Społeczny Instytut Dokumentowania Zbrodni Hitlerowskich w Lesie Warzyckim podejmuje działania mające na celu pozyskanie materiałów na temat wydarzeń, które rozegrały się w naszym regionie w czasie II wojny światowej, ze szczególnym uwzględnieniem wspomnień związanych z miejscem masowych mordów w warzyckim lesie.

Minęło 86 lat od wybuchu II wojny światowej i 80 lat od jej zakończenia. I choć świadków tamtych zdarzeń żyje coraz mniej, to w rodzinach bezpośrednio dotkniętych gehenną wojny, pielęgnowana jest pamięć o bohaterach tamtych czasów.

Dzięki ludziom, którzy śledzą i wspierają działalność Instytutu, udało się pozyskać i opublikować interesujące wspomnienia nie tylko mieszkańców Warzyc. Kontaktują się z Instytutem osoby, które chcą podzielić się swoimi historiami.

Jedną z takich osób jest Pani Teresa Tęcza, której dziękujemy za owocną współpracę z Instytutem i pomoc w uzyskaniu materiałów, które w najbliższym czasie opublikujemy.

Wspomnienia Pani Władysławy Tymińskiej (z domu Pawlik)

Władysława Tymińska(z domu Pawlik) urodzona 18. sierpnia 1935 roku w Bierówce, obecnie mieszka w Łańcucie.

„Urodziłam się we wsi Bierówka. Miałam wspaniałych rodziców, Jana i Bronisławę. W lipcu 1939 roku mój tatuś został powołany do Korpusu Ochrony Pogranicza, do 19. batalionu granicznego „Słobódka” pod Łotwą, na ćwiczenia wojskowe. Była to cicha mobilizacja. Dostał mundur i nieśmiertelnik z zapisanym imieniem i nazwiskiem. Ćwiczenia odbywały się przez lipiec i sierpień. Kiedy wybuchła wojna, skierowano go razem z innymi żołnierzami na front. Dowódcy informowali, że jadą na obronę Lwowa. Dotarli pociągiem do Baranowicz, miejscowości, która obecnie leży na terenie Białorusi. Stację kolejową zbombardowały samoloty niemieckie i żołnierze w dalszą drogę ruszyli pieszo.

17. września 1939 roku Polska została zaatakowana przez kolejnego wroga – Sowietów. Mój tato był dowódcą patrolu telefonicznego. Kiedy rozpoczął się ostrzał, musiał naprawiać przerywane linie telefoniczne. Wielu żołnierzy wtedy zginęło, ale mój tato ocalał. W pewnym momencie wojska polskie znalazły się w dramatycznej sytuacji – z jednej strony Niemcy, na czele z Hitlerem, a z drugiej strony Rosjanie, na czele ze Stalinem. Przewaga militarna i liczebna wrogów była ogromna. Dowództwo polskich wojsk podjęło decyzję o poddaniu się. Pojawiło się tylko pytanie – któremu agresorowi – Niemcom czy Rosjanom. Po przeanalizowaniu sytuacji zdecydowano, że Rosjanom.

Sowieci zebrali wszystkich w jednym miejscu, odebrali żołnierzom broń, dokumenty i nieśmiertelniki. Zapakowali wszystkich do wagonów i wywieźli do miejscowości Szepietówka. To były tereny Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Już wtedy mój tato domyślał się, że gdzieś ich wywiozą i nie wiadomo co z nimi zrobią. W jego głowie rodził się plan ucieczki, choć miał świadomość, że jeśli zostanie złapany – „kula w łeb”. Tak brzmiał oficjalny komunikat pilnujących Sowietów.

W Szepietówce było około 9 tysięcy polskich żołnierzy. Wszystkich załadowano do pociągu i spisano. Dotarli do jakiejś miejscowości. Noc spędzili w pomieszczeniu, przypominającym trochę oborę dla koni. Mimo ogromnego niebezpieczeństwa tato zdecydował się na ucieczkę razem z jeszcze jednym żołnierzem.

Czterech mundurowych patrolowało teren. Chodzili i palili papierosy. W pobliżu były łąki porośnięte wysoką trawą, w której można było się ukryć. W oddali był też widoczny las. Dotarcie do niego mogło się udać, zanim patrolujący żołnierze obejdą cały teren.

Jakimś cudem tato ze swoim kolegą dotarli do lasu. Kierowali się na zachód. Szli raczej lasem, by nikt ich nie zauważył. Czasami wychodzili, by zerwać kilka kłosów zboża i je zjeść.

W pewnym momencie dotarli do domu gajowego. Był Polakiem. Miał żonę Ukrainkę, Zosię. Na początku nie chcieli powiedzieć, kim są i przed kim uciekają, bo bali się, by ich nie wydano. Gajowy okazał się być porządnym człowiekiem. Domyślił się wszystkiego bez zbędnych pytań. Dał im jeść i zorganizował dla nich cywilne ubrania. Mogli ruszyć w dalszą drogę.

