„Nie ma w Polsce ani jednej wsi, ani jednego miasteczka bez żałoby po latach hitlerowskich rządów. Nie ma ani jednej gminy, gdzie nie byłyby przeprowadzane krwawe egzekucje, w których jakże często ofiarami zbrodniczych strzałów padały kobiety, dzieci, starcy. (…)
Od tragicznego września 1939 r. do końca kwietnia 1945 r., przez długich 68 miesięcy, każdego dnia – tysiące ofiar palono w krematoriach obozów koncentracyjnych; każdego dnia – tysiące umierało z głodu, z wycieńczenia, pracy ponad siły; ginęło w obozach jeńców wojennych; co dnia miały miejsce egzekucje, rozstrzeliwania i wieszania; co dnia kierowano transporty śmierci do obozów rozsianych po całej Europie.(…)
W całym naszym kraju jest 20 tysięcy miejsc pamięci narodowej. Są wśród nich takie, które stały się symbolami walki i martyrologii narodu polskiego, jego bohaterstwa, ofiarności, patriotyzmu i zwycięstwa.”
To fragmenty wypowiedzi prof. dr. Stanisława Walczaka, zamieszczone w Przedmowie książki „Jasło oskarża. Zbrodnie hitlerowskie w regionie jasielskim 1939-1945”. Mimo upływu lat, mimo zatarcia śladów zbrodni przez samych zbrodniarzy i przez czas – w pamięci ludzkiej nadal żywe pozostają obrazy tamtych tragicznych dni.
Wspomnienia Pani Genowefy Urban
Genowefa Urban(z domu Zając), urodzona 10. września 1924 roku w Dominikowicach.
„W 1938 roku wyjechaliśmy aż za Wilno do miejscowości Dzisna. Tam mieszkał brat mojej mamy, Piotr Makarski. To miasteczko leżało nad rzeką Dźwiną, która stanowiła granicę pomiędzy Polską a Związkiem Radzieckim. Stacjonowało tam wojsko polskie – Korpus Ochrony Pogranicza. Znałam dwóch oficerów z tej formacji – pana Lisa i pana Wnuka. W Dziśnie chodziłam przez jeden rok do szkoły, do klasy szóstej, razem z synem pana Wnuka, Waldemarem i córką pana Lisa, Ireną. Po roku wróciliśmy do Warzyc. Najpierw przyjechał tu mój tato, a na wakacjach ja z mamą. Siódmą klasę kończyłam w Jaśle, w 1939 roku.
1. września, kiedy wybuchła wojna, pamiętam, to był piątek. Ludzie szli do Jasła z towarami na sprzedaż, bo piątek był dniem targowym. Nadleciały samoloty. Było ich dużo i leciały bardzo nisko. Zdawało się, że zahaczą o dachy domów i konary drzew. Ci, którzy szli do miasta, myśleli, że to polskie samoloty „Mewy”. Ale moja mama, która przeżyła I wojnę światową wiedziała, że to niemieckie samoloty, bo miały namalowane na skrzydłach charakterystyczne czarne krzyże. Później okazało się, że lotnisko w Moderówce zostało zbombardowane.
Docierały też do nas informacje z północy Polski, że niemiecki statek, Szlezwik-Holsztyn, który wpłynął do portu w Gdańsku niby z kurtuazyjną wizytą, ostrzelał Westerplatte. Wszyscy zrozumieli, że zaczęła się niemiecka agresja na Polskę.
Niemcy, po przybyciu do wioski, rozlokowali się po domach. U nas mieszkało dziewięciu. Ośmiu z nich to byli bardzo młodzi chłopcy, a jeden, o nazwisku Mϋller, mówił płynnie po polsku. Zachowywali się dobrze. Przynosili papierosy i wymieniali je, np. na jajka.
Pamiętam też pewien inny piątek, kiedy drogą biegnącą w kierunku Zimnej Wody, z jednej strony szli ludzie na jarmark do Jasła, a z Jasła w kierunku Zimnej Wody jechały samochody wojskowe nakryte plandekami. Okazało się, że pojazdy dotarły do warzyckiego lasu. Chwilę później po okolicy echo niosło strzały oddawane z pistoletów. To była jedna z pierwszych egzekucji w lesie w Warzycach, a tak dokładnie to przy drodze do Sieklówki. Niemcy mordowali wtedy oficerów i podoficerów Wojska Polskiego oraz kilku przewodników, których złapano, kiedy przekraczali granicę. Z tej egzekucji udało się uciec jednemu człowiekowi. To był Tadeusz Socha z Mrukowej.
