Od roku 2001 do 2009 Stowarzyszenie Przyjaciół Wsi Warzyce wydawało dwumiesięcznik „Cebulka”. Było to pismo regionalne, w którym publikowano ważne wiadomości dotyczące życia naszej wioski. Obok tematów bieżących, pojawiały się w gazetce wspomnienia. Zagadnienia zwiazane z wojną i okupacją był przez redakcję poruszane wielokrotnie. Dzięki temu możemy przywołać wspomnienia ludzi, których już z nami nie ma, ale zostawili po sobie ślad w postaci przejmujących historii związanych z okresem okupacji w Warzycach, ruchem oporu na naszym terenie i zbrodniami dokonywanymi w warzyckim lesie. Jednym z nich jest autor prezentowanych niżej wspomnień.

Wspomnienia Pana Jana Tęczy

Jan Tęcza urodzony 17. czerwca 1927 roku w Warzycach, zmarł 11. stycznia 2024 roku w Warzycach.

„Był piękny, pogodny poranek 1. września 1939 roku. Słońce wychyliło się spoza lasu, oświetliło wieś i okolicę. O godzinie szóstej rano wypędziłem krowy na pastwisko. Chwile później usłyszałem warkot samolotów, nadlatujących od zachodu. Leciały bardzo nisko nad ziemią, aby zbombardować lotnisko w Moderówce i rafinerię w Jedliczu. Po zrzuceniu bomb na rafinerię wybuchł potężny pożar, który trwał kilka dni. Samoloty zaś, po wykonaniu zadania, uniosły się w górę wysoko i odleciały. Dla mnie, jako 12-letniego chłopca, było to, co zobaczyłem, ogromnym przeżyciem. Pierwszy raz widziałem samoloty wojenne, bombowce. Ten straszny ryk ich silników, spadające bomby, przeraziły mnie. Ogarnął mnie strach, co będzie dalej. Ludzie niedowierzali, że zaczęła się wojna. Pocieszali się, że to tylko manewry francusko-angielskie, gdyż takie były wcześniejsze zapowiedzi. Nikt nie przypuszczał, że to początek tułaczego życia w głodzie, chłodzie i nędzy, rozbiciu rodzin, a śmierć będzie czyhać na każdym kroku. Mieszkańcy wioski zaczęli się naradzać, gdzie uciekać, gdzie się ukryć, tym bardziej, że docierały wiadomości, że Niemcy zabierają młodych mężczyzn i wywożą na front.

7. września przyjechało wojsko polskie z różnych stron i zatrzymywali się na „Lasku”. Pamiętam do dziś zapach jakiejś potrawy, którą przygotowywała kuchnia dla żołnierzy. Potem wojsko pojechało na wschód. Kilka godzin później lawina wojska niemieckiego zalała Warzyce. Jedni przyjeżdżali, inni odjeżdżali i tak to trwało przez dość długi czas. Mieli kwatery w szkole, w domach, gdzie było więcej miejsca, a na plebanii mieścił się ich sztab. Zachowywali się spokojnie, kulturalnie, nikomu nie wyrządzili żadnej krzywdy. Ludzie powoli przyzwyczaili się do takiej sytuacji. Po wsi rozchodziły się wieści, że Niemcy zabierają ludzi wykształconych, urzędników, nauczycieli, księży, więc zaczęła się tworzyć partyzantka w lasach. Z samej wioski do partyzantki zaciągnęło się wielu mieszkańców, chcąc walczyć z okupantem. Wśród nich był mój brat – Józef Tęcza.

Zimy w latach 1940 – 44 były bardzo ciężkie i mroźne. Temperatura spadała nawet do – 40° C. Niemcy bardzo często zabierali ludzi do odwalania śniegu, tzw. szarwarku.

Już od 1941 roku zaczęły się rozstrzeliwania ludzi przywożonych z więzień i łapanek. Miejscem tych kaźni był „Lasek”. Przywożono Polaków, Żydów z różnych stron. Tu ich rozstrzelano i pochowano w zbiorowych mogiłach.

Pamiętam dokładnie, kiedy w czerwcu 1941 roku rankiem pasłem krowy. Jechała drogą kolumna samochodów niemieckich, przykrytych plandekami i szereg motocykli. Wjechali do lasu, a wcześniej ostrzegali, żeby się tam nie zbliżać, bo będą „ostre ćwiczenia”. Okazało się, że te ćwiczenia to było strzelanie do ludzi. Kiedy Niemcy odjechali, pobiegłem z kolegami do lasu. Widzieliśmy groby przykryte ziemią, gdzieniegdzie wystawały spod ziemi ręce i nogi zabitych ludzi.

