Społeczny Instytut Dokumentowania Zbrodni Hitlerowskich w Lesie Warzyckim, u podstaw swojej działalności postawił sobie zadanie zbierania i dokumentowaniawspomnień, dotyczących zbrodni dokonanych na obszarze warzyckiego lasu.

Publikowane prawie w każdą niedziele materiały zyskały szerokie grono odbiorców, o czym świadczą ilości wejść na stronę warzyce.pl i Facebook. Cieszy fakt, że „ludzie nas czytają”, nawet poza granicami naszego kraju. Najlepszym tego dowodem jest nawiązany kontakt z Panią Zofią Ciepielowską, córką Tadeusza Sochy, która od 36 lat mieszka w Wiedniu oraz Panem Mieczysławem Sochą, synem Tadeusza Sochy, który mieszka w Kwielicach, w województwie dolnośląskim.

Pan Mieczysław spisał obszerne wspomnienia, w których pragnie opowiedzieć prawdziwą historię swojego ojca, a przy okazji sprostować przekłamania, ktore pojawiły się z niewiadomych przyczyn w różnych publikowanych na przestrzeni lat materiałach. Syn Pani Zofii, Pan Artur Ciepielowski przysłał nam zdjęcia.

 Serdecznie za te materiały dziękujemy!

Przypomnijmy, że Tadeusz Socha uciekł z egzekucji, która miała miejsce 6. lipca 1940 roku w lesie pod Sieklówką. I choć jego nazwisko widnieje na kamiennych tablicach na cmentarzu w lesie warzyckim jako zamordowanego, to wiemy, że wojnę przeżył.

   

(Zdjęcie ze stycznia 1932 roku.)

     

(Zdjęcie z 1941 roku.)

(Odznaczenia Tadeusza Sochy.)

  Wspomnienia Pana Mieczysława Sochy

                                                           Pani Lidia Witkowska

Nawiązując do wcześniejszych naszych rozmów telefonicznych na temat zbrodni hitlerowskich w latach okupacji 1940-44 popełnionych w lesie warzyckim, a nadto o zamiarze wydania książki w tym temacie, postanowiłem napisać, co mi w sprawie mojego ojca wiadomo. Jako najstarszy syn jednej z ofiar tych zbrodni, Tadeusza Sochy z Mrukowej (obecnie w wieku 91 lat), siłą rzeczy otarłem się o te zdarzenia i fakty. Zaznaczam, że moja wiedza, którą pragnę się podzielić, pochodzi z opowieści ojca. O tym, co go spotkało bardzo często rozmawiało się w naszym rodzinnym domu. Ja pilnie słuchałem jako dziecko i w młodości.

Z upływem lat niektóre wiadomości uległy zatarciu w pamięci. Postaram się jednak posiadaną wiedzę przekazać wiernie i bez cienia konfabulacji.

Na wstępie wyrażam dla Pani szacunek, uznanie i podziękowanie za podjęcie się tego trudnego zadania. Temat to przygnębiający i pokazujący ponure czasy okupacji hitlerowskiej, gdzie „ludzie ludziom zgotowali piekło”. Młodzi ludzie już niestety niewiele wiedzą o tych czasach, a szkoda.

Zbrodnia hitlerowska popełniona w lesie warzyckim to tylko jeden z epizodów całej zbrodniczej machiny, która dotknęła polski naród. O tę zbrodnię otarł się mój ojciec.

Kim był Tadeusz Socha?

Był synem Józefa i Anny z domu Kudłaty. Urodził się w październiku 1909 roku we wsi Mrukowa, powiat Jasło. Pochodził z rodziny wielodzietnej. Łącznie było ich ośmioro rodzeństwa – najstarszy brat Jan, urodzony w 1900 roku, następnie siostry Zofia i Maria, w kolejności Klemens, urodzony w 1907 roku i jeszcze trzej bracia: Szymon, Władysław i Bronisław. Dziadek Józef, ze strony ojca, całe życie pracował jako leśnik w lasach karpackich rejonu Brzezowa, Mrukowa, Pielgrzymka. Obecnie to część Magurskiego Parku Narodowego. Babcia Anna zajmowała się domem i wychowaniem dzieci.