Uciekając, dotarli do jakiejś miejscowości, przez którą płynęła dość głęboka i rwąca rzeka. Jak się później okazało, to był San, który w tamtym czasie stanowił granicę pomiędzy Niemcami a Sowietami. Przy rzece, na polu pracowali ludzie. Wyrywali buraki cukrowe. W pewnym momencie uciekający zobaczyli patrolujących rzekę żołnierzy. Wmieszali się w pracujących na polu i wyrywali razem z nimi buraki. Sowieci nie zwrócili na nich uwagi i poszli dalej.

Jakaś kobieta doradziła im, którędy przejść przez rzekę bezpiecznie tak, by ich nurt nie porwał. Wskazała im krzak rosnący na drugim brzegu rzeki i kazała iść prosto w jego kierunku, bo tam woda była płytsza. Współtowarzysz tatusia bardzo bał się wody. Tato dał mu pas, który trzymał kurczowo w ręce. Kazał mu zamknąć oczy i tak dotarli bezpiecznie na drugi brzeg.

Cudem udało się mojemu tatusiowi uciec przed wywózką, prawdopodobnie do Katynia lub Miednoje, gdzie zginęli wszyscy jego dowódcy w katowniach NKWD. Miałam wtedy cztery i pół roku. Pamiętam, że do domu wrócił w nocy. Mama zagotowała wodę i w pierwszej kolejności tatuś się wykąpał. W obawie, by go ktoś nie zdradził i nie doniósł na niego, przez jakiś czas ukrywał się we własnym domu tak, że nawet sąsiedzi nic nie wiedzieli. I to jest moje pierwsze wspomnienie z tamtego okresu czasu.

Pamiętam też bombardowanie lotniska w Moderówce. To był początek wojny. Jako małe dziecko zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, co nas czeka. Tego dnia odłamki bomb dosłownie fruwały po okolicy. Pamiętam, że zginęła wtedy jedna kobieta, Nowak się nazywała i został zabity po sąsiedzku taki mały chłopiec, co stał w progu domu. Jego ojca, Jana Szerląga, wcześniej – w sierpniu 1939 roku – powołali do wojska. Potem ludzie mówili, że został wywieziony na Syberię. Wiele lat nie wracał, ale jego żona ciągle wierzyła, że żyje i czekała. Szukała go przez Czerwony Krzyż. Udało się jej ustalić, że mąż żył na Syberii przez 20 lat. Chorował na płuca i do domu nigdy nie wrócił. Ona sama wychowywała cztery córki.

W wieku siedmiu lat chodziłam do szkoły do Warzyc, bo w Bierówce nie było szkoły. Pamiętam 1942 rok. Każdego dnia razem z koleżankami i kolegami musieliśmy przechodzić drogą przez las, gdzie Niemcy mordowali Żydów i Polaków. Kiedy zbliżaliśmy się do lasu, widzieliśmy Niemca z karabinem. Patrolował teren. Widział, że mamy tornistry na plecach, więc domyślał się, że idziemy do szkoły. Puszczał nas bez żadnych pytań, a kiedy dochodziliśmy do drogi głównej na Frysztak, stał drugi żołnierz. W drodze powrotnej ze szkoły, jeśli nie odbywały się w lesie żadne egzekucje, zawsze spotykaliśmy dwóch patrolujących Niemców przy wejściu i wyjściu z lasu. Jak odbywały się egzekucje, to nikogo do lasu nie wpuszczali.

Pamiętam, że docierały do nas informacje o tym, co Niemcy robią w lesie. Była mowa o egzekucji przy drodze do Sieklówki. Rozstrzelano tam oficerów i podoficerów Wojska Polskiego. Prawdopodobnie ktoś ich wydał. Zapamiętałam też, jak mówiło się, że za zlikwidowanie dwóch Niemców rozstrzelane zostało w odwecie całe wesele. Wieźli ich samochodami. Pod górkę samochody nie mogły wjechać, więc gonili wszystkich weselników do lasu na piechotę i okładali kolbami. 

Kiedy dokonywano masowych egzekucji, to dzień wcześniej przywożono do lasu Ukraińców. To oni wykopywali doły dla przyszłych ofiar. Im większy grób kopali, tym wszyscy wiedzieli, że życie straci wielu ludzi. Ukraińcy mieszkali w barakach. Pamiętam też, że rozstrzelano ich w pewnym momencie wojny na polach koło Zimnej Wody.

Pamiętam, że przy drodze do Sieklówki – tu, gdzie jest rozgałęzienie w kierunku Frysztaka – stał piękny drewniany budynek. Jako dzieci chodziliśmy w tamtą okolicę zbierać borówki. W tej daczy w czasie wojny Niemcy urządzali sobie imprezy. Domek był obserwowany przez partyzantów i pewnego dnia spłonął.

