uszach miałem jeden huk. Strzelali z automatów i karabinów maszynowych. W pewnym momencie poczułem straszny ból w brzuchu. Dostałem kulę. Wpadłem w gęste krzaki. Już za wzniesieniem obejrzałem się pierwszy raz do tyłu. Niemców nie widać. To dodało mi sił. Rana dokuczała. Czułem, jak brzuch krwawi, ale miałem jeszcze na tyle siły, by biec dalej. Po pewnym czasie skończył się las, ujrzałem łan żyta. Od zboża dzieliło go jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale czuł, że słabnie. Wreszcie dopadł upragnionego łanu. Gdzieś z tylu szczękały automaty. Trzymając się ręką za brzuch, brnął dalej, choć piekielny ból coraz bardziej przeszywał ciało. Łan żyta skończył się, w pewnej odległości ujrzał mały domek. Zapragnął dojść do niego, ale siły go opuściły. Stracił prytomność.”

 (Z relacji Pana Mieczysława wiemy, że ojca przywieziono do lasu w drugiej piętnastce, a więc siłą rzeczy nie mógł być w ostatniej piątce, jak napisał autor. Cały plac obstawiony był gestapowcami, żołnierzami i policją, a dodatkowo każdy skazaniec wychodzący z samochodu miał swojego kata. Do wykopanego grobu (z szacunku dla ofiar nie powinno się go nazywać „rowem”) więźniowie podchodzili ze swoimi oprawcami w szeregu: ofiara – kat, ofiara – kat. Socha nie powalił też gestapowca stojącego za nim, tylko go odepchnął. W momencie, kiedy padła komenda – „strzelać! – Socha złapał za lufę karabinu swojego oprawcy i skierował ją w bok. W tym samym momencie rozległy się strzały i współwięźniowie padli do doła albo na ziemię tuż nad mogiłą. Wtedy błyskawicznie minął swojego kata, który nie mógł strzelać, bo polana była wkoło obstawiona Niemcami. Wybrał takie miejsce, gdzie Niemców było mniej, aby dostać się do lasu, który znajdował się w odległości około 80-100 metrów. Kiedy przedarł się przez zbiegowisko, żołnierz, obok którego przebiegał, wyjął pistolet i strzelił. Ranił Sochę lekko w kark. Pan Mieczysław opisuje, że ojciec biegł zygzakiem, bo zaczęto do niego strzelać z karabinów maszynowych. Dobiegł do lasu. Zaplątał się w zarośla i upadł, i wtedy został trafiony w plecy, poniżej nerek. Pocisk przeszedł tuż pod klatką piersiową i spowodował rozległą ranę. Socha podniósł się i biegł dalej. Dotarł do wąwozu w lesie, podarł koszulę i zrobił z niej opatrunek. Poczekał do wieczora i ledwo żywy dotarł do łanu żyta we wsi Bierówka.)

Przed nami ostatni fragment artykułu:

„Gdy odzyskał świadomość, leżał w zbożu. Na razie nie wiedział, dlaczego tak się stało. Dopiero po chwili uświadomił sobie wszystko. Wstał i nie zważając na ból poszedł w stronę zabudowań, oddalonych nie więcej niż dwieście metrów. Dowlókł się do furtki i wszedł na próg izby, zawołał, że jest ranny, że uciekł z miejsca egzekucji. Przerażeni gospodarze nie wiedzieli, co robić. Zaraz jednak gospodyni opatrzyła mu ranę, gospodarz zaś oświadczył, że przeprowadzi go do Osieka, daleko za las i ukryje u brata.

Godzinę trwała droga do Osieka, gdzie mieszkał brat uczynnego gospodarza. Ukryto go w stodole i sprowadzono lekarza. Rana okazała się, na szczęście, niegroźna. Kula przeszyła jedynie mięśnie powierzchownie, nie uszkadzając jelit.

Po paru miesiącach Tadeusz Socha wykurował się na dobre. Musiał jednak zachowywać ostrożność, by ponownie nie wpaść w szpony oprawców. Trafił do partyzantki, w ten sposób chciał pomścić tych, z którymi miał leżeć we wspólnej mogile.

Jeszcze niejeden raz o brzasku słyszeliśmy ruch na korytarzu i w sąsiednich celach. Czasami otwierano i naszą. Wywoływano wówczas więźniów. Nie wracali już więcej. Ale też coraz częściej dochodziły do naszych uszu wycia syren, oznajmujących alarm lotniczy. Pragnęliśmy, aby zbombardowano więzienie, może wówczas udałoby się nam jakoś uciec…”

 (Z relacji Pana Mieczysława wiemy, że ojciec ukrył się w zbożu. Chciał poczekać do wieczora. Obok łanu żyta była skoszona koniczyna. Przyszła w pole kobieta, by siano przewrócić. Gdy ją zobaczył wyczołgał się z żyta i zaczął wołać. Ona, w pierwszej chwili przestraszyła się i odbiegła kilka kroków, ale zawróciła. Wysłuchała relacji uciekiniera, poszła do domu, przyniosła wody, mleka i chleb. Socha spragniony napił się mleka, obmył się wodą. Chleba nie tknął, bo miał przestrzelony żołądek. Wspomnienia Pana Mieczysława, dotyczące tego fragmentu ucieczki ojca, są zupełnie inne niż opisał to autor książki. Co więcej, nie ma mowy o żadnym gospodarzu, który odprowadził Sochę do Osieka, do brata. Odwołując się do listu Pana Mieczysława wiemy, że ojciec wieczór ruszył z trudem sam w kierunku Tarnowca, przeprawił się przez przez Jasiołkę, szedł drogami polnymi, by uniknąć spotkania z Niemcami. Po trzech dniach dotarł do Samoklęsk do siostry Zofii. Ta go najpierw nie poznała, a potem schowała na strychu, żeby dzieci nikomu nie powiedziały, że wujek wrócił. Potem powiadomiła ojca i razem uknuli plan sprowadzenia lekarza, bo rana była okropna. Zofia udawała, że spadła z drabiny i złamała rękę. Jej ojciec pojechał do Gorlic i przywiózł lekarza. Kiedy medyk zobaczył rannego powiedział: „Człowieku, ja ci w tych warunkach nic nie poradzę!” Leczenie odbywało się na zasadzie – wytrzyma, będzie żył, nie wytrzyma, to umrze, ale nie w rękach niemieckich. )

Trudno ustosunkować się do tylu nieprawdziwych informacji podanych w artykule przez autora. Książka została wydana i poszła w świat, a z nią te wszystkie nieścisłości…

(Zdjęcie z 3. sierpnia 1978 roku, Tadeusz Socha przed bramą wejściową na Lasek.)

(Tadeusz Socha w szpitalu.)

Zdjęcia przełał Pan Artur Ciepielowski. Serdecznie dziękujemy!

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.