W szeregach Armii Krajowej aktywnymi towarzyszkami broni były kobiety. Nie strzelały do wroga, nie wysadzały pociągów, nie walczyły na barykadach – robiły wiele innych, niebezpiecznych rzeczy, a odwagą niczym nie ustępowały mężczyznom.
Moje wspomnienia z lat okupacji

Stanisława Pawlik ps. „Malwa”
„Nie ukończyłam nawet 14 lat, kiedy wybuchła II wojna światowa i najpiękniejsze lata młodości przeżyłam w ciągłym strachu i niepewności jutra. Niemcy byli okrutni – nawet zabicie świni, wyhodowanej w domu i na własny użytek, groziło śmiercią. U nas we wsi były kłótnie rodzinne i sąsiedzkie, ale nie zdarzył się wypadek, żeby ktoś przez mściwość doniósł na rodaka, że złamał przepisy narzucone przez okupanta. W razie potrzeby raczej wszyscy pomagali sobie wzajemnie.
Ci, którzy mieszkali od strony „Zapłoć” pamiętają, jak nieraz wieczór uchylały się drzwi, a do mieszkania wsuwała się ręka. Gdy ktoś włożył w nią kromkę chleba, dłoń znikała. Nawet nie słyszało się słowa „dziękuję”. Tak zachowywali się Żydzi. Przymierając z głodu początkowo próbowali ukrywać się. Mieli świadomości co czeka tego, który udzieli im pomocy, ale po tę pomoc przychodzili potajemnie. Nie mogli robić tego jawnie, bo narażali siebie i udzielających im pomocy.
We wsi pojawiła się choroba duru brzusznego (tyfusu). Strach opanował całą wieś. Tylko wieść podawana potajemnie ujawniała ucieczkę kilku jeńców rosyjskich z obozu w Szebniach. Im udzielono w kilku domach pomocy. Po umyciu i przebraniu jeńcy ci poszli dalej. Niestety zaraza tyfusu wyniesionego z obozu zebrała plon we wsi. Zmarli wtedy Walenty Owsiak i Witowski Józef.
Kiedy zachorowała moja matka, trzeba było zawieść ją do lekarza do Jasła. To było bardzo niebezpieczne. Niemcy zabrali ludziom we wsi konie, wozy i mężczyzn. Chodzili nawet po domach i nie było możliwości ukrycia czegokolwiek. Niektórzy mężczyźni z końmi ukrywali się po lasach. Mimo tego życzliwi ludzie przyszli nam z pomocą. I choć zdawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, to Sanokowski Wawrzyniec dał mi kulawego konia, Bigos Jan wóz drewniaka, a pojechał ze mną do Jasła starszy gospodarz, Owsiak Jan, który też miał chorą córkę, Zofię. I tak obie chore mogły dostać się do lekarza i szczęśliwie powrócić do domu.
Z czasów okupacji wieś naszą można stawiać za wzór. Ludzie wiedzieli i robili dużo, ale umieli milczeć tam, gdzie zachodziła taka potrzeba. Ja do domu Sanokowskiego Juliana chodziłam często i nieraz widziałam tam obcych ludzi. Dopiero po wstąpieniu do organizacji i zaprzysiężeniu mnie przez Betleja Jana „Rafałka”, w lutym 1944 roku, zaczęłam pracę w konspiracji. Domyśliłam się, że ci obcy ludzie to byli członkowie organizacji AK.
Byłam przeznaczona do przenoszenia poczty i przydzielona do sekcji sanitarnej pod dowództwem Sanokowskiej Genowefy „Jadwigi”. Pierwszą moją czynnością było odebranie poczty. Szłam w stronę Jasła z czerwonym goździkiem w ręce. Od strony Jasła szła niewiasta z takim samym kwiatem. Zapytała mnie: „Czy to droga do Krosna?” Odpowiedziałam: „Nie, to droga do Szebni.” Wtedy dała mi list, który doręczyłam Betlejowi Janowi.
Raz jadąc na rowerze wypożyczonym od Sanokowskiego Romana z pocztą, nieświadoma przepisów drogowych, naraziłam się Niemcom, którzy jechali samochodem. Wysiadło z auta dwóch. Jeden z nich podbiegł do mnie i bił mnie po twarzy i głowie. Być może za to, że jechałam nieprzepisowo, ale tak znęcać się nad bezbronną młodą dziewczyną (miałam wtedy niespełna 17 lat) mógł tylko wróg. U Sanokowskiej Ireny umyłam się i trochę uspokoiłam, i mogłam wykonywać dalej zlecone zadanie.
Sanokowska Genowefa organizowała kursy sanitarne, które odbywały się w ich domu. Szkolił nas Tadeusz Geroch „Motorek”. Kiedy nie było na czym robić próbnych zastrzyków, poświęcił się Gałuszka Jan „Gebels”. W jego rękę biłyśmy wysterylizowane igły. On z nas żartował, że nie umiemy tego robić i nie okazywał, jakie to było dla niego bolesne.
Sanokowska Irena była wysyłana przez dowódcę sekcji na przeszkolenie do Różańskiej Luizy, a potem prowadziła też u Sanokowskiego Juliana dla nas pogadanki z anatomii człowieka.