Jak po wojnie było poświęcenie cmentarza w warzyckim lesie, to ten pan Socha był obecny na uroczystościach. Skontaktował się z nim ksiądz Biernat. Po uroczystej mszy świętej opowiadał, co widział i jak udało mu się uciec z egzekucji. Pamiętam również, że na tej uroczystej mszy byli radzieccy oficerowie w pięknych mundurach. Ktoś ich zaprosił. Była też orkiestra kolejowa, strażacy z Jasła i z Warzyc, i bardzo dużo ludzi – w szczególności rodziny i krewni tych, którzy zostali tu zamordowani.
Przed oczyma mam też taki obraz, kiedy główną drogą Niemcy gonili dużą grupę Żydów. Nie wiem czy do lasu na rozstrzelanie, czy do obozu w Szebniach. Widać było, że są głodni, wycieńczeni, skatowani. Ledwie trzymali się na nogach. Jedna z kobiet, Trzeciakowa, rzuciła w ich stronę jabłko. Zauważył to niemiecki żołnierz i dotkliwie ją pobił.
Pamiętam też nazwisko hitlerowca, który bardzo dobrze mówił po polsku, a zasłynął z tego, że był okrutnym zbrodniarzem. Pracował w więzieniu w Jaśle i perfidnie znęcał się nad osadzonymi. Nazywał się Dżyzga i był Ślązakiem. Dużo się o nim mówiło. Kiedyś aresztowano kobietę za pomoc Żydom. Doprowadzono ją do więzienia, a Dżyzga puścił na nią wygłodniałe psy, które szarpały jej ciało. Dotarły też do nas informacje, że po zakończeniu wojny ten zbrodniarz odebrał sobie życie. Powiesił się.
We wsi mówiło się o tym, że Niemcy wymordowali w lesie dzieci kalekie z ochronki w Iwoniczu i z sierocińca w Miejscu Piastowym. Głośno było o tym, że mniejsze dzieci były zabijane w bestialski sposób – trzymano je za nogi i z rozmachem uderzano głową o drzewo. Mówiło się też o tym, że rozstrzelano w lesie całe wesele z Białobrzegów. Prawdopodobnie był to akt zemsty i odwetu hitlerowców za zamordowanie jednego z nich na terenie wsi Białobrzegi.
W lesie Niemcy wybudowali piękną willę z drewnianych bali. Urządzali tam pijackie zabawy. Sołtys wsi, Antoni Głowacki, miał obowiązek wyznaczać mieszkańców Warzyc do przygotowywania posiłków dla Niemców i sprzątania po imprezach w tej leśnej willi. Pamiętam, że kiedyś wypadła kolej na nas. Gotowaliśmy ogromny gar jedzenia, który potem musieliśmy zanieść do lasu. Pamiętam, że dźwigałyśmy go na takim drągu. Mieszkańcy wioski musieli dostarczać Niemcom nie tylko ciepłe, gotowane dania, ale również mięso ze zwierząt domowych, mleko, jajka i inne produkty żywnościowe. Kiedy willą i tym co się w niej dzieje, zaczęli się interesować partyzanci, Niemcy chcąc zatrzeć ślady swojej działalności w tym miejscu, strzelili pociskiem z czołgu i budowla spłonęła.
Pamiętam też, że Niemcy mieli w Warzycach piękną bryczkę. Chodziłam z koleżankami na nieszpory do kościoła. Przed nabożeństwem spotykałyśmy się przed świątynią. Raz przyjechali tą bryczką do kościoła Niemcy z żonami. Weszli do środka i oglądali go. Innym razem tą samą bryczką widziałam, jak wieźli Józefa Betleja. Został aresztowany i wywieziono go do Oświęcimia. Przeżył obóz i po wojnie wrócił do Warzyc z kobietą o nazwisku Krzyżanowska. Była niezwykle urodziwa i mówiło się we wsi, że mu życie w obozie uratowała. W jaki sposób? Nie wiem. Po jakimś czasie wyjechała.
