Z posiadanych informacji wynika, że las warzycki jest miejscem straceń około 5 tysięcy ofiar, głównie mieszkańców powiatu: jasielskiego, krośnieńskiego, brzozowskiego i gorlickiego.Liczba ta robi wrażenie, ale nie ma twarzy. A przecież te tysiące ludzkich istnień, które tu znalazły swój kres, to ukochane matki i troskliwi ojcowie, to pełne marzeń córki i wujkowie z poczuciem humoru, to przyjaciele i cudowne, empatyczne przyjaciółki oraz babcie, których twarze naznaczyła pajęczyna zmarszczek, to ludzie, którzy wychodząc z domu z pękiem kluczy w kieszeni, nigdy nie zakładali, że do niego nie wrócą. Dlatego tak ważna jest pamięć o każdej osobie, o każdym z nich.

Nam szczęśliwcom, którzy nie doświadczyli okrucieństwa wojny, pozostaje tylko wyobraźnia i szczere współczucie oraz pielęgnowanie pamięci o ofiarach.

Wspomnienia Pani Janiny Wójcik

Janina Wójcik (z domu Gacek) urodzona 25. października 1925 roku, zmarła 23. maja 2025 roku.

„1. września 1939 roku ubierałam się rano do szkoły. Rozpoczynał się kolejny rok szkolny, a ja byłam uczennicą żeńskiego gimnazjum w Jaśle. Tatuś zapakował na wóz jakieś warzywa na handel, zaprzągł konia i miałam z nim pojechać do Jasła. Usłyszeliśmy warkot nadlatujących samolotów. Było ich dużo, a odgłos silników przerażał. Leciały w kierunku Krosna. Jak się później okazało, zbombardowane zostało lotnisko w Moderówce. Do wszystkich dotarło, że rozpoczęła się wojna. Do szkoły do Jasła już nie dotarłam.

Kilka dni później do naszego domu zapukało 4 niemieckich żołnierzy. Weszli, obejrzeli pomieszczenia. Jeden z pokoi stał pusty. Oznajmili, że będą z nami mieszkać. Przynieśli kilka wiązek słomy, rozrzucili ją na klepisku i mieliśmy takich współlokatorów przez prawie rok. Nic złego się nie działo przez ten czas. Nauczyliśmy się z nimi żyć pod jednym dachem, wspólnie jedliśmy w kuchni.

Pamiętam takie jedno zajście z naszego ogrodu. Rosła w nim młoda śliwka i żołnierze zaczęli nią mocno potrząsać, żeby spadły owoce. Mój tata zwrócił im uwagę, że jak tak będą robić, to uszkodzą korzenie drzewka i zmarnieje. Poprosił, by zwyczajnie zrywali owoce i oni go posłuchali. Nie spotkała nas z ich strony żadna krzywda fizyczna.

W dworku Sanokowskich była siedziba dowódców, więc żołnierze niemieccy, którzy mieszkali prawie w każdym domu w Warzycach, chodzili tam codziennie. Pewnie omawiali własne sprawy, dostawali rozkazy.

Pamiętam też, że w tym czasie księdzem proboszczem w Warzycach był Stanisław Biernat. Współpracował z partyzantami, ale musiał też być posłuszny Niemcom, bo wiedział, że jawny opór na nic się zda. Miał na plebanii radiostację i Niemcy to odkryli. Wydali na niego wyrok śmierci. Miał być rozstrzelany. Na całe szczęście dla niego rozpoczęło się wysiedlenie wsi i związane z tym ogromne zamieszanie. Uciekał z Warzyc razem z wysiedleńcami. Pamiętam, jak szedł koło naszego wozu, a potem schronił się u jakiegoś księdza na plebanii w Jaśle. Niemcy, zajęci innymi obowiązkami, nie szukali go i tym sposobem uszedł z życiem.

Pamiętam, że pierwszą noc po wysiedleniu spędziliśmy w krzakach koło rzeki. Samoloty latały nad nami i w pewnym momencie spadła tuż obok nas bomba. Na szczęście wpadła do rzeki. Siła odrzutu powaliła nas wszystkich na ziemię, a z rzeki posypało się na nas  błoto. Pierwsza ocknęła się moja mama i sprawdzała, czy wszyscy jesteśmy cali. Naloty trwały całą noc, a my siedzieliśmy przerażeni w zaroślach.

W pewnym momencie tej wojennej tułaczki dotarliśmy do Niegłowic na stację kolejową. Tu Niemcy zaczęli zgromadzoną ludność rozdzielać. Zdrowych, silnych i młodych pakowali do wagonów. Mieli jechać do Niemiec na roboty. Starszych, kobiety i dzieci pognali dalej. My dotarliśmy do Biecza. Mieliśmy ze sobą krowę, która była naszą żywicielką i dzięki niej nie byliśmy głodni.

Przez pewien czas koczowaliśmy też w Hankówce. Wtedy dotarła do nas wiadomość, że wielu ludzi z Warzyc schroniło się w lesie. Postanowiliśmy do nich dołączyć. Skradaliśmy się polami, w nocy, bo gdyby nas przyłapano, na pewno zostalibyśmy rozstrzelani. W lesie spędziliśmy tydzień. Spaliśmy na liściach przykrytych kocami. Jeszcze nie było bardzo zimno, więc dawało się wytrzymać.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy mogliśmy wrócić do domu. Pamiętam, jak dojechaliśmy do Jasła. Obraz miasta był przerażający. Wszystko doszczętnie zniszczone, trupy walające się po stertach kamieni i rozkładające się ciała koni. Kiedy dotarliśmy do Warzyc okazało się, że nasz dom ocalał, ale nie było w nim nic. Nawet zakopane w ziemi koło domu przed wysiedleniem słoiki z konfiturami zniknęły. Okazało się, że Niemcy wybudowali bunkry w Bierówce i tam ukrywali większość zrabowanych rzeczy. Chodziliśmy tam razem z innymi mieszkańcami wioski i przynosiliśmy różne sprzęty, żeby na nowo jakoś się urządzić.

Nie było co jeść. Mama chodziła na żebry. W ziemi były zmrożone czarne ziemniaki. Wykopywaliśmy je, tarliśmy i z dodatkiem mąki wypiekało się z nich placki albo robiło kluski. Żeby obsadzić na wiosnę pole, chodziliśmy i żebraliśmy o ziemniaki. Każdy pozyskany ziemniak był na wagę złota. Przed posadzeniem do ziemi był pokrojony na kilkanaście małych kawałeczków – tak, by tylko była kulka. Sadziliśmy je i dały, ku naszemu zaskoczeniu, dość obfite plony. ”

 

 Janina Wójcik w ciemnej sukience

W ciemnej sukience Janina Wójcik, po jej lewej stronie mąż, Józef Wójcik

W ciemnej marynarce Janina Wójcik

Zdjęcie z 1946/1947 roku

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.