Życiorysami tego rodzeństwa można by obdzielić wiele osób. Wspomnę tylko jednego brata ojca, Klemensa, oficera Armii Andersa. Przeszedł z Andersem cały szlak bojowy drugiej wojny światowej.

Ojciec posiadał wykształcenie podstawowe. Zasadniczą służbę wojskową odbył w latach 1930-1932. Rekruckie trzymiesięczne szkolenie odbył w jednostce wojskowej w Jarosławiu. Następnie został skierowany w rejon wschodniej granicy Polski, która wtedy przebiegała inaczej, niż obecnie. Dotarł  do granicy ze Związkiem Radzieckim w okolice Sarn (obecnie miasto w zachodniej części Ukrainy). Służba w Korpusie Ochrony Pogranicza była bardzo trudna i wyczerpująca. Często ojciec o tym wspominał. Za tę służbę dostał odznaczenie, ale w czasie wojny zaginęło. W roku 1934 zawarł związek małżeński z Agatą, z domu Piwowarską. Ja byłem owocem tego małżeństwa w roku 1935. Mieszkaliśmy u babci Wiktorii Bors w Mrukowej. Mieliśmy trochę ziemi. Ojciec pracował raz w lesie, innym razem w tartaku i żyło nam się jako tako. Rozkoszy nie było, ale i czasy nie były łatwe.

Nadszedł rok 1939 i wybuch wojny. Ojciec jako rezerwista został powołany do wojska i skierowany do obrony Lwowa. Jako wyborowy strzelec otrzymał funkcję celowniczego ciężkiego karabinu maszynowego. Często opowiadał o nierównej walce z „czarną zarazą”, która nadciągnęła od zachodu, a po siedemnastym września druga – „czerwona zaraza”. Ta zaraza urządziła im potworną kanonadę artyleryjską „w plecy”. Dowództwo obrony Lwowa zdecydowało w tej sytuacji o kapitulacji, głównie ze względu na ludność cywilną. Nie było możliwości ewakuacji ludności cywilnej z miasta.

Żołnierze obrony Lwowa po kapitulacji zostali rozbrojeni przez Armię Radziecką na ulicy Łyczakowskiej. Następnie jako jeńcy pomaszerowali pod strażą bolszewików na wschód, około 40 kilometrów, w kierunku Gródka Jagiellońskiego (obecnie miasto na Ukrainie). Tam na otwartym terenie (były to łąki), Rosjanie mieli przygotowany obóz jeniecki. Był to teren ogrodzony wysoko drutem kolczastym i wyposażony w budki strażnicze, w których bolszewiccy żołnierze pełnili straż obozową. Jeńcy przetrzymywani byli w nieludzkich warunkach przez okres kilkunastu dni. Spali na ziemi, dostawali menażkę brudnej wody, którą przywożono beczkami z jakiegoś otwartego zbiornika wodnego typu sadzawka, rów. Kolby kukurydzy stanowiły główne menu. W tym obozie na oczach żołnierzy aresztowano oficerów. Jak się później okazało dołączyli oni do ofiar Katynia.

Po aresztowaniu oficerów przez Rosjan, żołnierzy przekazano pod dowództwo niemieckie. Niemcy wyprowadzili wojsko z obozu do najbliższej stacji kolejowej. Tam ładowano żołnierzy do bydlęcych wagonów po kilkudziesięciu na stojąco. Drzwi wagonów zamknięto, zaryglowano i obsadzono strażnikami wojskowymi. Niemcy nie omieszkali przy tej okazji użyć kłamliwej propagandy. Przez megafon informowano: „Żołnierze, jedziecie tylko do Krakowa. Tam każdy z was otrzyma przepustkę i bilet kolejowy do stacji w rodzinnych stronach. Będziecie wolni.”