W Warzycach, przy głównej drodze, była karczma. Prowadziło ją rodzeństwo, Roman i Irena Fąfarowie. Klientów w szynku obsługiwała pani Irena, która znała język niemiecki. W czasie działań wojennych przychodziło tu sporo Niemców na piwo. Karczma była połączona z domem mieszkalnym cienkimi drzwiami. Kiedy Niemcy pili, dużo gadali. Pan Roman był człowiekiem wykształconym. Podobnie jak siostra znał język niemiecki i czasami podsłuchiwał za drzwiami mieszkania o czym żołnierze mówili. W ten sposób uratował życie panu Kozłowskiemu, którego Niemcy chcieli aresztować. Powiadomił go o tym. Obaj uciekali przez okno z domu Kozłowskich, kiedy gestapowcy się zbliżali. Obaj też znaleźli schronienie w oddziale partyzantów.
Po drugiej stronie ulicy był młyn. Niemcy zrobili w nim magazyn żywnościowy. Mieli tam spore ilości wódki i marmolady. Partyzanci chcieli młyn zaatakować i zabrać te produkty, ale powstrzymał ich Józef Fąfara, ojciec pani Ireny. Był pewien, że za taki czyn całe Warzyce mogły pójść z dymem i wielu ludzi mogło zostać rozstrzelanych.
Pamiętam też historię związaną z księdzem Biernatem. Na plebani stacjonowali niemieccy oficerowie. Odkryli, że ksiądz ma radio i pomaga partyzantom. Wydali rozkaz rozstrzelania go. Ale nad księdzem czuwała chyba Opatrzność Boska. Ksiądz miał być rozstrzelany na stadionie w Jaśle. Był prowadzony w kierunku Jasła. W pewnym momencie nadleciały rosyjskie samoloty zwane „kukuruźnikami” i Niemcy przerażeni pouciekali. Ksiądz skorzystał z zamieszania i uciekł do Jasła. Schronił się na plebani u znajomego, ratując w ten sposób swoje życie.
Na strychu w naszym domu przez pewien czas ukrywał się partyzant, poszukiwany przez Niemców. To był Ludwik Ligara. Brał udział w akcji „Pensjonat”, która miała na celu odbicie więźniów z więzienia w Jaśle.
Na polach między Warzycami a Brzyszczkami były dokonywane zrzuty broni i żywności dla partyzantów. Raz nawet zdarzyło się, że wylądował tam rosyjski samolot „kukuruźnik”. Zarekwirowali go Niemcy, a pilotowi udało się uciec.
W Warzycach mieszkały trzy rodziny żydowskie. Jedna z nich, a dokładnie Weiss z córką Marysią, ukrywali się w naszym kościele, na chórze. Pomagał im organista. Widzieli nasz ślub, który braliśmy 6. lutego 1945 roku. Jedna z rodzin żydowskich mieszkała w tym miejscu, gdzie obecnie znajduje się rozdzielnia gazu. Miało tam miejsce bardzo smutne zdarzenie – właściciel domu, Żyd, powiesił się na drzewie. Nie wiem, co się stało z pozostałymi członkami jego rodziny, ale pamiętam, że miał piękną córkę.
Z okna mojego domu było widać pole Wietechów. W pewnym momencie Niemcy zaczęli na nim grzebać swoich żołnierzy, którzy chodzili na patrole do Bierówki i zostali tam postrzeleni. Rosjanie byli coraz bliżej. Pamiętam, że usypanych było dziewięć mogił. Postawiono na nich jednakowe drewniane krzyże. Na krzyżach zostały umieszczone drewniane tabliczki, na których wyrzeźbiono nazwiska zabitych żołnierzy.
Pamiętam też taki incydent, że ktoś z mieszkańców naszej wioski po wojnie wyłamał te krzyże. Być może była to jego osobista zemsta za doznane od okupanta krzywdy. Wiele lat po zakończeniu wojny przyjechali na to pole Niemcy i zabrali kości swoich żołnierzy – nie wiem gdzie.