Chodziłam również do domu Sanokowskiej Ireny, gdzie z powierzonego jej uprzednio materiału szyłyśmy ekwipunek dla partyzantów. Były to opaski i furażerki z popielatego drelichu. Na nich naszywałyśmy biało – czerwone proporczyki. Chlebaki szyłyśmy z grubego zielonego płótna. My, sanitariuszki, miałyśmy białe opaski na rękę i chusteczki na głowę z naszytymi czerwonymi krzyżami. Gotowe rzeczy odnosiłam do Wójtowicz Heleny. Była to młoda nauczycielka, chora na zapalenie stawów, nie wychodząca poza dom. Mimo choroby zawsze witała mnie z uśmiechem. Tam również spotykałam obcych ludzi i wtedy już wiedziałam, że są to członkowie naszej organizacji. U Sanokowskiej Ireny robiłyśmy też bandaże. Materiałem była nowa gaza, którą cięłyśmy na pasy. Robiłyśmy też materiały opatrunkowe z bandaży starych, używanych, tylko wypranych. Wszystkie skręcałyśmy w rulony. Koniec, który miał przylegać do rany, posypywałyśmy proszkami dezynfekującymi i zawijałyśmy w papier.
Na uwagę zasługuje fakt, że Sanokowska Irena mieszkała z rodziną u Sanokowskiego Wawrzyńca i Bronisławy na piętrze, a na parterze część mieszkania zajmował sztab niemiecki. Ubezpieczała nas Sanokowska Stanisława „Stokrotka”, która jako członek rodziny gospodarzy, mieszkała na parterze i miała ciągły kontakt z Niemcami. Należała również do naszej sekcji sanitarnej.
Przygotowywane przez nas bandaże musiały być sterylizowane. Od Sanokowskiego Romana wypożyczałyśmy duży garnek ze szczelnie zakręconą pokrywą. Dubiel Janina „Grażyna” wypożyczała u ojca, Dubiela Michała parnik do gotowania ziemniaków. Dawał on również opał. W garnek wkładało się bandaże, szczelnie zakręcało. Następnie wkładało się je do parnika, w którym było trochę wody. Po dokładnym zakręceniu utrzymywało się pod parnikiem ogień przez kilka godzin tak, by bandaże dokładnie wysterylizować. Sterylizację uważam za bardzo niebezpieczną. Mimo dokładnego uszczelnienia, zapach leku wydzielał się na zewnątrz budynku i mógł ściągnąć na nas Niemców. Gotowe bandaże zabierała do siebie Sanokowska Genowefa.
W krytycznej chwili, kiedy partyzanci walczyli w lasach koło Glinika, trzeba było dostarczyć walczącym amunicję. Sanokowska Genowefa, Dubiel Janina i ja podjęłyśmy się tej pracy. Od Juliana Sanokowskiego wzięłyśmy dwukołowy wózek (zwany biedą). Był załadowany i zamaskowany bylami ziemniaczanymi. Był tam oprócz amunicji jakiś materiał i płótno. Nie wiem dokładnie co to było, bo przy załadowaniu ani przy maskowaniu nie byłam obecna. Jechałyśmy polnymi drogami, pchając wspólnymi siłami ten ładunek. Przez Roztoki zdecydowałam się, że powiozę sama (mój wygląd najmniej zwracał uwagę; byłam ubrana jak uboga wiejska dziewczyna, bosa, fizycznie dobrze zbudowana i najsilniejsza z nich). Wyglądało to tak, jakbym wiozła do domu z pola ziemniaki i nać. Koleżanki szły w pewnej odległości ode mnie. Nie wiem czy to był koniec Roztok czy początek Sądkowej, kiedy Sanokowska Genowefa dała mi znak zatrzymania się. Postawiłam więc ten niebezpieczny ładunek i odeszłam, a dalsze formalności przekazania załatwiały koleżanki.
Była to już ostatnia konkretna praca w konspiracji, ponieważ za kilka dni Warzyce zostały wysiedlone. Schroniłam się z matką, jak wielu ludzi, w lesie z nadzieją, że front się szybko przesunie i wrócimy do swoich domów. Pod koniec października musieliśmy opuścić las i dalsze wysiedlenie spędziłam we wsi Wróblowa. Tam zastała mnie ofensywa wojsk radzieckich i wolność tak bardzo oczekiwana.
Mimo że po powrocie do Warzyc było „chłodno i głodno”, pola nieobsiane, warunki naprawdę ciężkie, każdy był szczęśliwy i zadowolony, że jest u siebie. Nawet mała rzecz i ciężko zapracowana , dawała radość. Że nastała wolność, odczuliśmy zwłaszcza my, młodzi. Mogliśmy zacząć żyć pełnią życia, korzystać z praw i przywilejów młodości, co było nam niedostępne w czasie okupacji. Z inicjatywy prof. Gałuszki Jana założyliśmy Koło Młodzieży „Wici”, w którym pod jego kierownictwem amatorski zespól teatralny wystawiał sztuki. Urządzaliśmy wieczorki i zabawy taneczne.
W maju 1946 roku pojechałam do pracy, do Jeleniej Góry. Tam zaczęłam pracę w fabryce mydła, proszku do prania i świec. Warunki były pionierskie. Nas Polaków, łącznie z dyrekcją, było dziewięć osób, reszta Niemcy – były właściciel fabryki z rodziną i pracownikami. Musieliśmy być czujni, pilnować przed sabotażem, a z drugiej strony przechwytywać od nich stosowaną tam technologię produkcji, tak by fabryka, po ewakuacji Niemców, mogła nadal funkcjonować.
W 1948 roku w listopadzie, jako jedyny opiekun matki i spadkobierca gospodarstwa rolnego, ze względu na jej choroby, zdecydowałam się powrócić do zawodu rolnika. Do dnia dzisiejszego prowadzę odziedziczone gospodarstwo rolne.”
Warzyce, 15. marca 1974 roku
Pawlik Stanisława ps. „Malwa”
Wspomnienia napisane na podstawie artykułu zamieszczonego w „Cebulce”, Piśmie regionalnym wydawanym przez Stowarzyszenie Przyjaciół Wsi Warzyce, wrzesień – październik 2005, Nr 5(26).
0 komentarzy