Mój ojciec i pozostali żołnierze w tym wagonie, nie wierzyli tej propagandzie. Nocą, gdy pociąg zmierzał w kierunku Krakowa, wyrwali dziurę w burcie wagonu i przez nią salwowali się ucieczką, skacząc w biegu pociągu. Owszem, niemieccy konwojenci strzelali do skaczących żołnierzy z pojedynczych karabinów, ale na szczęście niecelnie. Pociąg z pozostałymi żołnierzami trafił do Niemiec, do przymusowej pracy o głodzie i chłodzie, głównie w fabrykach przemysłu zbrojeniowego.

Ojciec do domu w Mrukowej przyszedł pieszo, pokonując trasę około 200 kilometrów, głównie bezdrożami. Był w wojskowym mundurze, zmęczony, obolały i miał bardzo spuchnięte nogi.

Okoliczności aresztowania

Sielanka powrotu ojca z wojny nie trwała długo. Już dnia 5. marca 1940 roku, w godzinach popołudniowych, w naszym domu w Mrukowej, zjawiło się czterech nieznanych mężczyzn. Do dziś nie wiem, kto skierował ich do ojca. Po długiej wieczornej rozmowie, zjedli kolację i położyli się spać. Na drugi dzień, wcześnie rano pożegnali się i wyruszyli w drogę. Ich zamiarem była ucieczka z Polski za granicę, a konkretnie przez Słowację na Węgry i dalej na południe Europy. Ojciec miał im w tym pomóc i przeprowadzić ich przez góry Karpaty na Przełęczy Dukielskiej.

Ojciec znał te tereny doskonale. Tu się wychował, tu z ojcem Józefem, leśnikiem, pieszo od dziecka chodzili po tych górach. Jako dorosły pracował w lasach. Jednak warunki pogodowe jakie panowały w tym czasie w górach, były wręcz niemożliwe do pieszej wędrówki. Opady śniegu sięgały jednego metra i więcej. Ojciec ostrzegał o tym, ale mężczyźni nie zamierzali czekać, aż się zmienią trudne warunki pogodowe. Podjęli decyzję i wyruszyli. Poruszali się w miarę przetartymi drogami.

Tego dnia doszli do wsi przygranicznej ze Słowacją o nazwie Wołowiec, a była to wieś łemkowska. Do tej wsi dotarli nie jako byli wojskowi z zamiarem ucieczki za granicę, ale jako skupujący żywność – jajka, masło, chleb, który wypiekano w domach, mięso, chociaż ubój gospodarczy zwierząt był surowo zakazany. Żywności brakowało, a w miastach najbardziej. Powszechnym zjawiskiem była wędrówka ludności z miast na wieś w poszukiwaniu żywności. Mieli ze sobą kosze, torby i pieniądze. Nie mieli broni. Niestety nie mieli oni żadnej wiedzy o tym, że Niemcy zorganizowali i wyposażyli w broń przygraniczną ludność ukraińską, czyli Łemków. Były to formacje zbrojne zwane Sotniami. To uzbrojeni członkowie Sotni, wsi Wołowiec, zatrzymali i aresztowali całą piątkę pseudohandlarzy. Osadzono ich w pomieszczeniu przy miejscowym sklepie. Było ono odpowiednio przygotowane, zakratowane i strzeżone przez uzbrojonych Sotniarzy. Jak ojciec twierdził, to w tym pomieszczeniu oni nie byli pierwszymi aresztantami.

 W ramach usłużnej współpracy, Sotni, w sposób sobie tylko znany, zawiadomili oraz przekazali więźniów jasielskiemu Gestapo. Sołtys wsi Wołowiec dostarczył zaprzęgów konnych z saniami i pięciu więźniów oraz gestapowcy udali się na posterunek w Krempnej. Tego samego dnia odbył się konwój więźniów z Krempnej do więzienia w Jaśle.