Kiedy Jasło miało być spalone, Niemcy rabowali z prywatnych domów co kosztowniejsze rzeczy. Ładowali je na furmanki i wieźli w kierunku Moderówki. Tam była stacja kolejowa. Łatwo się domyślić, że pakowali skradzione rzeczy w wagony i wywozili do Rzeszy. Pamiętam taką sytuację – drogą szła kobieta z Bierówki i wykorzystując moment, coś z jednego z wozów zabrała. Zauważył to Niemiec, postrzelił ją w nogi i zostawił przy drodze. Mówili, że tam umarła.
W Moderówce była gorzelnia. Niemcy, uciekając przed Rosjanami, specjalnie zostawili w niej wódkę. Wiedzieli, że Rosjanie uwielbiają gorzałkę. Kiedy dotarli na miejsce, upili się, a Niemcy mieli więcej czasu na ucieczkę.
Nie pamiętam, jaki to był dzień, kiedy zaczęło się w Warzycach wysiedlenie. Wcześniej do naszej wsi dotarli mieszkańcy Bierówki, bo ich wysiedlili pierwszych. Znaleźli schronienie w domach w Warzycach, a potem musieli uciekać z nami.
Późnym popołudniem przyszli Niemcy i kazali zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Zabraliśmy krowę, a o świni zapomnieliśmy. Została w oborze. Tego dnia miało też miejsce tragiczne wydarzenie. Niemcy zastrzelili siedemnastoletniego Edwarda Urbana, syna Antoniego i pięknego konia Urbanów, kiedy rodzina uciekała w stronę lasu.
Nas pędzili do Hankówki. Pamiętam, że Franciszek Zając wiózł swoją matkę wraz z dobytkiem na taczkach. U państwa Koniecznych spędziliśmy trzy dni. Potem pognali nas w stronę Jasła. Teren, po którym obecnie przebiega ulica Towarowa, był jednym wielkim polem, na którym rosła kukurydza. Przyszedł nam do głowy pomysł, że można by się w niej schować, a potem przedostać do lasu. Okazało się, że w tej kukurydzy siedzieli żołnierze, „własowcy” i za wódkę, którą mieliśmy ze sobą, pozwolili nam iść do lasu. „Własowcy” to byli żołnierze Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej, formacji kolaboracyjnej, utworzonej z radzieckich jeńców wojennych przez III Rzeszę. Ich dowódcą był Andriej Własow, od którego nazwiska zaczęto nazywać żołnierzy tej formacji. To była pomocnicza służba niemiecka.
W lesie zbudowaliśmy szałasy i razem z krowami, końmi żyliśmy póki było na zewnątrz w miarę ciepło. Przychodzili do nas Niemcy. Pamiętam, że jedli z nami kluski przygotowywane w tych spartańskich warunkach. Z mąki zmielonej w żarnach i odrobiny wody zagniatało się ciasto, a następnie rwało małe kawałki i wrzucało do gotującego się mleka. Takie lane ciasto wszystkim smakowało. Pamiętam też, że raz nazbierałam w lesie czernic i udało mi się w tych leśnych warunkach zrobić pierogi. Były przepyszne.
W tym czasie, kiedy już mieszkaliśmy w lesie, została postrzelona Kazia Błasik. Okoliczności tego zdarzenia były niejasne. Zabrano ją do szpitala w Gorlicach, ale zmarła. Miała osiemnaście lat.
Niemcy pozwalali nam wracać do wsi po siano dla zwierząt, czy słomę. Pamiętam, że raz przyszliśmy do domu, żeby upiec chleb. Najpierw trzeba było w żarnach zmielić zboże, a potem z uzyskanej mąki upiec chleb. Kiedy wracaliśmy do lasu z bochenkami, spotkaliśmy młodziutkiego niemieckiego żołnierza. Popatrzył na nas i wzrokiem wskazał lufę pistoletu. Odebraliśmy to jako groźbę, że nas zabije. Na migi mu pokazałam, co robiliśmy we wsi i puścił nas wolno.
Niemcy przychodzili do lasu i zabierali mężczyzn do kopania okopów do Trzcinicy. Chodził tam też mój mąż. Po święcie Matki Boskiej Różańcowej zaczął padać deszcz. Zrobiło się zimno. Życie w lesie było coraz trudniejsze. Mój Władziu przyszedł raz z tego kopania okopów i powiedział, żebyśmy poszli za Jasło, bo tam ludzie żyją w miarę normalnie w swoich domach i żebyśmy poszukali jakiegoś schronienia, bo przecież zbliżała się zima.