Mam też w pamięci taki incydent, kiedy w naszym domu na noc zatrzymał się mój kuzyn, Tadeusz. Miał 17 lat. Obawiał się, że Niemcy mogą go zabrać na roboty do III Rzeszy. Spał na strychu w naszym domu. Wczesnym świtem przyszli do nas dwaj Niemcy i obudzili wszystkich. Oskarżyli mojego tatę o przechowywanie na strychu partyzantów. Tato ich wpuścił na ten strych i tam znaleźli kuzyna. Sprowadzili go bladego jak ściana na podwórko i przystawili mu dwa pistolety do głowy. Byliby go zabili. Na całe szczęście sprowadzono sołtysa, który znał trochę język niemiecki. Coś im tam powiedział i mojego kuzyna wypuścili.

Któregoś dnia mój tato z jakimś mężczyzną naprawiali dach na naszym domu. To było chyba w czerwcu 1942 roku. W pewnym momencie wyszłam na drabinę i usłyszałam straszliwy krzyk dzieci. Echo niosło ten przeraźliwy płacz po lesie. Oprócz tego docierały do nas wyraźnie głosy kobiet, również odbijające się echem po lesie, które zawodziły: „Jezus Maria! O, Matko Boska!” Zapytałam tatusia, co się dzieje, a on mi powiedział, że to Niemcy mordują Żydów. Te jęki były takie przerażające, że tatuś z tym majstrem zeszli z dachu i przestali go naprawiać, bo nie dało się tego słuchać.

Między Bierówką a Szebniami miała przebiegać linia frontu. Kiedy zaczęto budować okopy, nas wysiedlili do Warzyc. Zapakowaliśmy szybko co potrzebniejsze rzeczy na wóz i ruszyliśmy na wysiedlenie. W Warzycach byliśmy dwa tygodnie u rodziny. W tym czasie szabrownicy okradali nasze domy z tego, co w nich zostało. Któregoś dnia Niemcy na koniach jeździli po wiosce i powiadamiali mieszkańców Warzyc, że mają opuścić swoje domy. Znów ładowaliśmy co potrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy za Wisłok. Kto nie chciał opuścić domu, to mu gospodarstwo podpalano. Część ludzi chciała schronić się w lesie, w nadziei, że to wszystko szybko się skończy. Wtedy też, pamiętam, że postrzelono jednego młodego chłopaka, który ze swoją rodziną uciekał w stronę lasu.

Dotarliśmy do Lipnicy, gdzie spędziliśmy około 7-8 miesięcy. Było biednie i głodno. W każdym domu była jakaś rodzina z Bierówki, Lubli, Sieklówki, Warzyc.

Kiedy wróciliśmy z wysiedlenia, w naszym domu nie było okien. Okazało się, że Niemcy je zabrali i wprawili w bunkrach. Tato je przyniósł i na nowo wstawił.

Przywrócono nauczanie w szkole, więc pamiętam, że do szkoły do Warzyc chodziłam boso. To był dla mnie ważny czas, bo razem z moimi rówieśnikami przygotowywałam się do pierwszej komunii. Do mojej klasy uczęszczało siedmioro dzieci z Bierówki – 4 dziewczynki i 3 chłopców. Chodziliśmy na skróty polnymi drogami. Jedna z nich biegła koło starego cmentarza w Warzycach. Po drugiej stronie cmentarza było przeorane pole. Mój kolega, Fredek Wiśniowski, znalazł na tym polu granat. Rosła tam też grusza i mój kolega postanowił uderzyć tym granatem w drzewo. Ja z koleżankami bałam się wybuchu i uciekałyśmy w stronę głównej drogi Jasło – Frysztak. Granat nie wybuchł od uderzenia w gruszkę, ale mój kolega nie dał za wygraną. Po drugiej stronie głównej drogi leżało poukładane w klocach drzewo. Rzucił tym granatem w to drzewo i wtedy nastąpił wybuch. Nam udało się uciec na tyle daleko, że nic się nam nie stało. Wróciłam na ten składzik drzewa i zobaczyłam, że mojemu koledze urwało obie ręce. Dodatkowo jeszcze rozerwało mu skórę na brzuchu tak, że widać było wnętrzności. Wiedziałyśmy, że brat rannego chodzi do siódmej klasy, więc co sił w nogach pognałyśmy do szkoły, żeby dać znać, że przy cmentarzu leży ranny. Na miejsce przybiegło kilku uczniów i nauczyciel. Zanieśli mojego kolegę do kościoła. Ksiądz się nad nim modlił, a w tym czasie powiadomiono rodziców w Bierówce. Przyjechali wozem, załadowali Fredka i jechali w stronę Jasła do szpitala. Niestety mój kolega zmarł w drodze.” 

Władysława Tymińska z czarnym pieskiem w rękach

jako sześcioletnie dziecko (1941 rok)

  

Władysława Tymińska (rok 2004)

 

Władysława Tymińska (rok 2025)

Kategorie: Instytut

0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.