Konwój więźniów pod eskortą gestapowców odbywał się w ten sposób, że żołnierze siedzieli z bronią skierowaną w stronę więźniów, a więźniowie byli przywiązani powrozami do sań za ręce. Musieli biec w grząskim śniegu za pojazdem, bagatela około 40 kilometrów. Morderczy to był dla nich bieg.

Krótki postój nastąpił w Świerchowej. Tam gestapowcy u Musiała jedli posiłek. W tym czasie, gdy jedni weszli do domu i spożywali posiłek, jeden z żołnierzy z bronią pilnował więźniów przywiązanych do sań. I tak na zmianę. Więźniom nie wolno było rozmawiać.

Ze Świerchowej do więzienia w Jaśle przybyli w godzinach popołudniowych. Rozmieszczeni zostali w osobnych celach. Wkrótce zaczęły się przesłuchania.

W tym miejscu mojego opisu aresztowania ojca i jego towarzyszy, muszę się odnieść do fragmentu innego opisu tego zdarzenia, dokonanego przez autora książki pt. „Nie tylko pod znakiem walki”, Alfonsa Filara. Jest to publikacja z 1986 roku, wydana przez Ministerstwo Obrony Narodowej w Warszawie. Tytuł artykułu: „Powrócił z tamtego świata”, strony 55-60. Autor, Alfons Filar rozmawiał z ojcem, kiedy zamierzał wydać swoją książkę. Planował  zamieścić artykuł, w którym opisywał aresztowanie, pobyt w więzieniu w Jaśle i ucieczkę ojca podczas egzekucji w lesie warzyckim.

Nie wyobrażam sobie, aby mój ojciec tak zrelacjonował zdarzenia autorowi, jak on je opisał w książce. Fakt jest taki, że Alfons Filar, już po wydaniu książki listownie przepraszał ojca za te nieścisłości i mijanie się z faktami. Cóż, stało się. Być może autora poniosła fantazja, może nie sporządził notatek z rozmowy z ojcem, a może zadziałała ówczesna cenzura. Trudno mi się odnieść do tego, co zostało napisane w tym artykule, a tym bardziej zrozumieć autora. W taki sposób następuje fałszowanie prawdziwych historii.

W tym artykule jest jednak fragment, który należy przyjąć za zgodny z prawdą. Są to nazwiska współwięźniów: Jan Brożyna, Edward Sokalski i Edward Niepokój – wszyscy ze Żmigrodu, a nadto porucznika Rydzewskiego z Warszawy, jak również Orłowskiego, Buczyńskiego i Daszkiewicza ze Lwowa.

Ja staram się wiernie przekazać wielokrotnie powtarzane opowieści ojca. W pierwszych latach po wojnie kilkunastu członków rodzin, którzy byli więzieni w Jaśle, kontaktowało się z ojcem. Jeżeli miał jakąkolwiek wiedzę o ich losie, to im ją przekazał.

Pobyt w więzieniu w Jaśle

Ojciec w więzieniu w Jaśle przebywał od 7. marca 1940 roku do dnia egzekucji, tj. 6. lipca 1940 roku (sobota). Warunki, jakie tam stworzyli oprawcy spod znaku trupiej czaszki i faszystowskiej ideologii, są nie do opisania, a tym bardziej nie do zniesienia przez człowieka.