Wróciliśmy z lasu do domu, zrobiliśmy pranie i spakowaliśmy trochę potrzebnych rzeczy. Przyjechał na koniu oficer niemiecki i kazał nam do kolejnego dnia wieczorem opuścić dom.
Ojciec mojego męża, Władzia, miał pięknego konia. Kiedy rozpoczęło się wysiedlenie, załadowaliśmy wóz najbardziej potrzebnymi rzeczami. Wóz stał na podwórku. Konia zaś mój teściu schował u kowala. Miał nadzieję, że w ten sposób zatrzyma go i Niemcy go nie zabiorą. Niestety, hitlerowcy byli na swój sposób sprytni. Czekali cierpliwie, bo wiedzieli, że skoro wóz stoi załadowany, to i koń musi gdzieś być. Oczywiście zabrali mojemu teściowi jego pięknego konia, a dali mu w zamian innego, chorego i wychudzonego. Nie było wyjścia – trzeba było zaprzęgać szkapinę do wozu i ruszać w drogę. Część naszego dobytku mój mąż wiózł za wozem na taczkach.
Razem z tymi, którzy byli na Murowańcu, wczesnym rankiem poszliśmy w kierunku Jasła. Gdy dotarliśmy do Biecza, przed drogą prowadzącą do Strzeszyna zatrzymał nas Niemiec. Nie wiem, co to był za wojskowy, ale miał jasnobrązowy mundur, na ręce czerwoną opaskę z czarną swastyką. Chciał zabrać nas do Niemiec, na roboty (tak przynajmniej mówił). Na szczęście mój mąż miał przy sobie zaświadczenie, że pracuje przy okopach w Trzcinicy i tylko odprowadzi rodzinę, i wraca z powrotem. Nie była to do końca prawda, bo mąż nie wrócił do pracy w Trzcinicy, tylko został ze mną i rodziną. Niemiec pozwolił iść dalej, a my okrężnymi drogami dotarliśmy do Strzeszyna. Przyjęło nas bezdzietne małżeństwo. Było nas dziewięć osób. Gospodarze mieli sady i suszone gruszki, które podkradaliśmy, żeby zaspokoić dokuczający czasami głód. Pamiętam, że przy spowiedzi przed Bożym Narodzeniem powiedzieliśmy księdzu, że kradliśmy te suszone gruszki, a on odpowiedział, że to nie grzech.
Przed Bożym Narodzeniem na wysiedleniu zmarł mój teść.
Dotarliśmy do Libuszy. Zatrzymaliśmy się u państwa Zielińskich. Mieszkali blisko stacji kolejowej w Libuszy, a po drugiej stronie widać było górę Salomonową. Spaliśmy w stodole, ale pod pierzyną. Mój Władziu zrobił taką pryczę z drewna, wyścieloną sianem i na niej spaliśmy. U gospodarzy, gdzie mieszkaliśmy, w rogu kuchni niemieccy żołnierze trzymali broń. Codziennie było w domu dwóch wojskowych, którzy się zmieniali i pilnowali tej broni. Stał też tam worek, który widać było, że jest ciężki i mocno wypchany. Pewnego dnia jeden z żołnierzy pytał nas, czy nie wiemy może, gdzie w okolicy jest jakiś dwór do sprzedania. Wtedy zrozumieliśmy, że ten worek skrywał ogromny majątek.
17 stycznia przyszło wyzwolenie. Była piękna pogoda. Na ziemi leżało trochę śniegu. Z domu państwa Zielińskich zobaczyliśmy na górze ludzi ubranych na biało. To byli Rosjanie, którzy założyli takie stroje, by maskować się i zlewać z leżącym na ziemi śniegiem. Najpierw wymachiwali coś chorągiewkami. Pewnie przekazywali jakieś wiadomości alfabetem Morsa. Potem zaczęła się strzelanina. Pochowaliśmy się po kątach w domu. Ja leżałam na podłodze pod piecem i odmawiałam na głos Litanię do Najświętszej Marii Panny. Drzwi w domu same się otwierały i zamykały od tej niekończącej się wymiany ognia. Wreszcie wszystko ucichło. Do domu państwa Zielińskich wszedł rosyjski żołnierz i powiedział, że nas wyzwolili. Niemcy uciekali.