Sytuacja powtarzała się bardzo często na przestrzeni 1941-44 roku. Często z kolegami biegaliśmy na ten powstający cmentarz i kiedy widzieliśmy wybrane doły, to już wiedzieliśmy, że lada moment przyjedzie nowy transport ludzi na śmierć.

Pewnego wieczoru zobaczyliśmy na „Lasku” trzy duże doły. Domyślaliśmy się, że będzie obfite żniwo. Rzeczywiście, cały następny dzień przywożono Żydów z Jasła, Frysztaka i rozstrzeliwano. Ponieważ las był gęsty, nieraz podczołgiwaliśmy się blisko grobów, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie mogło nas tam spotkać. Widzieliśmy wysiadających ludzi z samochodów zbitych, umęczonych, obstawionych z obu stron żołnierzami niemieckimi. Podprowadzali ich pod doły i strzelali. Ofiary padały prosto do grobu. Niejeden jeszcze żył, spadając do dołka. Widok był straszny. Pobiegliśmy znów wieczorem do lasu. Ziemia drżała na grobach. Posadzone dla zamaskowania zbrodni drzewa, chwiały się i przewracały.

Na drugi dzień przyjechali Niemcy i oblali te groby jakimiś środkami płynnymi, gdyż rozkładające się ciała cuchnęły okropnie.

W 1944 roku pracowałem dużo dla Niemców. Nocami, około 40 mężczyzn ze wsi i 2 Niemców, szliśmy aż do granicy Niepli, a tam robiliśmy okopy na pierwszej linii frontu.

12. września 1944 roku nastąpiło wysiedlenie całej wsi Warzyce. Bardzo szybko trzeba było zabrać swoje najpotrzebniejsze rzeczy i iść w kierunku Jasła. Część ludzi uciekła do lasu, a inni udali się do różnych wsi poza Jasło. Młodych mężczyzn zabierali i wywozili do Niemiec na roboty. Tym, co przebywali w lesie, było bardzo ciężko: głód, zimno i brak odzieży. Nocami trzeba było zakradać się do własnych domów, by zabrać pożywienie, ubrania. To były bardzo niebezpieczne wyprawy. Wtedy zginął mój brat – Władysław.

Był listopad tegoż roku, zimno, deszcz, woda przeciekała przez dach naszego szałasu. Trzeba było zbierać się do wyjazdu z lasu do jakiejś wsi. Z lękiem i strachem udaliśmy się do Trzcinicy i tam zamieszkaliśmy w starym, drewnianym domu. Rozpacz ogarnęła nas wszystkich, bo nie było co jeść, czym się przyodziać, gdyż mieliśmy tylko to, co na sobie. Każdego dnia prześladowało nas pytanie – co to będzie dalej, jak można ten czas przeżyć.

Wreszcie przyszła wiadomość, że wojska rosyjskie przerwały niemiecki front i Niemcy opuszczają nasze tereny. Trudno opisać radość, szczególnie ludzi starszych, że idzie wyzwolenie, bo my dzieci nie bardzo to wszystko rozumieliśmy.

W dniu 17. stycznia 1945 roku moi rodzice i ośmioro rodzeństwa powróciliśmy do domu. Stodoła była spalona, ale dom ocalał. W domu jednak nie było nic – gołe ściany i okna. Żeby zaspokoić głód chodziliśmy po polach szukać w zamarzniętej ziemi ziemniaków. Choć były zamarznięte i podgniłe, robiło się z nich placki i piekło na kuchennej płycie. Buraki cukrowe rosły na polach zaminowanych, mimo to chodziliśmy, żeby coś wykuć z zamarzniętej ziemi, ugotować i tym osłodzić sobie wodę. Było bardzo ciężko. Trzeba było w jakiś sposób zrobić łóżka do spania, pozbijać z desek stół, ławki do siedzenia, postarać się o odzież. Największym jednak problemem było zdobycie pożywienia, bo rodzina była duża. Przy tych wszystkich pracach, staraniach towarzyszyła nam ogromna radość i nadzieja na nowe życie w upragnionej wolności i spokoju.”

Archiwalne zdjęcia Warzyckiego cmentarza:

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.