Przepełnione więzienne cele, zaduch, zabójczy głód, jeden litr brei, zwanej zupą, w której można było czasem znaleźć kawałek nieobranego ziemniaka, z którego nie oderwano nawet kiełków. Czasem był tam kawałek brukwi, a nawet ości ryb czy śledzi, z których Niemcy zjadali części jadalne. Trudno było do końca rozpoznać skład tego pożywienia. Obrzydliwie to śmierdziało. Krwiopijcze insekty, wymyślne tortury podczas przesłuchań, także nocnych, niesamowity rygor więzienny, spanie pokotem na podłodze celi w takim ścisku, że nie sposób dokonać przewrócenia się z boku na drugi bok. Zakłócanie, a wręcz uniemożliwianie więźniom snu, było ulubionym zajęciem strażników, podobnie jak nocne wchodzenie do cel i wywlekanie więźniów na przesłuchania. Dochodziło do tego, że strażnicy z zewnątrz w nocy strzelali do zakratowanych otworów okiennych. Pociski karabinowe odbijały się od betonowego sufitu i rykoszetem raniły więźniów. Wyglądanie więźnia przez zakratowany otwór okienny groziło śmiercią. Strażnicy strzelali z broni do więźnia bez ostrzeżenia.

O warunkach panujących w więzieniu w Jaśle można by napisać grubą książkę, a jej lektura byłaby porażająca i przygnębiająca. Ograniczę się do opisania tego, co działo się z moim ojcem.

Na początku pobytu w więzieniu był przesłuchiwany pod zarzutem ucieczki z Polski za granicę. Jednak on nie przyznawał się do tego i uparcie twierdził, że znalazł się w Wołowcu wraz z kolegami w celu zakupienia żywności. Taka sytuacja trwała do końca maja 1940 roku. W tym czasie rankiem o godzinie ósmej był doprowadzany na przesłuchanie do katowni. To przesłuchanie połączone z torturami trwało nieprzerwanie do godzin południowych, czyli około czterech godzin. Przesłuchiwało go trzech gestapowców. Jeden siedział za biurkiem, a dwóch dokonywało tortur. Polegały one na biciu pałką gumową; drugi z katów bił pejczem złożonym ze stalowych linek oprawionych w rękojeść. Nie szczędzono bicia ręką po twarzy, a nawet kopania. Takie tortury trwały około kwadransa. Po tym następowało przesłuchanie przez siedzącego za biurkiem gestapowca. W tym czasie dwaj oprawcy odpoczywali, palili papierosy. Przesłuchanie trwało też około kwadransa. Gestapowiec patrzył na zegarek i dawał znak, że kolejne tortury czas rozpocząć. Kiedy ojciec tracił już przytomność i nie było z nim kontaktu, gestapowiec siedzący za biurkiem zarządził doprowadzenie innego więźnia w celu konfrontacji.

Był to młody, najmłodszy uczestnik ucieczki za granicę, w wieku niewiele ponad dwadzieścia lat, bardzo sympatyczny uroczy blondyn. On w czasie tortur wcześniej załamał się i wyznał prawdę – całą prawdę, jaką chcieli usłyszeć oprawcy. Opowiedział gdzie zmierzali, gdzie nocowali, kto ich prowadził i dokąd, i w jakim celu. Powiedział to w obecności półprzytomnego ojca. Zaraz po tej konfrontacji zjawił się szef gestapowców. Oczywiście nie przedstawił się.  Był to prawdopodobnie niejaki Drzyzga. Podszedł do ojca siedzącego na podłodze, opartego o ścianę i powiedział: „Zapamiętaj sobie, stąd żywy nie wyjdziesz!”

Następnie przywleczony został do celi więziennej i rzucony na podłogę. Kiedy powoli odzyskiwał przytomność, widział, że stali nad nim współwięźniowie. Usłyszał jak jeden z nich powiedział: „On już dłużej nie pociągnie!”

Cóż więcej można powiedzieć. Dzięki temu, że ojciec miał bardzo silny organizm, przeżył te katorgi.

Na pseudosąd niemiecki, który przemieszczał się od więzienia do więzienia, ojciec i współwięźniowie oczekiwali prawie dwa tygodnie, czyli do połowy czerwca. Kiedy zjawił się ów sąd w jasielskim więzieniu, to przed jego oblicze doprowadzano po 10 więźniów jednorazowo. Po odczytaniu nazwisk padały słowa: „Wyrok śmierci!” Więźniowie nie mogli zadawać pytań, nie byli przesłuchiwani. Cała rozprawa trwała dla dziesięciu ludzi około 5 minut. Na egzekucję 6. lipca 1940 roku czekali jeszcze dwa tygodnie.