Mogliśmy wreszcie wrócić do Warzyc. Mój Władziu poszedł piechotą do Strzeszyna, do rodziny, żeby dowiedzieć się, co mają zamiar robić. Okazało się, że oni już poszli do Warzyc. Władziu nie wrócił już do Libuszy, tylko poszedł za nimi. Szedł cały dzień bez jedzenia.
Docierały do nas wcześniej informacje, że nasz dom Niemcy spalili. W Bieczu mój mąż spotkał tego Müllera, Niemca, który mieszkał w naszym domu na początku wojny. On mu powiedział, że nasz dom ocalał. Jak dotarł do Warzyc, jego ojciec chrzestny, sędzia Kazimierz Twarduś, dał mu jeść i lampę naftową.
Trzy dni później do Warzyc wracałam ja. Wyszłam rano z Libuszy z krową na sznurku i małym węzełkiem, w którym miałam chleb i kaszę. Wiał przeszywający wiatr. Kiedy dotarłam do Jasła, było już ciemno. Słychać było przerażający odgłos, – trzask blachy poruszanej przez wyjący wiatr. Przeszłam przez rzekę, bo most był wysadzony. Wody na szczęście było bardzo mało. Kiedy dotarłam do Warzyc, byłam już u kresu sił. Mąż zaniósł mnie na rękach do domu, który ocalał, ale wszystko zostało z niego rozkradzione. Okazało się, że już wcześniej wracali do wsi szabrownicy i kradli co się dało. Jedyną rzeczą, która ocalała, był miś, zabawka, która leżała w śniegu przed domem. Pewnie ktoś i to chciał zabrać, ale zgubił po drodze. Pamiętam, że w domu było ciepło i pachniało kawą Inką. Przytuliłam misia i wyczerpana zasnęłam.
Nasz dom był połączony ze stodołą dachem. Ktoś zrobił dziurę w części dachu nad domem, bo na strychu było siano, koniczyna. Komuś nie chciało się znosić siana, więc przez dziurę w dachu przerzucano je do stodoły. Dach nad stodołą był opalony, ale cały. Wyglądało to tak, jakby ktoś w środku palił ognisko. Myślę, że to sprawa szabrowników, którzy kradli we wsi co się dało. Wtedy też dotarł do nas gospodarz z Sieklówki, który w jakiś sposób dowiedział się, że jego konia Niemcy dali mojemu teściowi. Przyszedł i zabrał go, a my nic nie mogliśmy zrobić. Przez ten czas, kiedy koń był z nami, wyleczyliśmy go i trochę odkarmiliśmy.
Pamiętam, że kiedyś spotkałam na drodze kobietę, która miała na głowie chustkę uszytą z mojej zasłony, która razem z innymi rzeczami została z naszego domu skradziona. Ta zasłonka wisiała w naszej kuchni. Miała takie zrobione przeze mnie malutkie wieszadełka i to po nich rozpoznałam, że materiał został skradziony z naszego domu. Ksiądz Biernat wiedział o tych kradzieżach i kiedyś nawet z ambony, podczas kazania, wymienił nazwiska szabrowników. Jeden z nich urażony, powiedział do księdza: „Wyszliście na ambonę i szczekacie jak pies.” To smutne, że w obliczu wszechobecnej powojennej nędzy i biedy byli tacy, którzy nie patrząc na nic, dopuszczali się takich podłych czynów.
Genowefa Zając – Dzisna 1938 r.
1939 r. Genowefa Zając i Jan Trybus obecna ulica Bieszczadzka

Genowefa Zając z Fifkiem ok 1943 r.

Władysław Urban, mąż Genowefy
Genowefa Zając i Ludwik Zając ok 1939 r. 
1938 r. Genowefa Zając – zdjęcie do legitymacji szkolnej (Dzisna kl. VI)
Władysław Urban, mąż Genowefy maj 1943 r.

Wojciech Urban, ojciec Władysława Urbana

W czasie okupacji

Franciszek Zając – ojciec Genowefy Urban
Gnowefa Zając 1942 r.
Wojciech Urban – teść Genowefy Urban
Katarzyna Zając – matka Genowefy Urban
100 lat Genowefy Urban
0 komentarzy