Tego dnia o godzinie ósmej rano wyprowadzono i załadowano do samochodu-więźniarki 15 skazańców, by ich pod eskortą gestapowców wywieźć na śmierć. W ten sposób ojciec znalazł się w drugiej piętnastce skazańców. Takie kursy odbywały się co pół godziny. Tyle czasu zajmowało dowiezienie skazańców na śmierć z więzienia w Jaśle, do miejsca egzekucji w lesie warzyckim. W czasie transportu więźniowie nie mogli rozmawiać ani wykonywać żadnych ruchów. Pilnowani byli przez uzbrojonych gestapowców, którzy mieli broń gotową do strzału i cały czas skierowaną w stronę skazańców.

Miejsce egzekucji znajdowało się przy drodze z prawej strony w kierunku Sieklówki, w odległości 200-300 metrów od obecnego cmentarza ofiar terroru hitlerowskiego. Była tam leśna polana i to na niej dokonano egzekucji 6. lipca 1940 roku. Obecnie ten teren jest porośnięty lasem. Będąc kiedyś na tym miejscu zastanawiałem się, co się stało ze zbiorową mogiłą w tym miejscu.

Więźniowie-skazańcy wysiadali na rozkaz z samochodu pojedynczo. Natychmiast za ich plecami stawał kat z bronią automatyczną. Każdy z więźniów otrzymywał swojego kata. Droga w kierunku Sieklówki obstawiona była niemieckimi żołnierzami.

Więźniowie ustawieni w szeregu, mając za plecami piętnastu katów, byli prowadzeni od drogi do miejsca egzekucji na polanie. Żeby było ciekawie, to z tej pierwszej i tak licznej egzekucji Niemcy urządzili sobie teatrum. Po prawej i  lewej stronie polany stały liczne grupy Niemców, składające się z gestapowców, wojska, cywilów, policjantów, a nawet licznych kobiet, prawdopodobnie żon, matek czy córek funkcjonariuszy niemieckich z Jasła i okolic. W czasie przemarszu skazańców, mających za plecami katów z bronią, rozległy się oklaski zgromadzonych. Widocznie dla nich był to widok godny bicia braw.

Ojciec nigdy nie chciał opisywać widoku otwartej mogiły z pierwszą piętnastką więźniów uprzednio zamordowanych. Głos mu się wtedy załamywał.

 Dochodząc do miejsca egzekucji z prawej strony, stojący w grupie gestapowiec wydaje rozkaz: „Schieβen!” – rozciągając w brzmieniu to słowo, które oznacza „strzelać”. W tej sekundzie, w czasie jeszcze brzmienia zbrodniczego rozkazu, ojciec wykonuje błyskawiczny chwyt za lufę karabinu kata, znajdującą się tuż za jego plecami i kieruje ją w bok. W tej sekundzie rozległa się salwa strzałów i pozostali więźniowie padli jedni do doła, a inni na ziemię tuż nad mogiłą.

Ojciec błyskawicznie minął swojego kata, który obrócił się z bronią w jego kierunku, ale nie mógł strzelać, bo polana była obstawiona wkoło Niemcami, a to również groziło im śmiercią. Biegnąc po polanie, wzdłuż zgromadzonych tam Niemców, po swojej prawej stronie wybrał miejsce, gdzie ich było mniej, aby móc się wydostać z tego kręgu i próbować ucieczki w stronę wysokiego lasu, który znajdował się w odległości około 80-100 metrów.

Kiedy przedarł się przez to zbiegowisko, pierwsze strzały z pojedynczego karabinu oddał niemiecki żołnierz, obok którego przebiegł, wydostając się z tego otoczenia. Skutkiem tych pierwszych strzałów było lekkie zranienie w kark. Pocisk otarł się po powierzchni karku, ale nie spowodował poważnej rany.

Ojciec biegł dalej zmieniając kierunki, tak zwanym zygzakiem. Kiedy oddalił się kilkanaście kroków, usłyszał świst pocisków i wystrzały z maszynowego karabinu. To najprawdopodobnie jego osobisty kat zjawił się na pozycji strzelca i strzelał seriami. Sądząc po ilości oddanych serii strzałów, dołączył do kata ojca jakiś drugi. Strzały nie ustawały ani na moment.

Przy akompaniamencie świszczących pocisków karabinowych ojciec dobiegł do lasu. Wtedy zaplątał się w zarośla. Być może były to dzikie jeżyny. Skutkiem tego upadł na ziemię. W tym momencie został trafiony w plecy, poniżej nerek. Pocisk wyszedł tuż pod klatką piersiową, powodując rozległą ranę. Brakowało 5 centymetrów, a pocisk trafiłby w kręgosłup i to byłby koniec ucieczki. Natychmiast podniósł się i dalej biegł wysokim lasem. Był już niewidoczny dla swoich katów. Po chwili pojawiło się krwawienie z rany. Przytykał ranę ręką i szedł dalej. Zaczął słabnąć. Wszedł do głębokiego jaru, wąwozu i ukrył się w zagłębieniu.  Podarł koszulę, którą miał na sobie i wykonał z niej opatrunek rany. Przeczekał w tym miejscu do wieczora. Miał duże trudności, aby się podnieść i wyjść z tego jaru. Zapadał wieczór. Idąc powoli, stopa w stopę, kierował się w stronę wsi Bierówka. Nad ranem znalazł się na polach tej wsi.

Ukrył się w łanie żyta i tam postanowił przeczekać do wieczora. Bał się, by go ktoś nie zauważył. Obok łanu żyta było pole skoszonej koniczyny. Do tych pokosów przyszła kobieta z grabiami. Pracowała przy suszeniu siana. Ojciec wyczołgał się z żyta i zaczął przywoływać tę kobietę. W pierwszej chwili przestraszyła się i odbiegła kilka kroków, ale zatrzymała się. Chwilę przyglądała się postaci ojca. On jej na odległość mówił kim jest i że jest ranny, bo uciekł z miejsca, w którym Niemcy rozstrzeliwali więźniów w lesie warzyckim. Kobieta podeszła do ojca, odbyli krótką rozmowę, z której wynikało, że poprzedniego dnia słyszała serię strzałów dochodzącą z lasu. Udała się do wsi, do swojego domu i po chwili wróciła z wodą, słodkim mlekiem i chlebem. Ojciec spragniony napił się trochę mleka; chleba nie tknął, bo przecież miał przestrzelony żołądek. Obmył się wodą.

Gdy nadszedł wieczór z trudem podniósł się i zaczął iść w kierunku Tarnowca. Po drodze musiał się przeprawić przez rzekę, o tej porze roku wezbraną Jasiołkę. Szedł wyłącznie polami i drogami polnymi, bo na szlakach uczęszczanych byli przecież Niemcy.

Ta wędrówka od lasu warzyckiego do rodziny, a konkretnie do siostry Zofii w Samoklęskach, zajęła mu trzy lipcowe noce. Był już u kresu sił, gdy doszedł do Samoklęsk rano 9. lipca. Do Mrukowej miał jeszcze około dwóch kilometrów. Było już rano i ludzie zaczęli wychodzić do pracy w polu. Brak sił i obawa, że zostanie przez kogoś zauważony spowodowały, że skierował się do siostry, która mieszkała w chacie z mężem Janem Kudłatym i dwojgiem dzieci, Władysławą i Edwardem. Gdy zastukał do drzwi, otworzyła siostra. Przyglądała mu się. W pierwszej chwili go nie poznała. Dopiero gdy ojciec odezwał się do niej: „Zosiu, ratuj mnie!” Ona odrzekła: „Tadeusz, to ty?” Nie chciała go wprowadzić do izby, bo obawiała się, że dzieci mogą się wygadać komuś o wujku. Umieściła go na strychu na sianie.

Dramat ojca nie skończył się pod dachem siostry. Rana była okropna. Nie było lekarza, leków ani żadnej medycznej pomocy. Siostra Zofia natychmiast poszła do Mrukowej i zawiadomiła swojego ojca, Józefa o powrocie Tadeusza. Mój dziadek zaczął działać. Był zdecydowany na wszystko, by ratować swojego syna.

To on poradził córce Zosi, żeby udawała, że spadła z drabiny, że ma złamaną rękę, jest bardzo potłuczona i ma zawroty głowy. Sam zaś zaprzągł staruszka konika bułanka i pojechał wozem do odległych o 25 kilometrów Gorlic. Nie wiem jakich argumentów użył dziadek, ale przywiózł lekarza, niby do córki po upadku z drabiny.

Na miejscu, w Samoklęskach dziadek zaprowadził lekarza na strych do syna. Lekarz, gdy zobaczył mojego ojca powiedział do mojego dziadka: „Człowieku, ja ci w tych warunkach nic nie poradzę!” Leczenie mojego ojca odbywało się na zasadzie – wytrzyma, będzie żył, nie wytrzyma, to umrze, ale nie w rękach niemieckich.

Dalszy opis losów ojca to kolejna bardzo obszerna opowieść – może na inną okazję.

 

Na koniec pragnę wspomnieć chociaż kilkoma zdaniami o mojej matce, Agacie. Gdy ojciec wyruszył z domu w wiadomym celu, w marcu 1940 roku, przez kilka dni nie wracał i matka wpadła w rozpacz. Nie wiem czy sama wpadła na taki pomysł, czy jej ktoś doradził, że udała się na posterunek policji w Osieku i opowiedziała, że mąż poszedł do wsi w góry, żeby kupić coś do jedzenia i do tej pory nie wrócił, i ona nie wie, co się stało. Policjanci kazali jej przyjść za dwa dni. Tak się stało i wtedy mama dowiedziała się, że ojciec został aresztowany i jest w więzieniu w Jaśle.

W domu była bieda, ale mama przynajmniej raz w tygodniu szła pieszo z Mrukowej do więzienia do Jasła 20 kilometrów i zanosiła żywność dla ojca. Jak się później okazało, ojciec nigdy żadnej paczki nie otrzymał.

Tak się złożyło, że w dniu, 6. lipca 1940 roku, w sobotę, zaniosła do więzienia w Jaśle kolejną paczkę z żywnością dla ojca. Były w niej kotleciki z mięsa królika. Paczkę bez problemu przyjęto…

W pobliżu więzienia spotkała Cygankę, która zapytała mamę: „Co ty tu robisz?” Ona odpowiedziała: „Zaniosłam trochę jedzenia mężowi, bo tu siedzi.” Cyganka na to: „Dziś wywożą ludzi na śmierć. Przed chwilą wyjechał samochód z bramy więzienia.”

Mama nic nie wiedziała o wyroku śmierci na męża. Odpowiedziała Cygance: „Mój mąż żyje, bo przyjęli jedzeni, które mu przyniosłam.” W tej samej chwili coś dziwnego się mojej mamie stało – dopadło ją przerażające przeczucie. Udała się do pobliskiego parku i odrętwiała długo siedziała na ławce. Wróciła do domu pieszo, przygnębiona i niepewna losu męża. Nie wiedziała wtedy, z jakimi dramatycznymi wydarzeniami przyjdzie się im zmierzyć.

                                                           Mieczysław Socha

Kwielice, 02.03.2026

 

 

 

 

 

 

 

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.